34 lat/a, 175 cm
pielęgniarka na urlopie wychowawczym
Awatar użytkownika
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
Whispers of life
Uśmiechnęła się pod nosem, słysząc to jego spokojne u nas rąk do noszenia jest pod dostatkiem. To akurat była prawda. Czasami miała wrażenie, że w ich domu zawsze znajdował się ktoś gotowy przejąć dziecko, zrobić butelkę, podnieść malucha z podłogi albo po prostu pozwolić jej usiąść na chwilę i odetchnąć. I może właśnie dlatego wizja kolejnego dziecka ani trochę jej nie przerażała. Nie byli sami. Jamie zaśmiał się głośno, kiedy huśtawka znowu poleciała do przodu, a Hazel odruchowo wyciągnęła rękę, poprawiając mu tym razem roztrzepane włoski. Naprawdę nie potrafiła przestać tego robić. Wiecznie coś poprawiała, wygładzała albo otrzepywała, nawet kiedy chwilę później wszystko znowu wyglądało dokładnie tak samo. Macierzyństwo chyba przeprogramowało jej mózg. Ale w sposób, który cholernie jej się podobał. Przesunęła wzrokiem po placu zabaw. Jimmy właśnie próbował przejść po jakiejś chybotliwej konstrukcji i robił to z taką pewnością siebie, jakby co najmniej szykował się do olimpiady. Jamie z kolei siedział w huśtawce i wyglądał na absolutnie zachwyconego życiem. Dwa różne temperamenty. Dwa różne światy. A jednak obaj byli ich. W codzienności. W tym całym dziwnym, pokręconym układzie, który dla innych pewnie wyglądał jak gotowy scenariusz na katastrofę społeczną. Hazel już dawno przestała się tym przejmować. Liczyło się tylko to, że byli szczęśliwi.

Przesunęła dłonią po karku Gavina, zaczepnie, lekko zahaczając paznokciami o skórę.
Wiesz, że skończy się na tym, że będziemy potrzebowali auta wielkości autobusu? — powiedziała to z rozbawieniem, ale pod spodem naprawdę potrafiła sobie to wyobrazić. Jeszcze jedno dziecko. Potem może kolejne. Więcej łóżeczek. Więcej zabawek walających się po salonie. Więcej dziecięcych głosów odbijających się po domu. I szczerze? To brzmiało idealnie. Nigdy nie była typem kobiety, która marzyła o sterylnym domu wyglądającym jak katalog wnętrzarski. Lubiła życie w ruchu. Lubiła, kiedy w kuchni ktoś się krzątał, kiedy telewizor grał za głośno, kiedy dzieci wpadały rano do sypialni bez pytania. Lubiła tę pełnię. To uczucie, że dom naprawdę żyje.

Przez chwilę po prostu patrzyła na Jamiego, który wymachiwał małymi nogami z pełnym skupieniem, jakby huśtanie było najważniejszym zadaniem dnia. Serce aż jej wywijało fikołka na ten widok. Bo nieważne, ile razy go widziała. Nigdy jej to nie nudziło. Nigdy nie przestawało działać. To nie było chwilowe zauroczenie wizją rodziny. Ona naprawdę taka była. Hazel od zawsze kochała mocno, intensywnie, całą sobą. I dokładnie tak samo podchodziła do rodziny. Nie połówkami. Nie ostrożnie. Na sto procent. Jamie zapiszczał nagle z ekscytacji, wyciągając ręce w ich stronę, jakby właśnie przypomniał sobie, że rodzice nadal znajdowali się obok.
Biedny dzieciak nawet nie wie, że planujemy mu ekipę na całe życie — Jamie odpowiedział jej tylko kolejnym radosnym piskiem, kompletnie nieświadomy, że właśnie został mianowany starszym bratem przyszłego małego chaosu. A Hazel? Hazel była tym wszystkim cholernie szczęśliwa.

