ODPOWIEDZ
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Słońce przebijało się przez zakurzone żaluzje, malując na ścianach ciasnego mieszkania Nerissy długie, nierówne pasy światła. Dziewczyna leżała na kanapie, niezdolna do ruchu, z głową pulsującą tępym bólem po nieprzespanej nocy w klubie. Zapach stęchlizny i resztek wczorajszego dnia wypełniał każde pęknięcie w tynku.
Długi, które odziedziczyła po zmarłym bracie były dla niej jak ciężki, mokry całun. Każdego ranka budziła się z tym samym duszącym ciężarem w klatce piersiowej.
Kiedy dzwonek rozbrzmiał po raz pierwszy - krótki, suchy, pozbawiony wahania - Nerissa zamarła. Jej serce wykonało gwałtowny skok, a w żołądku poczuła dobrze znany, lodowaty skurcz paniki. Każde pukanie do drzwi było dla niej jak wyrok; widziała już oczyma wyobraźni kolejnych osiłków w skórzanych kurtkach, ich drwiące uśmiechy i groźby. Czekała w bezruchu, wstrzymując oddech, mając nadzieję, że jeśli będzie wystarczająco cicho, to windykator uzna, że mieszkanie jest puste. Ale dzwonek zadzwonił znowu, z natarczywością, która nie pozostawiała złudzeń; nie odejdą dopóki nie otworzy.
Zwlekła się z kanapy, a jej ciało protestowało przy każdym ruchu. Boso przeszła przez przedpokój, czując chłód paneli pod stopami i drżenie własnych kolan. Nie patrzyła w wizjer; nie chciała widzieć kolejnej bezlitosnej twarzy, która przyszła upomnieć się o swoje. Chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi, gotowa na kolejną dawkę upokorzeń.
W progu stał mężczyzna. Nie znała go - był zupełnie obcy. Ubrany w ciemną kurtkę, która zdawała się chłonąć mrok z klatki schodowej, i czapkę z daszkiem głęboko nasuniętą na czoło. Bez słowa, bez cienia uprzejmości, wcisnął jej w dłoń grubą, ciężką, żółtą kopertę.
-Co jest? - zapytała, gdy nieznajomy bez słowa po prostu odwrócił się i odszedł.,
Zatrzasnęła drzwi i wróciła do kuchni, oddychając z taką trudnością, jakby przed chwilą przebiegła maraton.
Nie zagłębiając się w szczegóły, nie analizując , czy na kopercie w ogóle widnieje jej nazwisko, rozerwała papier z taką samą beznamiętnością, z jaką otwierała wszystkie rachunki, czując narastającą w sercu gorycz i bezsilność wobec własnego losu.
Zawartość wysunęła się na blat z głuchym, metalicznym dźwiękiem. Nerissa cofnęła się o krok. Z koperty wypadły dwa ciężkie, surowe klucze o dziwnym profilu, które z cichym brzękiem potoczyły się po drewnianym blacie. Obok nich wylądował plik zdjęć o wysokiej jakości.
Pochyliła się nad nimi, a jej oddech stał się nierówny. Pierwsza fotografia przedstawiała mężczyznę w średnim wieku, wychodzącego z przeszklonego biurowca. Kolejne ukazywały go wewnątrz przytulnej kawiarni, w jego samochodzie, aż w końcu zbliżenie na wejście do jego budynku. Nerissa wzięła do ręki ostatnią kartkę - zestawienie danych osobowych owego mężczyzny i przerażająco wysoką kwotę, której nie spłacił.
W kuchni zrobiło się nagle przeraźliwie cicho. Nerissa powoli odwróciła pustą już kopertę. Na jej zewnętrznej stronie, wypisany markerem o grubym, czarnym filcu, widniał tylko jeden napis: " Mieszkanie 165".
Ktoś pomylił mieszkania.
Nerissa zrozumiała, że nie trzyma w dłoniach swoich rachunków. Trzymała w dłoniach "narzędzia" pracy kogoś, kto zajmował się egzekwowaniem długów od innych. Dziewczyna wpatrywała się w blat, a świat wokół niej zdawał się tracić ostrość. Jej własny oddech wydawał jej się teraz zbyt głośny, niemal agresywny w ciszy kuchni. W głowie czuła znajomy, pulsujący ból, który zawsze pojawiał się, gdy wspomnienia o bracie i długi stawały się nie do zniesienia, ale to, co czuła teraz, było czymś znacznie bardziej dominującym. To nie był już tylko zwykły strach przed jutrem. To było uczucie całkowitego rozbicia, jakby fundamenty, na których z trudem budowała swój pozorny spokój, właśnie runęły.
Przez trzy lata była więźniem systemu, który nie znał litości - każdej nocy w klubie czuła na sobie wzrok mężczyzn, którzy traktowali ją jak przedmiot, a każdego ranka bała się listonosza i domofonu. A teraz?
Teraz trzymała w rękach dowód na to, że ktoś inny czerpie z tego procesu zysk, że ktoś inny uczynił z cudzego nieszczęścia swoje codzienne rzemiosło.
Kiedy jej palce musnęły zimny metal kluczy, przeszły ją dreszcze. Czuła się, jakby dotykała przedmiotu na wskroś skażonego. Ogarnęła ją fala czystego, zwierzęcego przerażenia - zrozumiała, że nieświadomie weszła w posiadanie czegoś, co nie miało trafić do niej. Czegoś czego nie miała w ogóle zobaczyć na oczy. Czuła, jak jej dłonie, dotąd drżące, stają się nagle lodowate, a serce bije w nierównym, chaotycznym rytmie.
To było emocjonalne rozdarcie - między chęcią wyrzucenia tych przedmiotów przez okno i ucieczki jak najdalej, a desperacką, niemal obłędną pokusą, by zatrzymać je przy sobie i zobaczyć do czego może doprowadzić ta chwila przeznaczenia. Nerissa czuła się, jakby w jednej sekundzie życie rzuciło jej wyzwanie, na które nie była gotowa, ale któremu - w swojej rosnącej desperacji - nie potrafiła się już oprzeć.
Szybko jednak zrozumiała, że ta koperta nie jest żadną szansą, lecz wyrokiem, a każda minuta zwłoki przybliża ją do świata, z którego nikt nie wraca bez blizn. Zrozumiała, że jedynym sposobem na uniknięcie katastrofy jest jak najszybsze pozbycie się tego niebezpiecznego bagażu.
-Jesteś zajebista, Nerissa... trzeba mieć talent żeby wjebać się w kłopoty siedząc w domu...,
Drżącymi dłońmi zgarnęła zdjęcie i klucze, wpychając je z powrotem do szorstkiej, żółtej koperty. Każdy jej ruch był teraz nacechowany desperackim pragnieniem powrotu do choćby pozorów bezpieczeństwa, jakie zapewniała jej ta ciasna i duszna codzienność.
Nie było już w niej miejsca na mroczną ciekawość czy pokusę zysku; liczyło się tylko zminimalizowanie strat i uniknięcia starcia z kimś, kto zajmował się zawodowym niszczeniem ludzi. Czuła, jak jej własne serce wali o żebra w rytm narastającej paniki, gdy zaciskała dłoń na kopercie, traktując ją jak rozżarzony węgiel, którego chciała się jak najszybciej pozbyć.
Z zaciśniętą szczęką i wzrokiem wbitym w ciemny korytarz, ruszyła na dół schodami w stronę mieszkania 165, czując, że każdy krok przybliża ją do jednego słusznego rozwiązania. Podeszła pod drzwi i zawahała się tylko przez ułamek sekundy, z dłonią zaciśniętą na szorstkiej kopercie, po czym, nie dając sobie czasu na wycofanie się, trzy razy krótko i zdecydowanie zastukała w drewno. Chciała tylko jednego - oddać to, co nie było jej, i zaszyć się ponownie w swoim małym, nędznym świecie, gdzie jedynym jej problemem pozostaną długi, które przynajmniej znała na wylot.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
#13
Blood is thicker than water | "outfit"
Trigger Warning
brutalność
Noc zaczęła się spokojnie, tak jak większość zleceń tego typu – bez zbędnego teatru, bez patosu, bez niepotrzebnego pokazywania siły, zanim jeszcze okazała się konieczna. Elijah wolał załatwiać takie sprawy możliwie cicho. Rozmowa, ewentualnie stanowczy ton, czasem spojrzenie, które samo w sobie było wystarczającym argumentem. Tym razem klient nazywał się Marcus Deveraux i miał na koncie zaległość, którą przez ostatnie trzy tygodnie skutecznie ignorował, chowając się po barach na obrzeżach Bywater, gdzie muzyka była na tyle głośna, że można było udawać, że nie słyszy się dzwoniącego telefonu.
Znalazł go w końcu w jednym z takich miejsc – ciasnym, dusznym lokalu z poplamionym linoleum, migoczącym neonem reklamującym piwo, którego nikt już nie produkował, i barmanem, który patrzył na wszystko z twarzą człowieka dawno pogodzonego z tym, że jego zakład widział rzeczy gorsze niż kolejna kłótnia o pieniądze. Lynskey usiadł obok Marcusa przy barze, zamówił wodę, którą i tak nie zamierzał pić, i zaczął rozmowę tak jak zawsze – spokojnie, rzeczowo, dając mężczyźnie ostatnią szansę na to, żeby zachował się jak rozsądny człowiek.
Marcus jednak miał inny plan na wieczór. Może alkohol dodał mu odwagi, może desperacja, a może po prostu głupota, która czasem chodziła w parze z jednym i drugim. Zaczął się stawiać. Podniesiony głos, oskarżenia o wymyślone długi, palec wycelowany w twarz Elijaha, jakby to on był tym, kto powinien się tłumaczyć. Kilka osób przy barze odwróciło głowy, ale szybko wróciło do swoich drinków – tutejsi klienci nauczyli się nie wtrącać w sprawy, które ich bezpośrednio nie dotyczyły.
Kiedy mężczyzna poderwał się z krzesła i spróbował uderzyć pierwszy, cała reszta wieczoru potoczyła się w ten przewidywalny, niemal znużony nieuchronnością sposób, jaki Elijah widział już dziesiątki razy. Uchylił się bez wysiłku, chwycił gagatka za nadgarstek i wykręcił go pod kątem, który natychmiast wybił z niego resztki fantazji o bohaterskim oporze. Krzesła się przewróciły. Ktoś krzyknął, żeby przenieśli to na zewnątrz, ale zanim zdążyli, Marcus sięgnął po pierwszą rzecz, jaka nawinęła mu się pod rękę – pustą butelkę stojącą na barze – i machnął nią w stronę głowy Elijaha z desperacją człowieka, który zrozumiał, że przegrywa i nie ma już nic do stracenia.
Nie trafił. Azjata zablokował ruch przedramieniem, poczuł szkło pękające o kość, a potem, zanim mężczyzna zdążył się cofnąć, wyrwał mu resztki butelki z dłoni i, kierowany czystym, zwierzęcym odruchem połączonym z chłodną kalkulacją, przeciągnął ostrą, poszarpaną krawędzią po jego przedramieniu. Krew popłynęła natychmiast, gorąca, ciemna w słabym świetle baru, ochlapując podłogę, bar oraz rękaw koszulki Lynskeya. Deveraux wrzasnął, upadł na kolana, ściskając ranę drugą dłonią, a cała reszta lokalu zamarła w tej specyficznej ciszy, jaka pojawiała się zawsze, gdy przemoc przestawała być abstrakcją i stawała się czymś, co można było poczuć własnym nosem.
Reszta poszła już szybko. Elijah przyklęknął obok skulonego mężczyzny, wyciągnął z jego kurtki portfel, odliczył należną kwotę co do dolara, resztę wepchnął z powrotem i pochylił się nad jego uchem, szepcząc mu coś, czego nikt inny nie usłyszał, ale co sprawiło, że Marcus przytaknął gorączkowo, wciąż trzymając się za ramię. Barman nie zadzwonił po nikogo. Nikt w tym miejscu nie dzwonił po gliny, bo każdy miał coś do ukrycia.
Wyszedł stamtąd, gdy niebo na wschodzie zaczynało już jaśnieć brudnoróżowym, zmęczonym świtem, jaki Nowy Orlean produkował po każdej długiej nocy. Motocykl czekał tam, gdzie go zostawił, a on dosiadł go z rutynową obojętnością człowieka, który robił to zbyt wiele razy, żeby cokolwiek jeszcze go w tym poruszało. Krew na rękawie zdążyła już zaschnąć, ciemniejąc, sztywniejąc na materiale. Nie była ona jego, ale i tak przyklejała się nieprzyjemnie do skóry pod spodem.
Jechał tylnymi uliczkami, unikając głównych arterii, unikając ludzi, unikając wszystkiego, co mogłoby skłonić kogoś do przyjrzenia się mu dłużej niż przez ułamek sekundy. Późny poranek nie sprzyjał anonimowości – ludzie zaczynali wychodzić z domów, biegacze, ludzie z psami, kobiety niosące torby z zakupami – więc trzymał się cienia budynków, opuścił wizjer kasku niżej, niż wymagały tego przepisy i modlił się w duchu do żadnego konkretnego boga, żeby nikt nie zapytał, dlaczego wygląda, jakby właśnie wyszedł z rzeźni.
Dotarł na miejsce szybciej, niż się spodziewał. Zaparkował maszynę niechlujnie niedaleko budynku. Wejście na szóste piętro pokonał, czując w nogach ten specyficzny, ciężki rodzaj zmęczenia, który nie miał nic wspólnego z mięśniami, lecz akumulowanym przez całą noc napięciem. Otworzył drzwi mieszkania 165, wszedł do środka i rzucił kopertę z odzyskaną gotówką na komodę stojącą tuż przy wejściu, gdzie wylądowała z głuchym, satysfakcjonującym dźwiękiem czegoś ciężkiego.
Nie zdążył nawet zamknąć drzwi na klucz, zanim zaczął się rozbierać. Koszulka, sztywna od zaschniętej krwi, wylądowała na podłodze przedpokoju. Buty zrzucił bez rozsznurowywania, kopiąc je gdzieś w kąt. Spodnie zostawił w połowie korytarza, jakby znaczył sobą drogę do łazienki, niczym Jaś i Małgosia zostawiający okruszki, tyle że zamiast chleba były to brudne, poplamione juchą i alkoholem ubrania.
Prysznic wziął szybki, niemal mechaniczny – gorąca woda spłukała z niego zapach dymu papierosowego, taniego piwa i cudzej krwi, podczas gdy on stał nieruchomo, opierając czoło o kafelki, pozwalając ciepłu robić swoje. Umył zęby, patrząc na własne odbicie w zaparowanym lustrze, z wyrazem twarzy człowieka, który już dawno temu przestał się nad sobą zastanawiać, po czym powlókł się do sypialni, gdzie założył parę bokserek i padł na łóżko jak długi, nie zawracając sobie głowy kołdrą, prawidłowo ułożoną poduszką ani czymkolwiek innym poza tragiczną potrzebą snu.
Zasnął niemal natychmiast, w tym gęstym, bezdennym rodzaju snu, jaki przychodził wyłącznie po nocach spędzonych na robieniu rzeczy, o których lepiej było nie myśleć zbyt długo.
Pukanie wyrwało go z tej ciemności powoli, niechętnie, jakby jego świadomość próbowała się bronić przed powrotem do świata. Nie było natarczywe. Nie było agresywne. Ot, zwyczajne, uparte stukanie w drzwi, wystarczająco głośne, żeby przebić się przez warstwy zmęczenia, ale niewystarczające, żeby wywołać w nim jakikolwiek alarm.
Wygramolił się z łóżka z jękiem, który zabrzmiał bardziej jak coś wydobywającego się z gardła starszego mężczyzny niż dwudziestotrzylatka, i ruszył w stronę drzwi, nie trudząc się, by założyć na siebie coś więcej, niż w czym już był. Żaden szlafrok. Żadna koszulka narzucona na ramiona w geście przyzwoitości. Miał to gdzieś. Ktokolwiek stał po drugiej stronie, musiał się z tym pogodzić.
Uchylił drzwi na tyle, żeby móc w nich stanąć, ukazując się przybyłej osobie w pełnej, niezakłóconej niczym okazałości. Zmrużone od światła dnia oczy przesunął po sylwetce kobiety stojącej w progu, nieprzytomnym, jeszcze na wpół pogrążonym we śnie wzrokiem, zanim ziewnął szeroko, bez cienia zażenowania, opierając dłoń o framugę.
Cześć – mruknął głosem chrapliwym od brutalnie przerwanego snu i papierosów sprzed kilku godzin. – W czym mogę pomóc?
Nie zauważył jeszcze koperty w jej dłoniach. Nie dostrzegł jeszcze niczego poza tym, że ktoś obcy stał pod jego drzwiami o tej porze, kimkolwiek był, i że najwyraźniej to on musiał teraz z siebie wykrzesać, choć odrobinę uprzejmości, zanim jego mózg w pełni się obudzi.

Nerissa Whitelaw
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Korytarz wydawał się ciaśniejszy niż jeszcze kilka minut temu. Duszne, nieruchome powietrze przykleiło się do skóry, a zapach starego betonu i wilgoci drażnił nozdrza przy każdym, płytkim oddechu. Świetlówka zawieszona nad schodami migotała nieregularnie, rzucając na ściany blade, drżące światło. W tej ciszy każdy dźwięk urastał do nienaturalnych rozmiarów - szelest koperty pod jej palcami, własny oddech i dudniące w uszach bicie serca.
Nerissa stała nieruchomo przed drzwiami mieszkania numer sto sześćdziesiąt pięć, lecz w środku rozpadała się na kawałki.
Przez te kilka sekund, które minęły od zapukania do chwili, gdy po drugiej stronie rozległy się ciężkie kroki, zdążyła podjąć decyzję o ucieczce chyba z dziesięć razy. Mięśnie nóg napinały się mimowolnie, gotowe ponieść ją z powrotem po schodach. Wyobraźnia podsuwała kolejne scenariusze - że odwróci się ma pięcie, wejdzie po schodach zniknie, zanim ktokolwiek zdąży przekręcić zamek. Że wrzuci kopertę do pierwszego lepszego kosza, jakby nigdy jej nie znalazła. Albo że po prostu zostawi ją pod drzwiami i odejdzie, nie oglądając się za siebie.
Żaden z tych pomysłów nie wydawał się jednak wystarczająco dobry,
Im dłużej trzymała kopertę, tym bardziej miała wrażenie, że ciąży w dłoniach niczym ołów. Nie była już zwykłym kawałkiem papieru. Była dowodem. Milczącym świadkiem czegoś, czego nigdy nie powinna była zobaczyć. Zdjęcia, kluczę, nazwisko człowieka, którego życie najwyraźniej zostało wycenione na konkretną kwotę... Wszystko to wracało do niej z niepokojącą wyrazistością.
Rozsądek podpowiadał jedno.
Powinna była pójść na policję.
Oddać kopertę ludziom, którzy zajmowali się takimi sprawami. Zrzucić z siebie ten ciężar i pozwolić komuś innemu podjąć decyzję.
Ale rozsądek od dawna przegrywał u niej z lękiem.
Przez ostatnie lata nauczyła się, że są ludzie, przed którymi nie chroni ani prawo, ani odznaka, ani dobre intencje. Zbyt wiele razy patrzyła, jak ci silniejsi robią, co chcą, podczas gry inni odwracali wzrok. Policja nie była dla niej symbolem bezpieczeństwa. Była kolejną niewiadomą.
Palce zacisnęły się mocniej na szorstkim papierze, aż ostre krawędzie koperty boleśnie wbiły się w skórę. Nerissa niemal nie czuła własnych dłoni. Czuła tylko paniczną potrzebę zakończenia tego wszystkiego. Oddać ją właścicielowi. Usłyszeć zatrzaskiwanie drzwi. Wrócić do swojego mieszkania i wmówić sobie, że ten dzień nigdy się nie wydarzył.
Kiedy po drugiej stronie drzwi rozległ się dźwięk przekręcanego zamka, Nerissa poczuła, jak całe jej ciało instynktownie się napina. Jeszcze mogła się wycofać. Wystarczyłoby odwrócić się na pięcie, wejść po schodach i uznać, że koperta nigdy nie trafiła w jej ręce. Przez ostatnie kilka minut przećwiczyła ten scenariusz w głowie tyle razy, że właściwie dziwiła się, iż nadal stoi pod mieszkaniem numer 165.
Najbezpieczniejszym jednak rozwiązaniem wydawało się oddanie koperty właścicielowi i zniknięcie z jego życia równie szybko, jak się w nim pojawiła.
Przynajmniej taki był plan.
Plan rozpadł się dokładnie w chwili, gdy drzwi się otworzyły.
Nerissa przez kilka sekund zwyczajnie patrzyła.
I patrzyła.
I chyba zapomniała, że wypadałoby powiedzieć cokolwiek.
Przez całą drogę była święcie przekonana, że drzwi otworzy jej jakiś łysy bydlak z karkiem szerszym od framugi. Taki, którego twarz wygląda, jakby przegrała bójkę z tarką do warzyw, a tatuaże zaczynały się gdzieś przy skroni i kończyły dopiero przy kostkach. Człowiek, który jednym spojrzeniem potrafi przekonać każdego dłużnika, że jednak warto było spłacać raty na czas.
Los najwyraźniej uznał, że ma wyjątkowo specyficzne poczucie humoru.
Bo w progu stał młody mężczyzna w samych bokserkach.
Rozczochrane włosy sugerowały, że brutalnie wyrwała go ze snu, a lekko nieprzytomne spojrzenie mówiło wyraźnie, że jego mózg dopiero zastanawia się, czy warto rozpocząć dzisiejszy dzień. Nie wyglądał ani trochę groźnie. Wręcz przeciwnie. Miał zaskakująco łagodne rysy i twarz, której nijak nie potrafiła dopasować do zawartości koperty. Spojrzenie bezwiednie przesunęło się po jego sylwetce, bardziej z czystego niedowierzania niż z ciekawości. Jakby gdzieś po drodze zgubił wszystkie tatuaże, blizny i złowrogą aurę, które tak skrupulatnie dopisała mu w swojej wyobraźni.
Przez krótką chwilę nawet zerknęła na numer mieszkania.
Sto sześćdziesiąt pięć.
Potem znowu na niego.
I znowu na numer.
Jej mózg uparcie próbował odnaleźć w nim cokolwiek, co przypominałoby człowieka ze świata mafii. Cokolwiek. Tatuaż, blizna. Chociaż złamany nos. Tymczasem jedynym, co udało jej się znaleźć, był wyraźny ślad po poduszce odciśnięty na policzku.
To było wręcz obraźliwe.
Jak ktoś z takim arsenałem w szafie mógł wyglądać, jakby jego największym problemem było to, że obudziła go przed pierwszą kawą? Dopiero po chwili uświadomiła sobie, ze od dobrych kilkunastu sekund stoi w kompletnej ciszy i bezceremonialnie go lustruje.
Gdyby sytuacja nie była tak absurdalnie stresująca, prawdopodobnie sama parsknęłaby śmiechem. Niestety wszechświat najwyraźniej uznał, że najlepsze żarty opowiada się właśnie wtedy, gdy człowiek najchętniej zapadłby się pod ziemię. Nerissa odchrząknęła cicho, bardziej po to, by przypomnieć samej sobie, że wciąż potrafi wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, niż dlatego, że rzeczywiście miała coś do powiedzenia.
Z boku musieli wyglądać komicznie.
Ona, stojąca na progu z kopertą przyciśniętą do piersi niczym ostatnią deską ratunku, i on, w samych bokserkach , z miną człowieka, który najwyraźniej wciąż próbował zdecydować, czy to dzieje się naprawdę, czy jego mózg postanowił spłatać mu wyjątkowo dziwny sen.
Wiedziała jednak, że niezależnie od tego, jak niewinnie wyglądał mężczyzna stojący przed nią, pod zaspaną twarzą mógł kryć się ktoś znacznie bardziej niebezpieczny, niż kiedykolwiek chciałaby poznać.
Mimo wszystko nie potrafiła pozbyć się jednej, wyjątkowo natrętnej myśli...że mafia miała zdecydowanie lepszy dział rekrutacji, niż się spodziewała.
Nie mogła pozbyć się wrażenie, że gdzieś po drodze popełniła całą serię wyjątkowo nietrafionych decyzji. Najpierw odebrała cudzą przesyłkę. Później uznała, że otwarcie jej to świetny pomysł. Następnie obejrzała wszystko, co znajdowało się w środku, a na sam koniec stwierdziła, że osobiste dostarczenie koperty właścicielowi brzmi jak plan, który z pewnością nie skończy się katastrofą.
Patrząc na to z odpowiedniej perspektywy, naprawdę trudno było nie podziwiać własnej konsekwencji.
Coraz bardziej irytował ją fakt, że własne sumienie miało dziś wyjątkowo dużo do powiedzenia. Gdyby była odrobinę mniej ciekawska i odrobinę bardziej rozsądna, najprawdopodobniej siedziałaby teraz z kubkiem kawy, zastanawiając się, co obejrzeć, zamiast stać pod drzwiami obcego mężczyzny z sercem bijącym zdecydowanie szybciej, niż powinno.
Mimowolnie pokręciła głową, dochodząc do wniosku, że życie chyba naprawdę uwielbiało sprawdzać, jak daleko można przesunąć granicę absurdu.
Nerissa w końcu zmusiła się do oderwania wzroku od mężczyzny. Odetchnęła cicho, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że oddychanie jest całkiem przydatną umiejętnością, po czym uniosła kopertę nieco wyżej,
- Chyba... to należy do Ciebie. - Wyciągnęła ją w jego stronę, jednak nie puściła od razu. - A przynajmniej bardzo liczę na to, że do Ciebie. Byłoby naprawdę niezręcznie, gdybym właśnie obudziła niewłaściwego faceta.
Na jej ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech. Bardziej nerwowy niż rozbawiony.
- Kurier zrobił sobie małą wycieczkę po piętrach i uznał, że moje drzwi będą równie dobre jak Twoje.
Puściła kopertę dopiero wtedy, gdy poczuła, że przejął jej ciężar. Przez ułamek sekundy jej dłoń zawisła w powietrzu, jakby nie do końca wierzyła, że to już koniec. Dopiero po chwili powoli rozprostowała zdrętwiałe palce.
Nie poczuła ulgi.
Raczej coś pomiędzy zmęczeniem a niepokojem, który wciąż uparcie siedział gdzieś z tyłu głowy. Miała nieodparte wrażenie, że choć właśnie pozbyła się koperty, nie pozbyła się konsekwencji jej znalezienia. Przez krótką chwilę wahała się, czy powiedzieć jeszcze coś.
- Miłego wieczoru. Chociaż po takim początku chyba oboje możemy o tym pomarzyć.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Zmrużone jeszcze od zaskakująco ostrego światła w korytarzu oczy przesunęły się po sylwetce kobiety stojącej w progu, rejestrując ją z tą samą powolną obojętnością, z jaką rejestrował wszystko inne tego dnia po nieprzespanej nocy. Nie znał jej. Może migała mu gdzieś na korytarzu, może nawet mieszkała w tym samym budynku – w końcu twarze w Goodridge miały tendencje do powtarzania się – ale nie miał pojęcia, pod jakim numerem, na którym piętrze ani jak się do cholery nazywała. Nie, żeby go to interesowało. Nie zawracał sobie głowy sąsiadami z własnego piętra, a co dopiero kimś, kogo nawet nie potrafił umiejscowić w budynku.
Ziewnął, głośno i bezwstydnie, zasłaniając usta dłonią bardziej z przyzwyczajenia niż z troski o dobre maniery, których i tak nigdy specjalnie nie kultywował. Drugą ręką potarł kark, próbując strząsnąć z siebie resztki snu, które wciąż ciążyły mu na powiekach jak coś nieznośnie fizycznego. Jego mózg pracował na irytująco wolnych obrotach, gdzieś pomiędzy kto to a czy mogę wrócić do łóżka po tym, jak się jej pozbędę.
Dopiero po chwili zauważył, że kobieta go lustruje. Otwarcie, uporczywie, z wyrazem twarzy, którego nie potrafił jeszcze zdekodować – może to przez to, jak wyglądał, w samych bokserkach, z odciśniętym śladem poduszki na policzku, a może dlatego, że spodziewała się zobaczyć kogoś zupełnie innego w tej framudze. Wzruszyłby teraz ramionami, gdyby miał na to ochotę. Z lenistwa jednak się powstrzymał. Ludzie patrzyli na niego różnie. Rzadko go to obchodziło.
Wtedy jego wzrok zjechał w dół, ku jej dłoniom, i coś w nich przyciągnęło uwagę na tyle mocno, że wyrwało go z resztek sennego otępienia.
Koperta.
W fatalnym stanie. Wyraźnie otwarta, pognieciona, może nawet przeszukana. Jeśli kobieta przytargała ją aż tutaj, pod jego drzwi, to mógł się spodziewać jednego – że należała do niego. A przynajmniej powinna była trafić do niego, zanim ktoś inny, obcy, wścibski, zdążył zajrzeć do środka.
Znał jej zawartość. A przynajmniej się jej domyślał i to wystarczyło, żeby żołądek skręcił mu się w nieprzyjemny, bolesny węzeł. W ostatnim czasie trafił na sprawę pewnego chujowego gościa, grubszej ryby, który nie zamierzał po dobroci rozstać się z należną gangowi kasą. Facet miał niezłe plecy – za szerokie jak na skalę zwykłego dłużnika, z którymi Elijah zwykł mieć do czynienia. Nie mógł po prostu wparować do jego miejsca pracy i wesoło rozkwasić mu twarzy, bo jegomość nawet nie nosił przy sobie takiej gotówki. Musiał znaleźć na niego haki. Mocne haki. Coś, co dałoby się wykorzystać, żeby wyciągnięcie z niego pieniędzy było dużo łatwiejsze. Miejsca, w których lubił odpoczywać. Adres domowy. Rodzina. Cokolwiek, na czym facetowi mogło zależeć na tyle, żeby zmiękł i uregulował to, co wisiał Skorpionom. Zwykle najprostszą opcją była żona, dzieciaki, coś w tym stylu. Tego rodzaju metody miały w sobie pewien rodzaj brzydkiego piękna. Zastraszanie działało. Często skuteczniej niż bezpośrednia przemoc, i to bez konieczności brudzenia sobie rąk.