Gavin Matthews
37 lat/a, 190 cm
szukam swojego miejsca w NOLA
Awatar użytkownika
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
Whispers of life
Szalona Krewetka
U nich w domu było tłoczno, ale przez moment nie czuło się, że jest tłok, że człowiek jest zmęczony i tak dalej. Jak na razie, to doskonale się sprawdzało to wspólne mieszkanie. Nie wchodzili w sobie drogę, potrafili się zająć sobą i znaleźć miejsce dla siebie, albo towarzystwo, jeśli tylko mieli na to ochotę. Gavin uważał, że to było doskonały pomysł i na razie na nic nie narzekał. Na pewno będzie ktoś, kto przejmie małego, aby mama mogła się zdrzemnąć, czy da butelkę Jamie'mu - o to naprawdę nie trzeba było się martwić.
Jako matka, Hazel była niesamowicie seksowna. Sprawdzała się i robiła to z niesamowitym wdziękiem. Może trochę przesadzała, aby co drugie huśnięcie poprawiać włoski i koszulkę, ale to było urocze. Do twarzy jej było z maluchem na rękach, a Gavin wciąż pamiętał, jak seksownie wyglądała z brzuszkiem. Zdecydowanie by to powtórzył i naprawdę nie widział powodu, aby mieć coś przeciwko temu pomysłowi.
-To dobrze, że doskonale sobie radzisz z parkowaniem-odpowiedział, posyłając jej buziaka w powietrzu, bo aktualnie był zajęty popychaniem huśtawki z ich synem. Były jednak rzeczy ważne i ważniejsze, a dziecko było naprawdę wysoko. Żona również, ale jej mógł w dowolnym momencie poświęcić całą swoją uwagę, a nawet więcej!
Jeszcze jedno dziecko, a może dwa, albo trzy, bo Campbelowie też może dołączą do nich i do rozmnażania się - brzmiało to jak chaos. Taki przyjemny, nawet jeśli miało się potknąć o misia czy inną grzechotkę, albo będzie się wstawać po nocy aby utulić maluszka.
-Nie wygląda, jakby miał coś przeciwko, serio-zaśmiał się, choć co taki bajtel mógł wiedzieć. Na pewno ich maluchy kiedyś dojdą do etapu, że będą się bić, kłócić i wyzywać, ale... Takie było życie i co zrobisz. Jak nie w rodzinie, to znajdą gdzie indziej kogoś do tych walk, a inni rodzice mogą nie być tacy wyrozumieli.
-Wiesz co...-powiedział zostawiając syna na moment samego (to znaczy na wyciągnięcie ręki), bo podszedł do Hazel i szepnął jej wprost do ucha-Strasznie podniecająco to brzmi. Kupiłaś mnie-i może nie do końca miał na myśli takie podniecenie w kontekście erotycznym, ale naprawdę, podobała mu się ta wizja i chciał tego. Wyglądało to jak naprawdę dobry pomysł, czego chcieć więcej. A szczęśliwa żona, to szczęśliwe życie!

Hazel Matthews
34 lat/a, 175 cm
pielęgniarka na urlopie wychowawczym
Awatar użytkownika
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
Whispers of life
Parsknęła cicho pod nosem, poprawiając zsuwający się rękawek Jamiego, choć ten oczywiście miał to kompletnie gdzieś. Był zbyt zajęty huśtaniem i wydawaniem z siebie tych wszystkich zachwyconych dźwięków, które dla dorosłych brzmiały jak totalny chaos, ale dla rodziców były praktycznie osobnym językiem. Słońce przyjemnie grzało jej odkryte ramiona, powietrze było cięższe niż w Utah, trochę wilgotne, trochę lepkie, ale zaczynała się do tego przyzwyczajać. Chyba nawet lubiła to południowe rozleniwienie, które wisiało nad miastem. A może po prostu lubiła momenty takie jak ten. Jamie śmiał się przy każdym delikatnym bujnięciu, Jimmy biegał gdzieś kawałek dalej z grupką przypadkowo poznanych dzieci, a Hazel mogła oprzeć się biodrem o konstrukcję huśtawki i po prostu patrzeć. Na swoją rodzinę. Tą dziwną, pogmatwaną, kompletnie niepodręcznikową rodzinę, która mimo wszystko działała zaskakująco dobrze. I cholera, naprawdę była szczęśliwa. Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy usłyszała jego słowa przy uchu. Oczywiście że go to podniecało. Jego podniecało praktycznie wszystko, co miało związek z nią, domem i dziećmi. Czasem miała wrażenie, że dla Gavina widok jej z rozczochranym kokiem, dzieckiem na biodrze i plamą po mleku na koszulce był bardziej atrakcyjny niż jakakolwiek bielizna świata. I bardzo jej się to podobało.
To dobrze, bo ja już od jakiegoś czasu jestem totalnie kupiona — mruknęła z rozbawieniem, muskając palcami jego przedramię, zanim poprawiła Jamiego w huśtawce. — Serio. Jeszcze jedno dziecko brzmi dla mnie bardziej jak nagroda niż problem — powiedziała to lekko, bez dramatyzmu, bez wielkiego zadęcia. Tak po prostu. Jak coś oczywistego. Bo takie właśnie było. Hazel od dawna wiedziała, że chce dużej rodziny. Głośnej, pełnej ludzi, zabawek pod nogami i lodówki, która nigdy nie była naprawdę pełna dłużej niż dwa dni. Chciała dzieci biegających po domu, kłótni o pilot od telewizora i tego rodzaju zmęczenia, które przychodziło wieczorem razem z poczuciem, że życie jest dokładnie takie, jakie powinno być. Może nie wyglądała już dokładnie tak jak przed ciążą. Może biodra były trochę pełniejsze, może ciało zmieniło się bardziej, niż początkowo chciała przyznać nawet samej sobie. Bywały dni, kiedy kręciła nosem na swoje odbicie, stojąc w samej bieliźnie przed lustrem. Ale potem Jamie wtulał się w nią tym swoim małym, rozgrzanym ciałkiem albo Gavin patrzył na nią tak, jakby była ósmym cudem świata i wszystko nagle przestawało mieć znaczenie.