Jego znużona, lekceważąca postawa zmieniła się nie do poznania w ułamku sekundy. Palce zacisnęły się na framudze, kostki aż zbielały, a mięśnie napięły się instynktownie, jakby przygotowywał się na przyjęcie ciosu prosto w brzuch. Coś w jego oczach zapłonęło – nie tym sennym rozdrażnieniem sprzed chwili, ale czymś znacznie ostrzejszym, chłodniejszym. Był wkurwiony. Nie tylko na kuriera, który spartolił coś tak prostego, jak dostarczenie koperty pod właściwy numer, ale też na tę obcą kobietę, która najwyraźniej nie potrafiła się powstrzymać i musiała wsadzić swój nos w coś, co nigdy nie było jej sprawą. Jebać już kuriera, który niczego w swoim życiu więcej nie dostarczy, ale ona stała się teraz jego problemem.
W głowie mignęła mu na krótką, nieprzyjemną chwilę wizja tego, jak zareagowaliby jego przełożeni, gdyby dowiedzieli się, że tak wrażliwe materiały – zdjęcia, dane, klucze – wylądowały w rękach zupełnie obcej baby przez czyjeś niedbalstwo. Nie chciał nawet myśleć, jaką formę przybrałaby ta rozmowa. Skorpiony nie wybaczały takich błędów łatwo, a jeszcze mniej odpuszczał on sam, gdy niedopatrzenie kogoś innego stawało się nagle jego zmartwieniem.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie próbowała nawet przeprosić, czy się wytłumaczyć, choć w tej sytuacji nie zaakceptowałby żadnych wymówek. Nie w tym momencie. Nie, gdy przesyłka wyglądała tak, jakby przeszła przez ręce kogoś, kto nie potrafił oprzeć się pokusie zaglądania tam, gdzie nie powinien.
A gdzie ty się, kurwa, wybierasz? – rzucił głosem nagle znacznie mniej sennym, znacznie bardziej ostrym, gdy zauważył, że kobieta, oddawszy kopertę, poczyniła ruch, jakby zamierzała się odwrócić i zniknąć na schodach, udając, że stan koperty nie był jej dziełem. – Myślisz, że po prostu wciśniesz mi to w ręce i oddalisz się w podskokach, jakby nic się nie stało?
Otworzył drzwi szerzej, jednym pewnym, zdecydowanym ruchem i wskazał głową w głąb mieszkania, gestem, który nie pozostawiał wiele miejsca na negocjacje. Na komodzie leżał naładowany Glock 19. Nie można było go przeoczyć.
Zapraszam. Musimy porozmawiać o tym, dlaczego coś, co nie należało do ciebie i co ewidentnie było zaadresowane do kogoś innego, skończyło otwarte i przeszukane w twoich łapach.
Przez moment przyglądał się jej twarzy, szukając w niej czegoś – strachu, wyzwania, czegokolwiek, co mogłoby mu podpowiedzieć, jak bardzo ta sytuacja będzie skomplikowana. Jego spojrzenie stało się bardziej penetrujące, wolniejsze, jakby oceniał ją cal po calu, próbując zrozumieć, ile faktycznie zdążyła zobaczyć, zanim postanowiła zabawić się w bohaterkę i przynieść mu to osobiście. Głupia decyzja.
Dla własnego dobra posłuchaj mnie teraz uważnie – dodał, zniżając głos do tonu, który miał w sobie więcej ostrzeżenia niż groźby, choć granica między tymi dwoma bywała u niego cienka. – Nawet jeśli osobiście nie zamierzam robić ci żadnych problemów, przynajmniej nie teraz, to są ludzie, którym bardzo zależy, żeby nic z tego, co zobaczyłaś, nie wyszło na światło dzienne. A tacy ludzie potrafią sprawić, że będziesz się bała wracać do własnego mieszkania po zmroku.
Nie planował jej grozić. Nie planował nawet zamieniać z nią więcej niż kilku słów, gdyby koperta trafiła do niego w nienaruszonym stanie, tak jak powinna od samego początku. Ale teraz, gdy był niemal pewien, że to ona ją otworzyła, że to jej niepohamowana ciekawość doprowadziła do przejrzenia jej zawartości – cóż. Sama sprowadziła na siebie kłopoty. Nikt jej w tym nie pomógł, nikt jej nie zmusił. Nie mogła mieć pretensji ani do niego, ani do nikogo innego, prócz siebie samej.
Odsunął się jeszcze o krok, trzymając drzwi otwarte, czekając, aż zdecyduje się przekroczyć próg – bo w jego mniemaniu nie było innej opcji, którą w tym momencie warto byłoby rozważać.

Nerissa Whitelaw
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Nerissa przez dłuższą chwilę nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Nie dlatego, że zabrakło jej odpowiedzi, lecz dlatego, że jej myśli nie nadążały za tym, jak gwałtownie zmienił się mężczyzna stojący naprzeciwko.
Jeszcze kilka chwil wcześniej wydawał się zwyczajnym facetem, którego obudziło natarczywe pukanie do drzwi. Wyglądał na zdezorientowanego, zmęczonego i bardziej zainteresowanego powrotem do łóżka niż prowadzeniem rozmowy z nieznajomą. W pewnym momencie niemal zaczęła żałować, że w ogóle go obudziła, bo wyglądał tak, jakby za chwilę miał zasnąć na stojąco. Teraz jednak nie potrafiła znaleźć w nim ani śladu tamtego człowieka. Wystarczyło, że spojrzał na kopertę, a wszystko, co przed chwilą wydawało się naturalne, zniknęło bez śladu, pozostawiając po sobie chłód, którego nie dało się już zignorować.
Najbardziej niepokoił ją fakt, że nie potrafiła wskazać chwili, w której to nastąpiło.
Nie krzyknął od razu.
Nie rzucił się w jej stronę.
Nie zrobił niczego gwałtownego, a mimo to odniosła wrażenie, że ktoś w jednej chwili zamienił człowieka stojącego w progu na kogoś zupełnie obcego. Jego spojrzenie przestało być obojętne, a każde kolejne słowo wypowiadane było z taką pewnością, jakby od początku wiedział, że rozmowa zakończy się dokładnie w ten sposób. Nerissa mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy to właśnie był jego prawdziwy charakter, a wcześniejsza senność jedynie chwilową zasłoną, czy może dopiero widok otwartej koperty obudził w nim coś, czego nie zamierzał przed nią ukrywać.
To właśnie ta myśl okazała się najbardziej irytująca. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej cała sytuacja wydawała się banalna.
Kurier wręczył jej przesyłkę, ona bez zastanowienia zaniosła ją do mieszkania i otworzyła, będąc przekonaną, że jest skierowana do niej. Dopiero zawartość uświadomiła jej, że zaszła pomyłka. Nie zamierzała zatrzymywać koperty, nikogo szantażować ani interesować się cudzym życiem. Chciała jedynie naprawić błąd, którego sama przecież nie popełniła. Tymczasem stała teraz naprzeciw człowieka, który patrzył na nią tak, jakby świadomie przekroczyła granicę, za którą nie miała prawa się znaleźć.
Coraz wyraźniej docierało do niej, że z jego perspektywy wyglądało to zupełnie inaczej.
Otwarta koperta mówiła sama za siebie i żadne wyjaśnienia nie były w stanie tego zmienić. Nie mogła mieć do niego pretensji, że wyciągnął właśnie taki wniosek, ale jednocześnie nie potrafiła pozbyć się narastającej frustracji. Wszystko sprowadzało się do jednej absurdalnej pomyłki, za którą teraz oboje mieli zapłacić.
On, bo ktoś obcy zobaczył rzeczy, które powinny zostać tajemnicą.
Ona, bo znalazła się w samym środku historii, z którą nigdy nie chciała mieć nic wspólnego.
Mimo tego nie odwróciła wzroku.
Czuła, jak gdzieś pod skórą narasta znajomy opór, który od lat nie pozwalał jej uginać się pod czyjąkolwiek presją. Nie była głupia i doskonale rozumiała, że sytuacja wymykała się spod kontroli, jednak równie dobrze wiedziała, że jeśli teraz okaże strach albo zacznie się tłumaczyć, tylko utwierdzi go w przekonaniu, że ma nad nią przewagę. Dlatego trwała w miejscu, spokojnie odwzajemniając jego spojrzenie, choć w głowie bez przerwy próbowała znaleźć sposób, by wybrnąć z sytuacji, która jeszcze kilkanaście minut wcześniej wydawała się niemożliwa.
Nerissa jeszcze przez moment wpatrywała się w niego w milczeniu, jakby liczyła, że za chwilę usłyszy coś, co pozwoli jej uwierzyć, iż cała ta sytuacja jest jedynie nieudanym żartem.
Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Każde kolejne słowo wypowiedziane przez mężczyznę tylko utwierdziło ją w przekonaniu, ze nie zamierzał dopuścić do tego, by sprawa zakończyła się zwykłym oddaniem koperty.
Nie podobało jej się to.
Nie podobało jej się również to, z jaką łatwością próbował odebrać jej możliwość wyboru, jakby już z góry założył, że zrobi dokładnie to, czego od niej oczekiwał. Czuła narastającą irytację.
Nie dlatego, że krzyczał, ani dlatego, że jego ton stał się chłodniejszy. Drażniła ją sama świadomość, że ktoś obcy uznał, iż może wydawać polecenia.
Przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka, po czym odetchnęła powoli, starając się nie okazać emocji, które coraz mocniej dawały o sobie znać.
- Ciekawe. - Odchyliła lekko głowę, nie spuszczając z niego wzroku. - Wiesz już, co zrobiłam, dlaczego to zrobiłam i jakie miałam intencje. Imponujące.
Na moment zamilkła, dając jego słowom wybrzmieć.
- Szkoda tylko, że ani jedno z tych założeń nie padło z moich ust. Kurier wręczył mi ją do rąk. Nie znalazłam jej pod Twoimi drzwiami ani nie wyciągnęłam ze skrzynki. Otworzyłam ją, bo nie miałam najmniejszego powodu sądzić, że nie jest adresowana do mnie.
Jej spojrzenie na moment stwardniało.
- Więc, jeśli już szukasz winnego całej tej sytuacji, to chyba oboje możemy się zgodzić, że nie jestem jedyną osobą, która popełniła tutaj błąd.
Po jej słowach zapadła na chwilę cisza. Wydawała się cięższa niż wszystkie wypowiedziane wcześniej słowa. Nerissa czuła na sobie jego wzrok niemal fizycznie. Nie był to zwykły kontakt wzrokowy ani próba odczytania emocji. Miał w sobie coś znacznie bardziej niepokojonego - chłodną, metodyczną ocenę, jakby próbował złożyć ją z pojedynczych elementów i zdecydować, ile z tego, co mówiła, zasługuje na wiarę.
Mimowolnie wyprostowała plecy. Nie zamierzała odwracać wzroku ani sprawiać wrażenia, że czuje się przyłapana na czymkolwiek.
Nie odrywała od niego wzroku. Kącik jej ust uniósł się ledwie zauważalnie, bardziej z przekory niż rozbawienia. W jego głosie pobrzmiewało ostrzeżenie, ale nie było ono niczym, czego wcześniej nie słyszała. Życie już nie raz stawiało na jej drodze ludzi przekonanych, że wystarczy kilka odpowiednio dobranych słów, by zmusić ją do posłuszeństwa. Groźby przybierały różne formy, zmieniały twarze i nazwiska, ale ich sens zawsze pozostawał taki sam.
Nie oznaczało to jednak, że je lekceważyła. Doskonale wiedziała, że czasem największym błędem było zignorowanie człowieka, który mówił spokojnie. Mimo to nie zamierzała pozwolić, by strach przemówił za nią.
Delikatnie przechyliła głowę.
- To nie pierwszy raz, kiedy ktoś próbuje przekonać mnie, że powinnam zacząć oglądać się przez ramię . -Jej głos pozostawał spokojny. - I pewnie nie ostatni.
Na moment zawiesiła spojrzenie na jego twarzy.
- Pytanie tylko... czy próbujesz mnie ostrzec, czy przestraszyć?
Przez dłuższą chwilę nie ruszyła się z miejsca. Wydawało się, że czas między nimi niemal stanął w miejscu. Elijah cierpliwie czekał, wciąż przytrzymując otwarte drzwi, a ona uparcie pozostawała na progu, nie zamierzając podporządkować się jego oczekiwaniom.
Dopiero kiedy na moment odwróciła od niego wzrok i spojrzała w głąb mieszkania, jej spojrzenie zatrzymało się na komodzie.
Metal błysnął w świetle padającym z korytarza.
Pistolet.
Serce zabiło jej mocniej, a żołądek ścisnął się nieprzyjemnie. Jeszcze przed chwilą część niej uparcie próbowała wmówić sobie, że być może przesadza, że cała ta rozmowa jest jedynie próbą wywarcia na niej presji. Widok broni skutecznie odebrał jej ten komfort. Nagle wszystko, co powiedział przed chwilą, przestało brzmieć jak przesadzone ostrzeżenie. Stało się boleśnie realne.
Nerissa powoli przeniosła wzrok z powrotem na faceta. Delikatny uśmiech, który jeszcze przed chwilą gościł na jej ustach, zniknął bez śladu. Nie dlatego, że zamierzała okazać mu strach. Po prostu po raz pierwszy od chwili, gdy stanęła pod jego drzwiami, zrozumiała, że ta sytuacja wymknęła się spod kontroli.
W ciszy zrobiła jeden, ostrożny krok do przodu, po czym przekroczyła próg mieszkania. Nie dlatego, że ktoś jej rozkazał. Dlatego, że instynkt podpowiadał jej, iż stanie na korytarzu i udawanie, że nic się nie dzieje, przestało być rozsądnym wyborem.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Elijah nigdy nie należał do ludzi, którzy z przyjemnością sięgali po przemoc jako pierwsze rozwiązanie. Nie dlatego, że brakowało mu do tego środków czy determinacji – po prostu wiedział, że pięści i groźby były narzędziem ostatecznym, nie pierwszym odruchem. Potrafił się powstrzymać. Potrafił walczyć z własną agresją, nawet gdy ta podpowiadała mu najprostsze, najbardziej prymitywne rozwiązanie problemu stojącego właśnie w progu jego mieszkania. Nawet, teraz gdy sytuacja była niepokojąca, mogąca w gorszym scenariuszu wystawić go na spore ryzyko, nie planował rzucać się na kobietę. Nie widział w tym sensu. Podobnie podchodził do swoich dłużników – rozmowa, spokojny ton, czasem nawet tylko odpowiednio dobrane spojrzenie wystarczały, żeby ktoś zrozumiał powagę sytuacji bez konieczności sięgania po coś ostrzejszego. Problem polegał na tym, że same słowa nie zawsze wystarczały. Czasem trzeba było podejść do tematu z odrobiną większej determinacji, żeby ktoś w ogóle zaczął traktować swoją sytuację na serio.
Pozory potrafiły mylić i wiedział to lepiej niż ktokolwiek inny. Z twarzy przypominał raczej chłopaka z okładki jakiegoś k-popowego zespołu niż bandziora, który biegał po mieście z nożem albo wymachiwał ludziom przed nosem bronią. Trochę przesady było w tym wyobrażeniu – nigdy tak naprawdę tego nie robił, ale doskonale wiedział, czym jest przemoc, zastraszanie, a przede wszystkim umiejętne budowanie wokół siebie iluzji kogoś, z kim lepiej nie zadzierać. Wysoki wzrost i wysportowana sylwetka zdecydowanie pomagały w utrzymaniu tego wrażenia. Niejeden dłużnik zmieniał ton głosu, gdy tylko dostrzegał, jak napinają się mięśnie na jego ramionach.
Nie zamierzał obarczać winą wyłącznie kobiety stojącej przed nim, ale to ona odpowiadała za stan przesyłki. On sam, nawet gdy budził się skacowany albo nieprzytomny po nieprzespanej nocy, zawsze rzucał okiem, do kogo były adresowane paczki i listy trafiające pod jego adres. Jeśli widział, że coś nie było dla niego, po prostu tego nie otwierał. Nie posiadał w sobie tej dziecinnej, niepohamowanej ciekawości, która kierowała tyloma ludźmi. Nie był wścibski. Może właśnie dzięki temu, kim był, rozumiał lepiej niż inni, że czasem lepiej było po prostu nie wiedzieć. Że można natknąć się na kogoś takiego jak on – kogoś, kto skrywał sekrety, których poznanie nie zaspokajało gorączkowej potrzeby bycia poinformowanym, tylko sprowadzało na barki problemy ciągnące się długo po tym, jak ciekawość została już dawno zaspokojona. A wszystko to wyłącznie dlatego, że ktoś okazał się zbyt zainteresowany czymś, co nigdy nie było jego.
Nie planował też walczyć, kłócić się ani szarpać z kobietą, gdyby postanowiła mu się przeciwstawić. Nie robił tego, bo musiał. Ściąganie długów było jego robotą. Śledzenie ludzi, którzy wiedzieli za dużo, i pozbywanie się ich leżały w gestii zupełnie innej komórki. Wystarczyłby jeden telefon, jedno pospiesznie zrobione zdjęcie jej twarzy, by stała się czyimś celem. Nie musiałby się nawet zastanawiać, jak dalej potoczyłyby się jej losy. A jednak wyciągnął do niej rękę. Nie dlatego, że musiał. Nie dlatego, że miał w sobie jakieś przeogromne serce, które litowało się nad obcą babą napotkaną na klatce schodowej. Najzwyczajniej w świecie nie chciał rozlewu krwi przez tak niewiele znaczący temat. Jasne, zawartość koperty była niepokojąca i gdyby wylądowała na komendzie policji, mogłaby narobić im problemów. Ale nic w dokumentach, na zdjęciach czy nawet na zewnętrznej stronie koperty nie wskazywało wprost na konkretną osobę ani na gang. Cała jej zawartość równie dobrze mogła należeć do jakiegoś prywatnego detektywa. Wolał jednak dmuchać na zimne i załatwić sprawę teraz, niż zostawić ją przypadkowi.
Machnął ręką na jej słowa, przerywając jej w połowie zdania.
Twoje tłumaczenia w ogóle mnie nie interesują – rzucił, a w jego głosie nie było już śladu tej sennej łagodności sprzed kilku minut. – Nieważne, jak paczka trafiła do twoich łap. Nieważne, co sobie myślałaś i w jakim byłaś stanie, gdy ją otwierałaś. Otwieranie czegoś, na co się nie czekało, i niezerknięcie na to, co napisane jest na kopercie, to wyłącznie twoja wina. Nie zrzucisz tego na nikogo innego, nawet jeśli teraz bardzo się starasz wyjść na przypadkową ofiarę gangsterskich porachunków.
Nie dodał, że kurier, który jako pierwszy popełnił błąd, niedługo przestanie oddychać. Ta wiedza nie była jej do niczego potrzebna. Taka fuszerka nie leżała w interesie Skorpionów. Nie było mowy o zwykłym zwolnieniu z pracy. Ludzie biorący się za tę fuchę doskonale zdawali sobie sprawę z konsekwencji popełnianych błędów. Hajs z takiej roboty był kusząco wysoki, wysiłku potrzeba było niewiele, ale każde niedopatrzenie mogło kosztować życie.
Na jej kolejne pytanie – czy próbuje ją ostrzec, czy przestraszyć – uśmiechnął się tylko kącikiem ust, bez cienia ciepła dostrzegalnego w tym geście.
A ma to jakieś znaczenie? – zapytał, przekrzywiając głowę. – Połącz kropki. Widziałaś zawartość koperty. Pewnie domyślasz się już, z kim masz do czynienia. W tym mieście już nieraz leciały głowy znanych polityków niewygodnych dla pewnych grup, a ty zastanawiasz się, czy to zwykły blef z mojej strony? Be my guest. Możesz się przekonać na własnej skórze. Nikt cię nie zmusza, żebyś mnie słuchała.
W rzeczywistości, po jej pyskówkach, miał ochotę po prostu zamknąć jej drzwi przed nosem, wysłać wiadomość do kogo trzeba i zapomnieć o całej sprawie. Irytowało go jej podejście. Próba pokazania, że to do niej należy ostatnie słowo, że sama decyduje o sobie, nawet jeśli wdepnęła w bagno, z którego bez jego pomocy nie miała szans się wygrzebać.
Kiedy uśmiech zniknął z jej twarzy i weszła do mieszkania, odetchnął nieco spokojniej. Nie dlatego, że unikał sięgnięcia po telefon i skazania kogoś na nieszczęśliwy los – zrobiłby to bez większych skrupułów, gdyby musiał. Odetchnął, bo kobieta, mimo swojej buntowniczej postawy, postanowiła jednak z nim współpracować. Niechętnie, ale jednak.
Wszedł zaraz za nią, zamknął drzwi i przekręcił klucz w zamku, który potem zacisnął w pięści na krótką chwilę, jakby chciał się upewnić, że dźwięk zatrzaśniętego zamka faktycznie dotarł do jej świadomości. Sięgnął po bezrękawnik wiszący niedbale na oparciu kuchennego krzesła i, choć niechętnie, założył go przez głowę, poprawiając materiał na ramionach. Nie przejmował się swoją niemal całkowitą nagością – dawno przestał przejmować się uczuciem skrępowania – ale rozmawianie o sprawach tego kalibru w samych bokserkach wydawało mu się jednak zbyt niepoważne.
Poklepał oparcie krzesła, z którego dopiero co zdjął pognieciony skrawek ubrania, dając kobiecie znać, że może zająć to miejsce.
W jego mieszkaniu panował względny porządek. Brak kurzu, żadnych walających się po podłodze pudełek po jedzeniu na wynos ani brudnych naczyń w zlewie. Jedynym śladem chaotycznego, wczorajszego powrotu były porozrzucane tu i ówdzie ubrania. Nie miał teraz głowy, żeby się tym przejmować. Nie zaprosił jej przecież na towarzyską pogawędkę przy kawie.
Przez cały ten czas nie spuszczał jej z oczu ani na moment. Podszedł do komody i sięgnął po pistolet – ten sam, który najwyraźniej stał się głównym powodem, dla którego zeszła z tonu i postanowiła przyjąć jego zaproszenie. Obrócił broń w dłoni, patrząc na nią z niemal leniwym zainteresowaniem, jakby oglądał narzędzie, po które rzadko sięgał, ale które i tak budziło w nim pewien specyficzny szacunek.
Prawie go nie używam – rzucił nagle, nie patrząc na kobietę, tylko na metal połyskujący w jego dłoni. – Wolę broń białą. Kula zabija za szybko. Ostrze noża jest bardziej precyzyjne. Pozwala się trochę pobawić.
Za oknem, gdzieś na ulicy, przejechał samochód z opuszczonymi szybami, z którego na ułamek sekundy wystrzeliła głośna, basowa muzyka, zanim zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Elijah zerknął w tamtą stronę, jakby dźwięk przypomniał mu, że świat na zewnątrz wcale się nie zatrzymał, obojętny na to, co działo się w tym jednym, niewielkim mieszkaniu.
Odłożył pistolet z powrotem na komodę, ale nie odsunął się od niego daleko, i po chwili niezręcznej ciszy, w której przyglądał się kobiecie z tą samą, chłodną, oceniającą uwagą co wcześniej, w końcu zapytał, bardziej retorycznie niż z oczekiwaniem na konkretną odpowiedź:
Co mam teraz z tobą zrobić, heh? Jak mam się upewnić, że cokolwiek zobaczyłaś w tej kopercie, nigdy nie wyjdzie poza te cztery ściany?
Nie znał odpowiedzi na to pytanie. Nie posiadał żadnego planu. Przewidział wszystko, tylko do momentu, gdy kobieta wejdzie do jego mieszkania. Teraz przyszedł czas na improwizację.

Nerissa Whitelaw
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Każde pukanie do drzwi wciąż wywoływało w niej ten sam, nieprzyjemny ucisk w żołądku. Niezależnie od tego, ile razy przeżywała podobne sytuacje, odruch pozostawał niezmienny. Zanim przekręciła klucz w zamku, zawsze podchodziła do judasza. Wstrzymywała oddech, zerkając przez niewielkie wizjerowe szkło, zastanawiając się, kto tym razem czeka po drugiej stronie. Czy będzie to kolejny mężczyzna przysłany, by przypomnieć jej o długu? A może ktoś, kto uzna, że słowa przestały wystarczać i pora sięgnąć po bardziej przekonujące metody?
Strach nigdy nie zniknął.
Po prostu przestał ją paraliżować.
Nauczyła się funkcjonować z nim na tyle dobrze, by nie pozwalać mu przejmować kontroli nad każdym dniem. Wciąż czuła napięcie, wciąż instynktownie nasłuchiwała kroków na klatce schodowej i odruchowo odwracała głowę, gdy miała wrażenie, że ktoś zbyt długo za nią idzie. Różnica polegała na tym, że przestała wpadać w panikę. Życie zmusiło ją do zaakceptowania, że nie wszystkie problemy można przeczekać za zamkniętymi drzwiami.
To właśnie dlatego wieczorem nie dopatrzyła się w kopercie niczego niezwykłego. Mężczyzna wręczył ją prosto do jej rąk z taką pewnością, jakby nie istniała najmniejsza możliwość pomyłki. Na kopercie widniał jedynie numer mieszkania. Nie było nazwiska, które mogłoby wzbudzić jej czujność, nie padło też ani jedno słowo sugerujące, że przesyłka przeznaczona jest dla kogoś innego. W jej rzeczywistości podobne sytuacje zdarzały się zbyt często, by zaczęła doszukiwać się w nich drugiego dna. Była przekonana, że po raz kolejny przyszło jej zmierzyć się z konsekwencjami własnego życia.
Dopiero po otwarciu zrozumiała, że tym razem to nie jej historia została zamknięta w tej kopercie.
I chyba właśnie dlatego tak uparcie próbowała ją oddać. Nie chciała mieć z nią nic wspólnego. Nie dlatego, że bała się odpowiedzialności, ale dlatego, że doskonale wiedziała, jak łatwo przypadkowy człowiek może zostać wciągnięty w cudze problemy. A ona miała już wystarczająco dużo własnych.
Nerissa przez chwilę stała nieruchomo na progu, jakby przekroczenie niewidzialnej granicy między korytarzem, a mieszkaniem wymagało od niej znacznie więcej odwagi, niż chciała sama przed sobą przyznać. Ostatecznie zrobiła powolny krok naprzód, nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Choć nie miała pewności, czy podjęła właściwą decyzję, instynkt podpowiadał jej, że dalsze pozostawanie na klatce schodowej nie przyniosłoby niczego dobrego. W ciszy, która zapadła między nimi, usłyszała za plecami cichy dźwięk zamykanych drzwi. Odruchowo odwróciła głowę dokładnie w chwili, gdy Elijah przekręcał klucz w zamku.
Ponownie skupiła wzrok na chłopaku. Dopiero teraz sięgnął po leżący niedaleko czarny bezrękawnik i przeciągnął go przez głowę. Materiał przesunął się po jego ramionach, zasłaniając tors, który jeszcze chwilę wcześniej widziała bez najmniejszego skrępowania. Mimowolnie wróciła pamięcią do momentu, gdy otworzył jej drzwi ubrany jedynie w bokserki. W tamtej chwili cała sytuacja wydawała się niemal komiczna. Teraz tamto pierwsze wrażenie wydawało się wręcz absurdalne.
Dopiero wtedy pozwoliła sobie rozejrzeć się po wnętrzu mieszkania. Wzrok przesuwał się po kolejnych elementach wyposażenia, aż zatrzymał się na ubraniach niedbale rzuconych na podłogę. Początkowo nie zwróciła na nie większej uwagi, jednak ciemne, nieregularne plamy od razu przykuły jej spojrzenie. Zmarszczyła lekko brwi, próbując wmówić sobie, że to jedynie gra światła albo zwykłe zabrudzenia. Wystarczyła jednak kolejna sekunda, by dotarło do niej, że doskonale wie, na co patrzy.
Krew.
Jej oddech mimowolnie stał się płytszy. Nie potrafiła oderwać wzroku od materiału, choć rozsądek podpowiadał jej, że powinna zrobić dokładnie odwrotnie. Nie widziała do kogo należała, ani co wydarzyło się wcześniej w tym mieszkaniu. W tamtej chwili po raz pierwszy od chwili odebrania koperty pomyślała, że być może największym błędem nie było jej otwarcie, lecz decyzja o zapukaniu do tych drzwi.
Przez krótką chwilę jeszcze stała w miejscu, jakby próbowała przekonać samą siebie, że zachowała nad sytuacją choć odrobinę kontroli. Ostatecznie jednak powoli podeszła do wskazanego krzesła. Nie robiła tego z uległości ani dlatego, że uznała jego polecenie za słuszne. Po prostu coraz wyraźniej dochodziła do wniosku, że znacznie więcej zyska, zachowując spokój niż wdając się w bezsensowną przepychankę.
Usiadła ostrożnie na samym brzegu siedziska, pozostawiając między nimi bezpieczny dystans.
Milczała.
Jej wzrok niemal odruchowo powędrował ku dłoni Elijaha, kiedy sięgnął po pistolet. Z każdą kolejną sekundą coraz trudniej było jej udawać, że obecność broni nie robi na niej żadnego wrażenia. Śledziła ruchy jego palców z uwagą, której sama się po sobie nie spodziewała. Nie wyglądał na człowieka, który trzymał broń pierwszy raz w życiu. Wręcz przeciwnie. Obracał ją z taką swobodą, jakby była zwyczajnym przedmiotem codziennego użytku, kolejnym drobiazgiem leżącym na stole.
To właśnie ta naturalność niepokoiła ją najbardziej.
Nie sam pistolet.
Ludzie posiadający broń z różnych powodów.
Nerissa nieświadomie przełknęła ślinę, odwracając na moment wzrok od metalu. Dopiero wtedy dotarł do niej przytłumiony odgłos silnika dobiegający zza okna. Tam życie toczyło się swoim rytmem. Ktoś wracał z pracy, ktoś inny spieszył się na zakupy, jeszcze ktoś zatrzymał samochód na światłach, nie mając najmniejszego pojęcia, że zaledwie kilka pięter wyżej siedziała naprzeciw obcego mężczyzny z pistoletem na stole i próbowała zrozumieć, w jaki sposób zwykła pomyłka kuriera doprowadziła ją właśnie tutaj.