Bo naprawdę kochała to życie.

Huśtawka skrzypnęła lekko, kiedy Jamie znów zapiszczał z zachwytu. Hazel roześmiała się cicho, odgarniając włosy za ucho. Mała tłusta rączka natychmiast złapała ją za palec. I to było koniec świata dla niej. Ten mały chwyt. To ciepło. Ta bliskość.
Ostrzegam tylko, że jak już zaczniemy, to nie biorę odpowiedzialności za własne decyzje — rzuciła z rozbawieniem. — Bo skończy się tym, że za kilka lat będziemy mieć tu własną drużynę baseballową — parsknęła śmiechem jeszcze zanim skończyła mówić. Wcale by się nie zdziwiła. W ich domu i tak już panował chaos. Dobry chaos. Taki, w którym zawsze ktoś siedział w kuchni, ktoś szukał butów, ktoś oglądał bajki za głośno albo wyjadał jedzenie prosto z garnka. A mimo to nikt nie chciałby zamienić tego na ciszę. Hazel na pewno nie. Przysunęła się bliżej, opierając policzek o jego ramię tylko na krótką chwilę, podczas gdy Jamie dalej huśtał się przed nimi, kompletnie zachwycony światem. I szczerze? To wyglądało dokładnie jak życie, którego chciała.

Gavin Matthews
37 lat/a, 190 cm
szukam swojego miejsca w NOLA
Awatar użytkownika
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
Whispers of life
Szalona Krewetka
-Hazel-powiedział dość poważnie Gavin, nie kryjąc rozbawienia tym, jak Hazel skacze dookoła ich syna. Zupełnie jakby chciała pokazać, że jest dobrą matką i totalnie zasługuje na drugie dziecko. Prawda była taka, że nie musiała tego pokazywać, bo to było więcej niż pewne. Sprawdzała się zarówno z młodszym, jak i starszym. Jednocześnie Matthews wiedział, że zachowywała się tak każdego dnia, a nie tylko w tym momencie. -Pamiętaj, że dzieci dzielą się na te, szczęśliwe i na te z nieprzekrzywioną koszulką i doskonale ułożonymi włosami-sparafrazował znane powiedzenie, ale on osobiście nie widział powodu, aby przeszkadzać malcowi w tym, by doskonale się bawił. I tak już został zabrany mu piasek, więc coś mu się od życia należało!
Hazel rozczochrana, w wyciągniętej koszulce i wielkim brzuchem była totalnie podniecająca, tak samo jak w seksownej bieliźnie, czy z dzieckiem na biodrze. Zawsze go kręciła, niezależnie od pory dnia i anturażu.
-Ja bym powiedział, że brzmi to bardziej jak ekscytująca przygoda-zaśmiał się, ale to określenie jednak bardziej mu pasowało. Może chwilami nie być łatwo, niektórzy będą się pukać w czoło, a moment zwątpienia, jeśli się pojawi, to również będzie w pełni zrozumiały. Jednak efekt końcowy na pewno wynagrodzi to wszystko i koniec końców człowiek doceni podjętą decyzję. Tak na pewno będzie z tym dzieckiem. Na pewno może być chwilami ciężko, w końcu ciąża potrafi dopiec kobiecie, ale nie będą tego żałowali, naprawdę. A Hazel naprawdę nie powinna się martwić o swój wygląd zewnętrzny i miała dwóch mężczyzn, aby to potwierdzali słowami i gestami.
-Z tobą nawet soccerową-zaśmiał się, naprawdę nie widząc problemu w posiadaniu domu pełnego dzieci. Kto wie, może nawet Becky dołączy do ich produkcji? Co prawda, dom, który wspólnie wybrali nie miał kilkunastu pokoi dla dzieci, ale zawsze mogli się przeprowadzić, kiedyś, gdzie będzie im wygodniej. To zabawne, że z tej całej religii, którą rodzina Hazel wyznawała, to tylko wielodzietność się jej spodobała. On jednak nie zamierzał narzekać. Wizja małych Gavinków i Hazelek była nad wyraz kusząca.
-Chodź bąblu-powiedział, wyjmując syna z huśtawki. Co za dużo, to nie zdrowo. Dał go za to Hazel na ręce, skoro i tak nie mogła oderwać od niego rąk.