Ponownie skupiła wzrok na chłopaku, wsłuchując się w każde wypowiadane przez niego słowo. Nie przerywała. Nie próbowała wchodzić mu w zdanie. Obserwowała, jak Elijah jeszcze przez chwilę obraca pistolet w dłoni, po czym bez pośpiechu odłożył go z powrotem na komodę.
Nie odsunął się jednak.
Stał naprzeciw niej, nie spuszczając z niej wzroku ani na moment.
Nerissa wytrzymała to spojrzenie, choć z każdą kolejną sekundą robiło się coraz bardziej niezręcznie.
- Chyba pierwszy raz w życiu ktoś patrzy na mnie tak długo i nadal nie wie, co ze mną zrobić. - nie oderwała od niego wzroku. - Szczerze mówiąc... ja też nie mam pojęcia, co zrobiłabym na Twoim miejscu.
To nie była próba żartu.
Ani prowokacja.
Na chwilę między nimi ponownie zapadła cisza. Nerissa nie odwróciła wzroku. Zbyt długo pracowała w miejscu, w którym spojrzenia obcych ludzi były nieodłącznym elementem każdego wieczoru, by czuć się skrępowana samym faktem, że ktoś się jej przygląda. Nauczyła się żyć z oceną wypisaną na twarzach nieznajomych. Jedni patrzyli na nią z zachwytem, inni z pożądaniem, jeszcze inni z pogardą, jakby sam wykonywany zawód odbierał jej prawo do szacunku.
- Ludzie patrzą na mnie praktycznie codziennie. To akurat wpisane jest w mój zawód. Zazwyczaj po kilku sekundach wiem, czego ode mnie chcą albo co próbują sobie o mnie dopowiedzieć. Ty jesteś chyba pierwszym człowiekiem, który patrzy na mnie tak długo.. i nadal wygląda, jakby nie potrafił zdecydować, co właściwie o mnie myśli.
Jej wzrok na moment powędrował ku leżącemu na komodzie pistoletowi, by zaraz potem ponownie zatrzymać się na twarzy chłopaka. Paradoksalnie to nie broń zwracała teraz jej największą uwagę, lecz człowiek, który przed chwilą odłożył ją z taką swobodą.
Dopiero teraz zaczynała rozumieć, ze nie siedziała naprzeciw kogoś, kto za wszelką cenę próbował ją zastraszyć. Owszem, zrobił wszystko, by uświadomić jej powagę sytuacji, ale gdyby naprawdę zależało my wyłącznie na sile, ta rozmowa skończyłaby się znacznie wcześniej. Zamiast tego zadawał pytania. Obserwował.
To wcale nie poprawiało jej położenia.
Wręcz przeciwnie.
Oznaczało, że o wszystkim zdecyduje jego własna ocena, a nie żadne logiczne argumenty, które mogłaby przedstawić. Doskonale wiedziała, że nie istnieją słowa zdolne zagwarantować drugiemu człowiekowi pełne bezpieczeństwo.
Delikatnie przechyliła głowę, a na jej twarzy pojawił się ledwie zauważalny, zmęczony uśmiech.
- Chyba oboje wiemy, że nie ma odpowiedzi, która sprawi, że nagle poczujesz się spokojniejszy. Mogę Ci obiecać, że nikomu nie powiem o tym, co zobaczyłam. Mogę powiedzieć, że ta koperta nigdy nie trafi do żadnej rozmowy i że zrobię wszystko, żeby jak najszybciej o niej zapomnieć. Mogę powiedzieć dosłownie wszystko co chcesz usłyszeć..
Oparła spojrzenie na jego oczach, jakby chciała dać mu do zrozumienia, że ani przez chwilę nie próbuje go oszukać.
- Tylko.. żeby to cokolwiek zmieniło, musiałbyś po prostu mi zaufać. A mam wrażenie, że zaufanie jest jedyną rzeczą, której żadne z nas nie może dać drugiemu ot tak.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Zamknięcie drzwi na klucz nie było przypadkowym gestem. Elijah zrobił to celowo, świadomie, z pełną kalkulacją, jaką rzadko przykładał do czegoś tak z pozoru błahego. Nie znał tej kobiety. Nie miał pojęcia, jak może zareagować na jego słowa, na całą tę sytuację, w którą wpadła przez zwykłą, głupią pomyłkę kuriera. Nie wiedział, czy była z tych odważnych, czy raczej bojaźliwych. Bo choć jeszcze przed chwilą pyskowała mu pod drzwiami, sprawiając wrażenie kogoś, z kim trudno prowadzić rozmowę, to gdy tylko jej wzrok padł na broń leżącą na komodzie, jej postawa nagle złagodniała. Wcześniej nigdy nie miał do czynienia z czymś takim. To była dla niego zupełnie nowa sytuacja. Jeśli kiedyś kogoś zamykał w czterech ścianach i przesłuchiwał, zawsze miał ku temu solidny powód. Nie miał jednak pewności, czy otwarcie koperty, prawdopodobnie wraz z całą jej zawartością, zaliczało się do takich powodów. Nie mógł mieć przecież stuprocentowej pewności, że kobieta nie zrobiła kopii, że nie pstryknęła kilku zdjęć telefonem, zanim postanowiła pobawić się w uczciwą obywatelkę. Z drugiej strony – po co miałaby to robić? Mieszanie się w takie sprawy nikomu nie było na rękę. Chciałaby zgrywać bohaterkę, która ratuje dłużnika przed paskudnym losem, którego sam na siebie sprowadził? Nawet gdyby on sam trafił za to do pierdla – co pewnie i tak by go ominęło, bo koperta nie była podpisana jego nazwiskiem – gang by jej tego nie odpuścił. Nikt nie lubił kapusiów. Zwłaszcza takich, którzy pakowali się w sprawy, które w ogóle ich nie dotyczyły.
Niestety, instrukcja obsługi bycia dobrym gangsterem nie zawierała rozdziału o podobnych niespodziankach. Wiedział tylko jedno – musiał się upewnić, że nawet jeśli kobieta wiedziała teraz za dużo, to żadne głupie pomysły nie przyjdą jej do głowy w późniejszym czasie.
Złapał jej wzrok, który spoczął na jego wczorajszych ubraniach porzuconych na podłodze przedpokoju. Na jego twarzy pojawił się krótki grymas. Powinien był je posprzątać, wrzucić do kosza, zanim ktokolwiek zdążył je zobaczyć, ale nie miał na to siły ani chwilę wcześniej, ani teraz. Może w takim razie zadziałają na jego korzyść. Sąsiadka, poza jego słowami i pistoletem leżącym na komodzie, zobaczy też namacalny dowód na to, kim był i jak radził sobie z problemami.
Ta krew nie należy do mnie – rzucił dość swobodnie, jakby informował ją o czymś tak trywialnym, jak pogoda za oknem. – Przepraszam najmocniej, że nie przyjąłem cię w gościnę do posprzątanego mieszkania. Zmęczenie okazało się silniejsze niż moje maniery.
Kpina w jego głosie była wyraźnie wyczuwalna. Nie zamierzał jednak biec do łazienki po kosz na brudne ubrania ani sprzątać podłogi na jej oczach. Był u siebie. Nie planował nikogo dzisiaj przyjmować. Musiała jakoś sobie z tym poradzić.
Cieszył się mimo wszystko, że sąsiadka nieco zmieniła podejście. Jej słowa pod drzwiami niemal wyprowadziły go z równowagi. Miała o tyle szczęście, że wciąż był dość zaspany. Nie zrobiłby jej krzywdy – nie należał do ludzi, którzy podnosili rękę na kogoś bez konkretnego powodu – ale pewnie skończyłoby się to na równie emocjonalnych, głośnych odpowiedziach z jego strony. A to obudziłoby innych sąsiadów, co zdecydowanie nie działałoby na jego korzyść.
Nie przepadał za bronią palną. Była zbyt mało finezyjna. Zbyt dzika, zbyt chaotyczna. Rezultat kuli trafiającej w ciało bywał nieprzewidywalny, a on przecież nie zabijał – przynajmniej nie wtedy, gdy sytuacja tego nie wymagała. Nie była to też najtańsza zabawka. Do tego piekielnie głośna, więc jeśli musiał radzić sobie z więcej niż jednym przeciwnikiem, po pierwszym strzale każdy w promieniu kilku przecznic wiedział już o jego obecności. Owszem, potrafił się bić, miał parę w łapie, ale nie był Johnem Wickiem, choćby bardzo tego chciał.
Kiedy on mówił, a ona milczała, miał nadzieję, że się dogadają. Że uda mu się załatwić ten temat po swojemu, bez niepotrzebnego rozlewu krwi, bez zbędnych komplikacji. Gdy jednak w końcu się odezwała, wiedział już, że szanse na pokojowe rozwiązanie tego nieporozumienia zostały za drzwiami wejściowymi razem z resztą jej wcześniejszej odwagi.
Kobieta miała jednak rację i nie próbował tego ukrywać przed samym sobą. Nie musiał. Gdyby miał już gotowy plan, realizowałby go teraz skrupulatnie, krok po kroku. A tak? Przyglądał się jej z uwagą, ale nie rzucił jeszcze żadnych konkretów. Wiedział jednak, że nie mógł jej po prostu powiedzieć, żeby sobie poszła. To niczego by nie załatwiło.
Sięgnął więc po zwróconą kopertę, wysypując jej zawartość na blat stolika stojącego obok. Przeglądał kolejno każdą kartkę, każde zdjęcie, licząc je w myślach, sprawdzając kolejność, upewniając się, że nic nie zaginęło, nic nie zostało zamienione ani ukryte. Zdjęcia mężczyzny wychodzącego z biurowca. Zdjęcia z kawiarni. Zestawienie danych osobowych. Dwa ciężkie klucze o dziwnym profilu, które przesunął palcem po blacie, sprawdzając, czy na pewno są prawdziwe. Wszystko zdawało się być na miejscu, dokładnie tam, gdzie powinno. Nie patrząc na kobietę przez dłuższą chwilę, rzucił w jej stronę, nie odrywając wzroku od dokumentów:
Masz rację. I, wbrew pozorom, to wcale nie działa na naszą korzyść. Jeśli teraz czegoś nie ustalimy, będę musiał zadzwonić po kogoś, kto na pewno nie załatwi tego rozmową.
Dopiero wtedy jego spojrzenie ponownie spoczęło na jej twarzy. Nie odrywał od niej wzroku, gdy zapadła między nimi gęsta i niewygodna cisza. Nie dlatego, że obawiał się, iż ucieknie. W końcu to on posiadał jedyny klucz do drzwi, a skok przez okno z tego piętra zakończyłby się dla niej czymś znacznie gorszym niż złamana kostka. Przyglądał się jej tak uważnie, bo chciał ją przejrzeć. Zrozumieć jej emocje, jej granice – te, które jeśli zostałyby przekroczone, mogłyby sprawić, że się złamie albo, wprost przeciwnie, zacznie walczyć i wtedy nic już z nią nie da się załatwić po dobroci. Nie miał przecież pewności, że sąsiadka nie znała półświatka. Że do niego nie należała, choćby do pewnego stopnia. Nie byłoby to nic dziwnego w mieście takim jak to.
Uśmiechnął się później na jej kolejne słowa. Znowu trafiła w sedno. Może jednak to ona była lepsza w odczytywaniu drugiej osoby niż on sam.
Ponownie podzielił się z nią prawdą, choćby tylko po to, żeby zobaczyć, jak zareaguje.
Przyznaję ci rację – powiedział, odkładając zdjęcia z powrotem do koperty. – Nie mam pojęcia, co o tobie myśleć ani do jakiej kategorii ludzi cię przypisać. Miałem kiedyś współlokatorkę podobną do ciebie. Nie przepadaliśmy za sobą specjalnie, a jednak jakoś razem funkcjonowaliśmy. Może tutaj będzie podobnie. Może ostatecznie się dogadamy, nawet jeśli tak bardzo się różnimy.
Nie lubił decydować pochopnie, choć dzisiaj, z myślą o tym, że mógłby zaraz wrócić do łóżka i dokończyć przerwany sen, niemal poddał się tej kuszącej alternatywie. Wiedział jednak doskonale, że właśnie wtedy ludzie popełniają najwięcej błędów. Gdy się spieszą. Gdy nie myślą. Gdy inne, mniej istotne sprawy nagle stają się dla nich ważniejsze, niż powinny.
Wysłuchał jej do końca i musiał przyznać jej rację również w tej kwestii. Nic, co powie, raczej nie zmieni faktu, że jej nie zaufa. Że sprawa zostanie po prostu zamknięta i będą mogli o niej zapomnieć, jakby nigdy się nie wydarzyła.
Telefon – rzucił wtedy, nie pytając, tylko rozkazując, wyciągając w jej stronę otwartą dłoń. – Odblokuj go i nie rób nic więcej. Chcę się tylko upewnić, że od momentu, gdy koperta do ciebie trafiła, aż do teraz z nikim się nie kontaktowałaś. Że nie zrobiłaś żadnych zdjęć tego, co było w środku paczki.
Prywatność drugiej osoby od dawna nie była dla niego czymś, co traktował z jakimkolwiek nabożeństwem. Miał w swoich dłoniach już tyle cudzych telefonów, że dawno przestał je liczyć. Gdy dłużnik nie chciał gadać, bardzo skutecznym rozwiązaniem okazywał się telefon do żony, czasem do dziecka. Zerknięcie na zdjęcia w galerii i pokazanie upartemu klientowi, że znalezienie jego małej księżniczki nie będzie dla nikogo wielkim wyzwaniem. Były to ciosy poniżej pasa, jasne, ale często też te najbardziej skuteczne, kiedy zwykłe słowa przestawały robić na kimś wrażenie.
Nie było to żadną tajemnicą, że rzadko komuś ufał. Mógł policzyć takie osoby na palcach jednej ręki. Wścibska sąsiadka nie mogła liczyć na ten luksus.

Nerissa Whitelaw
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Zaufanie od początku wydawało jej się w tej sytuacji niemal absurdalne. Trudno było przecież mówić o nim pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy jeszcze niedawno byli sobie zupełnie obcy, a teraz siedzieli naprzeciwko siebie w mieszkaniu, którego atmosfera z każdą minutą stawała się coraz cięższa. Nerissa sama nie wiedziała, czy bardziej nie ufała jemu, czy może własnej ocenie sytuacji. Elijah był chłodny, podejrzliwy i trudny do odczytania, ale jednocześnie potrafił zatrzymać się i przyznać jej rację, kiedy argumenty zaczynały przemawiać na jej korzyść. Ta sprzeczność nie pozwalała jej zamknąć go w prostym obrazie człowieka, którego powinna się wyłącznie bać.
Elijah tymczasem ponownie zajął się zawartością dokumentów. Przesuwał kolejne kartki po blacie, sprawdzając je jedna po drugiej z niemal przesadną dokładnością. Nie robił tego w pośpiechu. Wręcz przeciwnie - jego ruchy były spokojne i metodyczne, jakby chciał upewnić się, że wszystko znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. Nerissa obserwowała to przez chwilę kątem oka, starając się nie skupiać zbyt mocno na tym, co robił. Mimo wszystko trudno było jej nie zauważyć, z jaką uwagą przeglądał fotografię, dane i pozostałe materiały.
Jej wzrok później przesunął się po mieszkaniu i zatrzymał na zakrwawionych ubraniach pozostawionych na podłodze. To właśnie ten widok wracał do niej najczęściej. Nie znała historii, która za nim stała, dlatego wyobraźnia bez pytania podsuwała jej kolejne możliwości, każdą gorszą od poprzedniej. Próbowała nie dopowiadać sobie rzeczy, o których nie miała pojęcia, ale trudno było całkowicie zignorować świadomość, że mężczyzna siedzący naprzeciwko niej najwyraźniej miał za sobą życie, w którym krew niekoniecznie była czymś niezwykłym.
Kolejna kartka przesunęła się po blacie. Elijah na moment zatrzymał na niej wzrok, po czym odłożył ją na bok i sięgnął po następną. Kobieta zaczęła zastanawiać się, czy dla niego to wszystko było po prostu kolejnym problemem do rozwiązana. Dla niej każda fotografia, każde nazwisko i każdy szczegół były czymś nowym, czymś, czego znaczenia mogła się jedynie domyślać. On natomiast poruszał się po tym świecie z pewnością człowieka, który znał jego zasady lepiej niż ona.
Poczuła nieprzyjemne napięcie pod żebrami.
Nerissa znała strach. Wiedziała, jak wygląda moment, w którym ciało zaczyna reagować szybciej niż myśli, kiedy człowiek przestaje analizować, a zaczyna jedynie szukać drogi ucieczki. Teraz jednak ten strach nie był aż tak prosty. Nie paraliżował jej. Raczej zmuszał do większej uwagi, sprawiał, że rejestrowała każdy jego ruch, każde spojrzenie i każdą zmianę tonu.
Zaczynała rozumieć, że on również znalazł się w sytuacji, której nie planował. Dla niego była obcą kobietą, która przypadkiem znalazła się zbyt blisko czegoś, czego nigdy nie powinna była zobaczyć. Dla niej on był mężczyzną, którego mieszkanie skrywało zdecydowanie więcej pytań niż odpowiedzi. Oboje mieli więc powód, żeby zachować ostrożność. Oboje mieli też powód, żeby nie ufać sobie nawzajem.
Elijah odłożył ostatni dokument, uporządkował zawartość i przez chwilę pozostawał w ciszy. Nerissa poczuła wtedy, że jego uwaga znowu przesuwa się w całości na nią. Uniosła wzrok i napotkała jego spojrzenie. Przesunęła się nieznacznie na krześle, próbując znaleźć dla siebie wygodniejszą pozycje, choć doskonale wiedziała, że problemem wcale nie było krzesło.
- Mógłbyś przestać się tak na mnie gapić?
Przewróciła oczami a następnie zamilkła, przyglądając mu się uważniej. Jego słowa nieco ją zaskoczyły, szczególnie to porównanie do byłej współlokatorki. Nie chciała jednak dopytywać o jej życie ani o to, co właściwie się miedzy nimi wydarzyło. To było zbyt prywatne. Sam fakt, że Elijah dostrzegł miedzy nimi jakieś podobieństwo, wzbudził jednak jej ciekawość.
Na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. Przez moment wyglądała, jakby zastanawiała się, czy w ogóle powinna o to zapytać, ale ostatecznie ciekawość okazała się silniejsza. Uniosła lekko brwi i spojrzała na niego z odrobinę większym zainteresowaniem.
- Nie wiem czy to dobrze, czy źle, że przypominasz sobie o niej, kiedy patrzysz na mnie. - Uśmiech pozostał ledwie widoczny. - Ale przyznam, że jestem ciekawa, w czym właściwie byłyśmy do siebie podobne.
Nerissa przez dłuższą chwilę nie reagowała. Jej wzrok zatrzymał się najpierw na wyciągniętej w jej stronę dłoni, a dopiero potem powoli przesunęła się na jego twarz. Nie było w tym geście nic szczególnie agresywnego -przeciwnie, Elijah mówił spokojnie i najwyraźniej traktował swoją prośbę jak coś zupełnie oczywistego. I chyba właśnie to zirytowało ją najbardziej. Jakby fakt, że miał powód, automatycznie oznaczał, że powinien dostać to, o co prosił.
Dopiero po chwili przypomniała sobie o telefonie schowanym w tylnej kieszeni spodni. Jej dłoń niemal odruchowo powędrowała w tamtą stronę, ale zatrzymała się, zanim zdążyła go wyciągnąć. Przez kilka sekund tylko dotykała materiału, czując pod palcami znajomy kształt urządzenia. Nagle wydawał jej się czymś znacznie bardziej osobistym, niż zwykle.
Przecież rozumiała, dlaczego chciał go zobaczyć. Chciał upewnić się, że nie kontaktowała się z nikim nie zrobiła zdjęć. Z jego punktu widzenia miało to sens. Ale dla niej oznaczało coś zupełnie innego - wpuszczenie go do części swojego życia, do której nie miał żadnego prawa. W telefonie były wiadomości, zdjęcia, kontakty, rzeczy całkowicie niezwiązane z tym, co wydarzyło się tego wieczoru. Nie chciała żeby przeglądał je człowiek, którego jeszcze kilka godzin wcześniej nawet nie znała.
Wypuściła powoli powietrze i prychnęła cicho, kręcąc głową. Nie był to śmiech ani próba rozładowania atmosfery. Raczej krótki, mimowolny wyraz niedowierzania, który pojawił się zanim zdążyła go powstrzymać.
Na moment uniosła brwi i spojrzała na niego z mieszaniną irytacji oraz ostrożności. Jej pace nadal pozostawały na telefonie schowanym w kieszeni, jakby sam ten gest przypomniał jej, że decyzja wciąż należała do niej.
- Serio? Mam Ci po prostu oddać mój telefon? - Przez moment jeszcze patrzyła na niego z niedowierzaniem. - Rozumiem, że chcesz się upewnić, że niczego nie zrobiłam. Naprawdę. - Jej głos pozostawał spokojny, choć irytacja nadal była wyraźnie wyczuwalna. - Ale jeśli myślisz, że pozwolę Ci przeglądać wszystko, co mam w telefonie, tylko dlatego, że przypadkiem znalazłam się w tej sytuacji, to chyba trochę się przeliczyłeś.
Zamilkła na chwilę, obserwując jego reakcję. Nie chciała go prowokować, ale też nie zamierzała wycofywać własnych granic tylko dlatego, że siedziała w jego mieszkaniu.
I tylko dlatego, że na miał broń i zakrwawione ubrania na podłodze.
- Jeśli chcesz sprawdzić coś konkretnego, możesz mnie o to zapytać. - dodała spokojniej. - Ale mój telefon nie jest Twoją własnością.
I właśnie wtedy dotarło do niej, że wracali do punktu wyjścia. Przez chwilę naprawdę uwierzyła, że zaczynają się rozumieć, że może między tymi wszystkimi podejrzeniami i ostrożnością znalazło się miejsce na odrobine zaufania. Najwyraźniej jednak Elijah potrzebował namacalnego dowodu na każdą rzecz, którą od niej usłyszał. Cóż, najwyraźniej jej słowo wciąż było warte mniej niż kilka centymetrów szkła i elektroniki.
Kącik jej ust drgnął w krótkim, pozbawionym wesołości uśmiechu. Jeśli tak miała wyglądać jego wersja zaufania, to zaczynała podejrzewać, że szybciej skończy jej się cierpliwość niż jemu podejrzliwość.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Elijah przez moment zastanawiał się, czy w ogóle warto było bawić się z nią w kotka i myszkę. To nie była jego sprawa, przynajmniej nie w takim sensie, w jakim ona zdawała się to rozumieć. Niczego nie spierdolił. Nie był winny w tej całej sytuacji. Zajmował się ściąganiem długów, nie negocjowaniem z wścibskimi babami, które nie potrafiły odróżnić własnej korespondencji od czyjejś. Zresztą teraz próbował rozwiązać ten problem, a ona, zamiast ułatwić mu robotę, uparcie stawiała opór. Zrobił, co było w jego mocy. Mógł odpuścić. Naciskanie mogło skończyć się tym, że sytuacja wymknie się spod kontroli, a on nie należał ostatnio do najbardziej cierpliwych gości.
Nie mógł jej zaufać też wyłącznie na słowo. W ogóle jej nie znał. Była dla niego zwykłą obcą kobietą, która pojawiła się u progu jego drzwi z czymś, czego nigdy nie powinna była trzymać w rękach. Zdawał sobie sprawę, że sama nie miała za wiele wspólnego, z tym że koperta do niej trafiła. Ale jej otwarcie, przejrzenie zawartości – to nie dawało mu spokoju. Wiedział, że nie rzuciła tylko okiem. Zdobyła informacje. Zapamiętała obrazy, które nigdy nie powinny pojawić się w jej głowie.
Panował nad całą sytuacją. Miał broń, klucz do drzwi i wiedział, jak wyglądała. Ucieczka nie miałaby sensu. Szarpanina też niewiele by dała. Może nie był jakimś gorylem, ale pewnie poradziłby sobie z nią, nawet gdyby zaczęła grać nieczysto. Nie chciał jej jednak skrzywdzić. Nie miał ku temu powodu. Nie rozwiązałoby to problemu – stworzyłoby tylko nowy, z którym, w przeciwieństwie do koperty, musiałby zmagać się sam. Nawarzyłby sobie piwa. Musiałby je wtedy wypić.
Był jednak podirytowany, że musiał na nią marnować swój czas. Miał zdecydowanie lepsze pomysły na to, jak spędzić ten poranek. Na przykład, wrócić do łóżka i smacznie odespać ostatnią akcję. Albo zjeść śniadanie, o którym zaczynał mu przypominać własny żołądek. Pewnie na tyle głośno, że mogła to usłyszeć i ona.
Zapytany, czy mógłby przestać się gapić, przewrócił oczami – niemal dokładnie tak samo, jak ona chwilę wcześniej. Nie planował jednak jej naśladować, ale czekał na taki tekst. Obserwował ją, bo chciał mieć pewność, że nie zrobi niczego, czego pożałowałaby ona, a przy okazji on sam.
Nie odpowiedział jej od razu. Choć po części spełnił jej prośbę. Sięgnął po pistolet, mijając ją niespiesznym krokiem w drodze do blatu kuchennego.
Gdyby to ode mnie zależało, dawno bym przestał – rzucił, nie odwracając się nawet, żeby sprawdzić jej reakcję.
Sięgnął po pudełko pizzy, którą zamówił wczoraj, jeszcze przed wyjściem. Zimna, może nawet trochę zbyt odleżała, ale wciąż powinna smakować poprawnie. Nie wybrzydzał. Nie pamiętał już tego luksusu. Odkąd Marchand z nim nie mieszkała, radził sobie na różne sposoby. Zimny posiłek z poprzedniego dnia nie był najgorszym z nich. Złapał czysty talerz, suszący się na suszarce przy zlewie – prawdopodobnie znajdował się tam od kilku dni – wyłożył na nim kilka kawałków pizzy z pepperoni z dodatkowym serem i wrzucił go na minutę do mikrofalówki.
Oparł się nonszalancko o blat, czekając, i uznał, że jest w na tyle dobrym humorze, że zaspokoi jej ciekawość.
Colette. Moja współlokatorka z przypadku – zaczął, krzyżując ręce na piersiach. – Też myślała, że jest samodzielna, butna, że sama sobie ze wszystkim poradzi. Że wpierdalanie się w interesy różnych niebezpiecznych organizacji to zajebisty pomysł.
Zrobił przerwę, gdy mikrofalówka zaczęła wydawać intensywny, irytujący jak na tę porę dnia dźwięk. Wyciągnął talerz, złapał za jeden kawałek, niemal parząc sobie palce, podmuchał i odgryzł z satysfakcją całkiem sporą jego porcję. Przełknął spokojnie – trochę kultury w nim jeszcze zostało – zanim kontynuował.
Zgarnęła raz na akcji pukawkę, by szybciej spłacić długi. Bardzo ładną, muszę przyznać. Nie przyznała się. Należała do gościa, który miał sposoby, żeby ją odzyskać. Na początku nie chciała mojej pomocy. Przecież poradzi sobie sama. Duża dziewczynka.
Dojadł resztę rozpoczętego kawałka, sięgając po skrawek ręcznika papierowego, żeby wytrzeć palce. Nie pamiętał, by ta pizza była aż tak tłusta.
Kiedy w końcu poprosiła o pomoc, było już za późno – powiedział, wracając do wątku. Ton jego głosu nieco się zmienił. – Dopadli ją, gdy pewnego dnia wracała nocą z pracy. Znalazłem ją pierwszy, bo zdążyła jeszcze wysłać mi wiadomość, że czuje się obserwowana. Gdy dotarłem na miejsce, było już za późno. Nie był to ładny widok. Gwarantuję.
Uśmieszek na jego ustach dobrał się do nich razem z kolejnym kawałkiem, ale nie powiedział jej całej prawdy. Współlokatorki nigdy nie spotkał los aż tak okrutny, jak sugerowała jego wyniosła i nieco przytłaczająca opowieść. Było blisko, żeby ją dopadli – w sumie na własne życzenie – ale jego znajomości pomogły. Podpisała tego dnia pakt z diabłem, ale lepsze to niż śmierć w jakimś rowie.
Wrócił do stolika, wyciągając ku niej dłoń, gotowy zabrać jej telefon. Nie robił sobie złudzeń, że odda mu go bez oporu – nie po tym, jak wcześniej dała mu się poznać z tej pyskatej, buntowniczej strony. Miał jednak cichą nadzieję, że zaczęli się choć trochę rozumieć, że zmądrzeje, gdy dopatrzyła się broni, zakrwawionych ubrań, i może zaczęła domyślać się, do jakiej grupy przestępczej należał. Niestety, tak się nie stało. Najpierw zareagowała gestem, potem słowem, ale sens był ten sam co przed chwilą. Nie miał już siły, by się z nią wykłócać. Prosić. Nakazywać. Zmęczył się tym wszystkim.
Nie planował wybuchać. Nie zamierzał pokazywać po sobie, jak bardzo był zirytowany – ani w wyrazie twarzy, ani w nerwowych ruchach ciała. Schował dłoń. Wyprostował się. Sięgnął po własny telefon, pstryknął jej szybkie zdjęcie, rzucając przy tym uśmiech, i zaczął coś pisać, przesuwając palcami po ekranie z nienaganną wprawą.
Nasza rozmowa dobiegła końca – rzucił krótko, nie odrywając wzroku od ekranu.
Nie chciał wysyłać tej wiadomości. Wiedział, że rozpęta piekło dla kobiety. Że choć przestanie być jego problemem, to on przyczyni się do tego, że dostanie na barki znacznie gorszy, stworzony właśnie przez niego. Ale nie miał już siły. Naprawdę chciał dobrze. Nie chciał robić z tego afery. Na jego miejscu wielu ludzi sprzedałoby ją gangowi bez zastanowienia. W końcu otworzyła paczkę. Na pewno widziała za dużo. Był to wystarczający powód, żeby wielu z jego kolegów nawet z nią nie rozmawiało. Odebrać w drzwiach co swoje, uśmiechnąć się sztucznie, podziękować, zamknąć je bez emocji. A potem wysłać tego SMS-a, którego już nie dałoby się cofnąć.