Hazel Matthews
34 lat/a, 175 cm
pielęgniarka na urlopie wychowawczym
Awatar użytkownika
I’m not sure, but I’m almost positive, that all music came from New Orleans.
Whispers of life
Przewróciła oczami z teatralnym oburzeniem, kiedy usłyszała jego komentarz o szczęśliwych dzieciach i przekrzywionych koszulkach. Oczywiście, że miał rację. I oczywiście, że nie zamierzała mu tego tak łatwo przyznać. Jamie wyglądał jak mały huragan w dziecięcych skarpetkach, ale śmiał się przy tym tak rozkosznie, że naprawdę ciężko było przejmować się czymkolwiek innym. Zwłaszcza kiedy patrzył na nich tymi wielkimi oczami, jakby byli całym jego światem. A może trochę byli. Hazel poprawiła tylko materiał pod pleckami syna bardziej z odruchu niż rzeczywistej potrzeby. Macierzyństwo chyba właśnie tak działało. Człowiek przez większość dnia coś poprawiał, wycierał, podnosił albo sprawdzał, czy dziecko na pewno oddycha, mimo że spało spokojnie od dwóch godzin. I szczerze? Kochała to bardziej, niż się spodziewała. Parsknęła śmiechem pod nosem na wizję soccerowej drużyny biegającej po ich domu. Wcale nie wydawało jej się to takie nierealne. Patrząc na nich wszystkich razem — na ten absurdalny układ, który jakimś cudem działał lepiej niż większość normalnych rodzin — mogła sobie wyobrazić praktycznie wszystko. Więcej dzieci też. Małe stópki tupiące po schodach. Kolejne foteliki w samochodzie. Kolejne śniadania robione dla zbyt wielu osób i wieczory, podczas których każdy mówił jednocześnie. To nie było coś, co ją przerażało. Wręcz przeciwnie. Ta wizja rozlewała się po niej przyjemnym ciepłem.
To dobrze, bo ja raczej nie umiem robić rzeczy na pół gwizdka — mruknęła z rozbawieniem. — Jak już mamy robić dużą rodzinę, to porządnie — zaśmiała się jeszcze cicho pod nosem, ale zaraz potem cała jej uwaga wróciła do Jamiego, kiedy został jej oddany na ręce. Automatycznie poprawiła go sobie na biodrze, przyciskając do siebie to małe, rozgrzane ciałko pachnące słońcem, piaskiem i dziecięcym kremem.

Boże, jaki on był już ciężki. I jaki cudowny jednocześnie.

Jamie od razu wtulił się w nią bez cienia zawahania, łapiąc ją za łańcuszek przy szyi swoimi pulchnymi palcami. Hazel uśmiechnęła się miękko, muskając ustami jego czoło. Serce praktycznie rozpływało jej się w klatce piersiowej od takich drobiazgów. Obok Jimmy dalej biegał jak nakręcony, coś krzyczał do niewiadomo konkretnie kogo, machał rękami i co chwilę zerkał w ich stronę tylko po to, żeby upewnić się, że dalej są. Że dalej siedzą na tej samej ławce. Że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno. I było. Hazel usiadła z powrotem obok męża, opierając głowę o jego ramię tylko na krótką chwilę. Słońce powoli zaczynało schodzić niżej, park robił się spokojniejszy, a powietrze przyjemnie pachniało trawą i czymś słodkim z budki przy wejściu. Nowy dom. Nowe miasto. Nowe życie. A mimo to siedziała dokładnie tam, gdzie chciała być.
Wiesz co jest najgorsze? — odezwała się po chwili z rozbawieniem. — Że ja już mentalnie urządziłam kolejny pokój dziecięcy — prychnęła śmiechem sama z siebie, kręcąc głową. To było trochę absurdalne. Nie byli jeszcze nawet w trakcie starań, a ona już zdążyła wymyślić kolory ścian, ustawienie łóżeczka i to, że tym razem absolutnie kupi za dużo małych ubranek. Czyli dokładnie tak samo jak przy Jamie’m. I pewnie zrobiłaby to wszystko jeszcze raz bez najmniejszego zawahania.
Bo właśnie takiego życia chciała.

k o n i e c


Gavin Matthews
ODPOWIEDZ

Wróć do „Audubon Park”