Chciał spróbować jeszcze raz. Dać jej ostatnią szansę, żeby zrozumiała, że wysłanie tej wiadomości oznaczać będzie definitywny koniec jakichkolwiek negocjacji.
Jeśli nie chcesz mi pomóc i sobie, to tego nie rób – zakomunikował, spoglądając na nią znad ekranu. – Ta twoja butna postawa może robić na kimś wrażenie, ale obawiam się, że nie na mnie. Jeśli wyślę twoje zdjęcie z krótkim opisem tego, co odjebałaś z tą kopertą, to nie mamy już o czym rozmawiać. Otworzę ci drzwi i możesz wypierdalać z mojego mieszkania. Włos ci z głowy dzisiaj nie spadnie. Przynajmniej ja się do tego nie przyłożę.
Naprawdę chciał mieć to już za sobą. Cała sytuacja zaczynała go irytować i po prostu męczyć. To nie był serial ani niskobudżetowy film kryminalny, tylko prawdziwe życie. Kobieta chyba znała realia tego miasta. Oglądała wiadomości. Powinna zdawać sobie sprawę, jak bardzo tym skrawkiem ziemskiego padołu rządziły grupy przestępcze. Jeśli do którejkolwiek należał i właśnie miał wystawić za nią list gończy, to nie mogło się to dla niej dobrze skończyć. Nie było takiej opcji.
Postanowił zaczekać kilka minut. Przez ten czas przestał na nią patrzeć. Dał jej tę swobodę. Obserwował stolik, jej dłonie, czasem zerkał w stronę drzwi wyjściowych. Gdzieś na korytarzu rozległ się głuchy trzask windy i przytłumiony gwar sąsiadów wracających z porannych obowiązków, ale nie odwrócił się w tamtą stronę. Pozostawał czujny, ale nie przyglądał się już jej twarzy, nie próbował wyczytać z niej targających nią emocji ani kierunku, w którym podąży jej decyzyjność. Wcześniej już się co do niej pomylił. Nie zamierzał zgadywać po raz kolejny.

Nerissa Whitelaw
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Nerissa czuła, że cierpliwość zaczyna jej się kończyć. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz była tak zmęczona czyjąś obecnością, a przecież znała mężczyznę zaledwie dwie godziny. Każda kolejna minuta spędzona w jego mieszkaniu dokładała coś do irytacji, którą coraz trudniej było jej ukryć. Jego chłodny ton, ciągłe obserwowanie jej, pytania zadawane w sposób, jakby z góry zakładał, że coś przed nim ukrywała - wszystko zaczynało działać jej na nerwy.
I chyba właśnie dlatego coraz częściej wracała myślami do momentu, w którym znalazła tę przeklętą kopertę. Mogła przecież zrobić to, co podpowiadał jej rozsądek. Położyć ją pod drzwiami z numerem, odejść i nigdy więcej się nad tym nie zastanawiać. Zamiast tego siedziała teraz tutaj, zmęczona, spięta i coraz bardziej wściekła na samą siebie, że pozwoliła, żeby zwykła pomyłka doprowadziła ją aż do tego miejsca.
Elijah również miał w niej swoje miejsce. Była zła na to, jak łatwo przychodziło mu zakładać, że należy mu się odpowiedź na każde pytanie. Zła na jego podejrzliwość, na ten irytujący spokój, którym potrafił przykryć coś, co dla niej wcale nie było spokojne. Przede wszystkim jednak denerwowało ją to, że mimo całego strachu nadal próbowała go zrozumieć, zamiast po prostu uznać, że ma dość.
Zacisnęła szczękę i odwróciła wzrok, czując przyjemnie znajome napięcie w mięśniach twarzy. Była zmęczona, przestraszona i wściekła jednocześnie - a ta mieszanka sprawiała, że coraz trudniej było jej udawać, że wszystko jest w porządku. Chciała tylko, żeby ten dzień się skończył. I coraz bardziej żałowała, że zamiast zostawić kopertę pod jego drzwiami i odejść, została wciągnięta aż po sam środek jego problemów.
Nerissa obserwowała go w milczeniu, kiedy sięgnął po pistolet i odłożył go na bok, a następnie bez większego pośpiechu podszedł do kuchennego blatu. Nie spuszczała z niego wzroku, kiedy otwierał pudełko i wyjmował kilka kawałków, zupełnie jakby była to najzwyklejsza rzecz na świecie. Jego swobodny sposób bycia działał jej na nerwy, ale jednocześnie trudno było nie zauważyć, jak bardzo kontrastował z obrazem, który sama zdążyła sobie o nim stworzyć. Broń, krew, groźny ton, zamknięte drzwi- a teraz pizza z poprzedniego dnia i spokojne oczekiwanie na jej reakcję.
- Mogę Ci zamówić nową, skoro i tak jestem tu zamknięta.
Nerissa przez chwilę milczała, przyglądając mu się uważniej. Im więcej szczegółów dorzucał do tej historii, tym trudniej było jej uwierzyć, że opowiadał ją wyłącznie dla samego wspomnienia. Nie znała Colette, nie wiedziała, jak naprawdę wyglądała cała sytuacja i nie miała zamiaru przyjmować jego wersji bez żadnego dystansu. Zwłaszcza, że mężczyzna miał już wystarczająco dużo powodów, żeby chcieć ją do czegoś przekonać.
Najbardziej nie podobało jej się jednak to, jak bardzo historia zaczynała przypominać ostrzeżenie skierowane właśnie do niej. Dziewczyna, która uważała, że sama sobie poradzi. Problemy, których nie potraktowała wystarczająco poważnie. Elijah, który próbował ją powstrzymać, a później musiał radzić sobie z konsekwencjami jej decyzji. Brzmiało to niemal jak gotowy scenariusz, w którym Nerissa bez większego wysiłku mogła zająć miejsce Colette.
Zacisnęła lekko usta, po czym oparła się wygodniej o krzesło. Nie zamierzała dać mu satysfakcji i pokazać, że opowieść ją przestraszyła. Owszem, słuchała. Zapamiętywała. Ale to wciąż była tylko jego wersja.
- I co właściwie mam z tego wywnioskować? - zapytała w końcu.
Jej ton nie był zaczepny, choć trudno było nie usłyszeć w nim odrobiny ostrożności.
- Że Colette była lekkomyślna? Że nie powinnam próbować radzić sobie sama? Czy może po prostu chcesz mi pokazać, co dzieje się z ludźmi, którzy nie robią dokładnie tego, czego od nich oczekujesz?
Na ostatnie słowa uniosła lekko brew, nie spuszczając z niego wzroku.
- Bo jeśli to miała być próba przestraszenia mnie, to chyba powinieneś wiedzieć, że opowiadanie mi historii o kimś, kto skończył źle, nie sprawi automatycznie, że uznam Twoją wersję za prawdę. - Zrobiła krótką przerwę, po czym dodała już spokojniej. - Nie znam jej. Nie znam Ciebie. I nie wiem, co wydarzyło się wtedy naprawdę. Mogę tylko słuchać tego, co mi mówisz i zdecydować, czy Ci wierzę.
Nerissa przez chwilę nie rozumiała, co właściwie robi. Elijah sięgnął po swój telefon tak swobodnie, że początkowo nawet nie zwróciła na to większej uwagi. Dopiero kiedy ekran uniósł się w jej stronę, a jego palec przesunął się po nim z krótkim, zdecydowanym ruchem, dotarło do niej, że właśnie zrobił jej zdjęcie.
Znieruchomiała. Przez ułamek sekundy patrzyła na niego z niedowierzaniem, jakby czekała, aż sam przyzna, że to był jakiś głupi żart. Nie doczekała się. Zamiast tego Elijah po prostu opuścił telefon i zaczął coś na nim pisać, przesuwając palcami po ekranie z irytująco spokojną pewnością siebie.
Coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w żołądku. Jeszcze chwilę wcześniej rozmawiali o jej prywatności, o tym, że nie chciała oddać mu telefonu właśnie dlatego, że nie zamierzała pozwalać obcemu człowiekowi zaglądać w rzeczy należące wyłącznie do niej. A teraz on zrobił coś podobnego, tylko nawet nie zapytał o zgodę.
Kiedy odezwał się, informując ją, że ich rozmowa dobiegła końca, Nerissa uniosła na niego wzrok. Nie odpowiedziała od razu. W jego głosie było coś ostatecznego, jakby właśnie postawił przed nią ostatnią możliwość i nie zamierzał już wracać do tematu.
Dopiero kolejne słowa sprawiły, że napięcie w jej ramionach wyraźnie się zwiększyło Zdjęcie. Krótki opis. Groźba, że w razie odmowy po prostu ją wyrzuci. Elijah mówił o tym spokojnie, niemal rzeczowo, i chyba właśnie to najbardziej działało jej na nerwy. Nie musiał podnosić głosu. Nie musiał jej dotykać. Wystarczyło, że przypomniał jej, jak niewiele kontroli miała nad tym, co wydarzy się dalej.
Nerissa zacisnęła lekko szczękę i przez moment patrzyła na niego bez słowa. Była już zmęczona jego sposobem prowadzenia tej rozmowy - tym ciągłym stawianiem jej przed kolejnymi wyborami, które w rzeczywistości wcale nie były wyborami. Mogła się zgodzić albo ponieść konsekwencje odmowy. Mogła współpracować albo wyjść z mieszkania z poczuciem, że być może właśnie popełniła jeszcze większy błąd.
I chyba najbardziej irytowało ją to, że po raz kolejny miał rację w jednej rzeczy: naprawdę nie wiedziała, co powinna zrobić.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? - odezwała się cicho. Nie było w jej głosie wcześniejszej zaczepności. Było za to coś znacznie bardziej gorzkiego. - Cały czas powtarzasz, że nie chcesz mnie skrzywdzić. Że próbujesz tylko rozwiązać problem.
Zawiesiła na nim spojrzenie, pozwalając, żeby przez moment między nimi zapadła cisza.
- A potem robisz mi zdjęcie bez pytania i mówisz mi, że jeśli nie będę współpracować, możesz wykorzystać je przeciwko mnie.
Kącik jej ust drgnął w krótkim, pozbawionym rozbawienia uśmiechu.
- Naprawdę nie widzisz w tym żadnej sprzeczności? - Przez chwilę jeszcze siedziała nieruchomo, po czym westchnęła i odchyliła się na oparciu krzesła. - Jeśli tak wygląda Twoje pomaganie ludziom, to chyba zaczynam rozumieć, dlaczego Colette wolała radzić sobie sama.
Nerissa odwróciła wzrok, próbując opanować to nieprzyjemne napięcie, które od dłuższego czasu zaciskało się gdzieś pod żebrami. Złość nadal w niej była, ale coraz bardziej mieszała się ze zwyczajnym zmęczeniem. Miała wrażenie, że od momentu, w którym przekroczyła próg tego mieszkania, bez przerwy musiała być czujna - uważać na słowa, na jego ruchy, na własne reakcje. Jakby nie mogła pozwolić sobie nawet na chwilę słabości.
Zacisnęła powieki na krótką chwilę i wtedy poczuła pieczenie pod nimi. Zamrugała szybko, odruchowo, próbując je powstrzymać. Nie była przerażona. To nie strach doprowadził ją na skraj płaczu. To było wszystko naraz - napięcie, zmęczenie, bezsilność i narastająca irytacja, której od kilku godzin nie miała gdzie wyrzucić.
Prychnęła cicho, bardziej ze złości na samą siebie niż na niego. Naprawdę nie zamierzała płakać. Nie tutaj. Nie przed nim.
Nerissa jeszcze przez chwilę siedziała nieruchomo, pozwalając, żeby emocje choć trochę opadły. W końcu wypuściła powoli powietrze i podniosła się z krzesła. Nie patrząc na faceta, skierowała się w stronę barku.
Stała tam przez moment, po czym sięgnęła po butelkę i nalała sobie alkoholu do jednej ze szklanek. Nie przejmowała się nawet tym, ile nalała. Uniosła szkło do ust i wypiła wszystko niemal jednym haustem. Alkohol zapiekł ją w gardle, ale przynajmniej na chwilę zagłuszył to nieprzyjemne napięcie, które wciąż nie chciało odpuścić.
Odstawiła pustą szklankę i dopiero wtedy odwróciła się w jego stronę. Podeszła bliżej, sięgnęła do tylnej kieszeni spodni i wyciągnęła telefon. Przez sekundę obracała go w dłoni, jakby jeszcze raz zastanawiała się, czy naprawdę chce to zrobić.
Ostatecznie prychnęło cicho i rzuciła mu telefon.
- Masz. Im szybciej sprawdzisz, tym szybciej będę mogła stąd wyjść.
Spojrzała na niego jeszcze przez moment, po czym dodała z wyraźnym zmęczeniem.
- I nie gap się na mnie. Sprawdzaj telefon.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Rozumiał ją trochę. Nie dlatego, że grzebała w czymś, co do niej nie należało, i teraz miała przez to kłopoty, ale akceptował jej podirytowanie tym, jak się jej przyglądał, i tę nieufność, którą obarczał ją raz za razem. Pewnie przeklinała decyzję o oddaniu mu jego zguby. Niepotrzebnie, jego zdaniem. Gdyby tego nie zrobiła albo zrobiła to w jakikolwiek inny sposób niż podanie mu koperty prosto do rąk, nic by się nie zmieniło. Uniknęłaby tylko bezpośredniej konfrontacji. Może miałaby więcej czasu, zanim ten problem by ją znalazł. W końcu, gdyby paczka się nie znalazła albo trafiłaby do niego w inny sposób, a byłaby wciąż w takim stanie, w jakim się znajdowała, i tak zaczęłoby się dochodzenie. Kurier zostałby przetrzepany z informacji, gdzie do jasnej cholery zaniósł tak ważne materiały. Wtedy to, gdzie mieszka kobieta, nie byłoby już dla nikogo tajemnicą. Wszystko skończyłoby się nawet gorzej. Przede wszystkim dla niej.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak jego swawolne podejście do wszystkiego, co robił, podczas rozmowy z nią mogło być odbierane przez kogoś, kto nie siedział po uszy w półświatku. Popijanie piwa, gdy przed chwilą pukawka leżąca obok rozsmarowała czyjś mózg po całej ścianie? To nie był dla niego już niecodzienny widok. Wciąż powodował, że żołądek mu się kurczył i nie był pewien, czy nie zwymiotuje, ale nie zaskakiwało go już to. Dźwięk wystrzału przestał go ruszać, nawet jeśli brał go z zaskoczenia. Czy więc jego obecne zachowanie mogło wydawać się dziwne komuś, kto nie widział takich scen na co dzień? Pewnie tak. Dla niego jednak była to codzienność. Przez to też mógł sprawiać wrażenie kogoś przerysowanego, może grającego rolę. Tak jednak nie było.
Burknął pod nosem, gdy zaproponowała mu nową pizzę. Nie czuł się urażony tą propozycją, ale wciąż nie potrafił pogodzić się z tym, że kobieta tak pyskowała. Miewał takich dłużników i szybko wybijał im z głowy podskakiwanie, ale tutaj tego nie zamierzał zrobić. Niemniej wciąż był zaskoczony. Machnął ręką, jakby już w niemocy, by dalej się z nią przegadywać.
Wiedział dobrze, że historia o jego byłej współlokatorce wywoła reakcję. Że zapali jakąś lampkę. Nie był jednak pewien, czy da kobiecie coś do myślenia, czy wprost przeciwnie, spowoduje, że ta w ogóle nie będzie już chciała z nim współpracować. Nie dbał o to. Wiedział, że jeśli nie po dobroci, to siłą, ale swoje osiągnie.
Nie rozumiem twojego negatywnego podejścia – rzucił, marszcząc brwi i zaciskając pięści, ale nie ze zdenerwowania. Jeszcze nie. – To nagminne szukanie złych intencji w moich historiach. Opowiadam ci to wszystko, bo widzę podobieństwa i nie mam żadnego powodu, żeby cię okłamywać. To, czy mi ufasz, czy nie, niczego w moim życiu nie zmieni, więc nie widzę powodu, by wymyślać bajeczki na poczekaniu. Co z tego bym miał, twoim zdaniem?
Czego tak naprawdę kobieta się spodziewała, gdy mu odmówiła? Że powie: nie no, spoko, twoja prywatność jest dla mnie najważniejsza? Miał to gdzieś. Zarówno to, czy martwiła się, że zobaczy za dużo, jak i jej życie. Nie interesował się tym, z kim rozmawiała, do kogo pisała ani tym, kto znajdował się na jej zdjęciach. Nigdy nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Trafili na siebie przez jej własny błąd. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego ona tego nie dostrzegała, dlaczego nie szukała winy w sobie i nie próbowała współpracować, żeby rozwiązać ten problem pokojowo i przede wszystkim jak najszybciej. Wciąż zachowywała się, jakby miała cokolwiek do powiedzenia, a tak nie było. Od samego początku. Nie targował się z nią, nie negocjował, nie dawał jej żadnych korzystnych dla niej opcji, bo nie musiał. Był jebanym bandziorem, który krzywdził innych ludzi za mniejsze przewinienia. Czy jego sąsiadka upadła na głowę? A może patrzyła na świat przez kolorowe okulary? Choć prędzej sklasyfikowałby to jako głupotę.
Oparł się o blat kuchenny, gdy rzuciła kilka słów za dużo. Był już srogo podirytowany.
Odkąd pojawiłaś się pod moimi drzwiami, jedyne, co robisz, to stroszysz piórka – rzucił te słowa w tonie ostrzejszym niż dotychczas. – Tak, jakbyś miała cokolwiek do powiedzenia w sytuacji, w której się znalazłaś. News dnia dla wolno myślącej – nie masz. Odjebałaś manianę, to teraz bierz na swoje barki konsekwencje swoich działań. Nie rozumiem nawet, dlaczego uważasz, że istnieje tu jakiekolwiek pole do negocjacji albo do odmawiania mi. Nie targujemy się o podróbkę torebki Gucci na tureckim straganie, tylko o to, czy nie zarobisz kulki między oczy od kogoś z mojej ekipy.
Nie chciał już udawać, że chce dla niej dobrze. Bo po prostu o to nie dbał. Wolał uniknąć rozlewu krwi, gdy nie była ona potrzebna, ale kobieta mu tego nie ułatwiała.
Nie skłamałem ani przez moment – dodał, wpatrując się w nią bez cienia ustępliwości. – Jeśli planujesz ze mną współpracować, nie stanie ci się żadna krzywda, a już na pewno nie z mojej strony. Ale ty mnie wkurwiasz z każdą wypowiedzianą przez siebie sentencją, bo uważasz, że masz mocne karty na stole. Jestem cierpliwy do pewnego czasu. A ty już podeptałaś moje dobre serce.
Nie rozumiał jej taktyki. Pyskowanie, potem mglista chęć współpracy, potem znowu pyskowanie, negocjacje, odmowy, a gdy znowu została postawiona pod ścianą, oczekując na rozstrzelanie, próbowała w nim wzbudzić litość? Kobieta pomyliła adresy. Tej nigdy nie planował jej zaoferować.
Później wydarzyło się wiele rzeczy w tym samym czasie. Kobieta rozpłakała się, choć wyraźnie było widać, że próbuje zachować pozory. Chciała pozostać silna. Nie dać się przezwyciężyć emocjom. Potem bez słowa ruszyła w stronę barku i sama się obsłużyła. Gdy alkohol zakończył swoją drogę, postanowiła w końcu poddać się i rozstać się z telefonem.
Odbił się z zadowoleniem od blatu, złapał za urządzenie, szybko przejrzał to, co chciał sprawdzić, mając już w tym sporą wprawę, całkowicie ignorując resztę zawartości i wyciągnął rękę z telefonem w jej kierunku. Tyle niepotrzebnego dramatyzowania o nic.
Podziwiam twoją odwagę – dodał, przekrzywiając głowę. – A może głupotę. Trunek, po który tak chętnie sięgnęłaś, mógł być przecież zatruty. Fortunnie nie trafiłaś na nic niebezpiecznego, ale byłaś bardzo blisko. Zaledwie dwie butelki od katastrofy.
Chciał jeszcze dodać: czy to naprawdę było takie trudne, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Wiedział, że nie dostałby odpowiedzi, jakiej oczekiwał – tylko kolejną serię pyskówek z jej strony, a dzisiaj miał już ich dosyć.

Nerissa Whitelaw
30 lat/a, 170 cm
Awatar użytkownika
I don't have the energy to pretend I like you. My face would make a fool out of me after three seconds anyway.
Whispers of life
Nerissa wysłuchała go do końca, choć z każdą kolejną uwagą coraz bardziej miała ochotę przewrócić oczami. Zacisnęła szczękę, a potem powoli wypuściła powietrze nosem, próbując nie odpowiadać mu pod wpływem pierwszego odruchu. Elijah zdecydowanie miał talent do mówienia rzeczy, które działały jej na nerwy, szczególnie kiedy robił to z tym spokojem, jakby właśnie przedstawiał jej najbardziej oczywiste fakty na świecie. Jakby wystarczyło, że odpowiednio długo będzie jej tłumaczył, w jakiej sytuacji się znalazła, a ona w końcu pokornie przytaknie i przestanie mieć własne zdanie.
Nie podobało jej się, że stawiał ją w pozycji kogoś, komu trzeba tłumaczyć podstawowe zasady rozsądku. Sama doskonale wiedziała, że znalazła się w paskudnej sytuacji. Nie potrzebowała do tego jego wykładu ani kolejnego przypomnienia, jak łatwo mogła sobie narobić problemów. Nie była też aż tak głupia, za jaką momentami zdawał się ją uważać. To, że nie reagowała dokładnie w taki sposób, jakiego od niej oczekiwał, nie oznaczało przecież, że nie rozumiała powagi sytuacji. Rozumiała ją aż za dobrze. Właśnie dlatego nadal tutaj siedziała, zamiast po prostu wstać i wyjść, choć ta druga możliwość z każdą minutą wydawała jej się coraz bardziej kusząca.
Najbardziej drażniło ją jednak to, jak łatwo wszystko sprowadzał do jej uporu. Jakby problemem nie było to, że obcy mężczyzna praktycznie zatrzymał ją w swoim mieszkaniu, zrobił jej zdjęcie bez pytania i właśnie próbował dostać się do jej telefonu, tylko fakt, że Nerissa miała czelność nie przyjąć tego wszystkiego ze spokojem. Owszem, była uparta. Nigdy szczególnie tego przed sobą nie ukrywała. Ale pomiędzy uporem a bezmyślnym wykonywaniem cudzych poleceń istniała jeszcze całkiem spora przestrzeń, której Elijah najwyraźniej nie zamierzał dostrzegać.
Najchętniej odbiłaby każdą jego uwagę, ale świadomość, że prawdopodobnie tylko przedłużyłaby w ten sposób tę rozmowę, skutecznie ją powstrzymywała. Irytacja jednak nie znikała. Przeciwnie, osiadała gdzieś pod skórą, podsycana każdym kolejnym zdaniem, w którym brzmiał tak, jakby tylko on jeden zachowywał się tutaj rozsądnie. Nerissa nie miała pojęcia, czy Elijah rzeczywiście był aż tak przekonany o własnej racji, czy zwyczajnie próbował doprowadzić ją do momentu, w którym dla świętego spokoju przestanie się sprzeciwiać. Jeśli chodziło o to drugie, zdecydowanie wybrał sobie niewłaściwą osobę.
Nerissa przez chwilę nic nie odpowiadała. Słuchała go, ale jego słowa zamiast ją uspokoić, tylko bardziej utwierdziły ją w przekonaniu, ze chyba zupełnie inaczej patrzą na całą tę sytuację. Nie chodziło przecież o to, że z góry zakładała jego złe zamiary. Po prostu nie znała go na tyle, żeby bez zastanowienia uwierzyć w każde jego zapewnienie. Tym bardziej po wszystkim, co wydarzyło się tego wieczoru.
Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, a potem lekko wzruszyła ramionami. Nadal była poirytowana, ale nie miała już ochoty się z nim przepychać.
- To nie jest negatywne podejście. Po prostu Ci nie ufam.
Zrobiła krótką pauzę, jakby sama zastanawiała się, czy powinna dodawać coś więcej.
- I chyba nie możesz mieć mi tego za złe.
Nerissa poczuła, jak po raz kolejny narasta w niej irytacja. Nie chodziło nawet o samą treść jego słów, ale o sposób, w jaki Elijah próbował przedstawić całą sytuację, jakby jej zachowanie było jedynym problemem, który należało tutaj rozwiązać. Jakby wystarczyło, że przestanie być uparta, a wszystko nagle stanie się proste.
Przez moment zacisnęła usta i odwróciła wzrok. Wiedziała, że popełniła błąd, i wcale nie zamierzała od niego uciekać. Sama doskonale zdawała sobie sprawę, ze to ona otworzyła przesyłkę i zajrzała do środka, mimo że nie powinna. Nie potrzebowała jednak kolejnego wykładu o konsekwencjach swoich decyzji, zwłaszcza od człowieka, który od początku traktował ją tak , jakby każda jej próba obrony własnego zdania była kolejnym przejawem głupoty.
Najbardziej drażniło ją to, że Elijah mówił o odpowiedzialności tak łatwo, jakby w tej sytuacji wszystko było czarno- białe. Ona miała odpowiedzieć za swój błąd - i zamierzała to zrobić. Ale on również podejmował własne decyzje. To, że robił to spokojniej i z większą pewnością siebie, nie sprawiało przecież, że automatycznie stawały się właściwe.
- Wiem, że powinnam brać odpowiedzialność za swoje decyzje. Naprawdę nie musisz mi tego tłumaczyć.
Na moment urwała, przesuwając spojrzeniem gdzieś obok niego. Trudno było jej zachować spokój, kiedy od kilku godzin miała wrażenie, że każdy jej ruch jest przez niego oceniany.
- Otworzyłam paczkę, zajrzałam do środka i wiem, że nie powinnam była tego robić. To jest moja część historii.
Spojrzała na niego ponownie, tym razem nieco chłodniej.
- Ale nie będę udawać, że wszystko, co wydarzyło się później, też jest moją winą tylko dlatego, że Ty tak wygodniej to sobie układasz.
Westchnęła cicho i odsunęła kosmyk włosów z twarzy.
- Mogę przyznać się do własnego błędu. To akurat nie jest dla mnie problemem. Tylko nie oczekuj, że przy okazji przyznam Ci rację we wszystkim innym.
Nerissa przez chwilę przyglądała mu się bez słowa, jakby próbowała zdecydować, czy w ogóle chce jeszcze ciągnąć tę rozmowę. Ostatecznie tylko prychnęła cicho i pokręciła głową. Naprawdę nie miało już dla niej większego znaczenia, czy mężczyzna mówił prawdę, czy nie. Zobaczyła wystarczająco dużo, żeby przestać przejmować się jego zapewnieniami.
- Wiesz co? Widziałam już krew, pistolet i Ciebie w akcji. - rzuciła, unosząc lekko brwi. - Więc szczerze? Mam już gdzieś, czy teraz mówisz mi prawdę, czy nie.
Oparła się wygodniej, nadal patrząc na niego z wyraźną irytacją.
- To chyba trochę za późno na przekonywanie mnie, że nie mam powodów, żeby się zastanawiać, w co się właściwie wpakowałam.
Patrzyła na niego przez moment z niedowierzaniem, jakby naprawdę musiała upewnić się, że dobrze usłyszała. Spojrzała na butelkę stojącą na barku, potem na własną szklankę i dopiero po chwili z powrotem na niego. Po wszystkim, co wydarzyło się tego dnia, naprawdę nie spodziewała się, że zwykły alkohol stanie się kolejną rzeczą, przed którą ktoś będzie próbował ją ostrzegać.
Najbardziej irytowało ją jednak to, że Elijah potrafił powiedzieć coś takiego z całkowitą powagą. Jakby możliwość zatrucia była kolejnym oczywistym zagrożeniem, które powinna była przewidzieć, zanim w ogóle sięgnęła po butelkę. Nerissa miała już serdecznie dość ciągłego zastanowienia się, co za chwilę można pójść nie tak. Krew, broń, tajemnicza przesyłka, jej własny telefon, a teraz jeszcze whisky.
Przewróciła oczami i odstawiła szklankę na moment, bardziej z irytacji niż z rzeczywistej obawy. Pokręciła głową, a na jej ustach pojawił się krótki, pozbawiony rozbawienia uśmiech.
- Jeśli umrę od dwóch łyków whisky, możesz sobie wpisać do listy kolejny problem, którego nie zdążyłeś rozwiązać.
Spojrzała na niego spod lekko uniesionych brwi.
Kiedy telefon znalazł się z powrotem w jej rękach, zerknęła na ekran, jakby upewniała się, że niczego nie brakuje, po czym wsunęła go do tylnej kieszeni. Dopiero wtedy spojrzała na Elijaha. Zmęczenie było już wyraźnie widoczne w jej twarzy, a irytacja, którą wcześniej jeszcze próbowała powstrzymać, zdążyła na dobre osiąść w jej głosie.
- Mam Cię dość człowieku... idę do domu. Otwórz mi drzwi.

Elijah Nguyen-Lynskey
Miejscow*
po mieście błąka się tylko jedna dusza
23 lat/a, 195 cm
uliczny tancerz
Awatar użytkownika
Dancers don’t need wings to fly.
Whispers of life
Elijah, mimo że słowa Nerissy wyraźnie go irytowały, niewiele sobie z nich robił. W końcu to były tylko słowa kogoś, kto wciąż na siłę próbował sobie wmówić, że posiada choćby znikomą kontrolę nad tym, co działo się w jego mieszkaniu. Mógłby nawet przyznać, że kobieta wyjątkowo uroczo reagowała na jego podejście, co jedynie zachęcało go do dalszego droczenia się z nią.
Gdy oznajmiła mu, że nie darzy go zaufaniem, tylko wzruszył ramionami z lekkim, ledwo dostrzegalnym uśmieszkiem. Jej zaufanie nie było mu do niczego potrzebne. To nie on tkwił tutaj w tarapatach i nie on musiał wypaść dobrze w jej oczach. Choć przeczuwał, że kobieta właśnie tak to widziała.
Po jej kolejnych słowach, w których znowu próbowała się bronić i przekonać go, że nie ponosi winy za wszystko, rozciągnął się, jakby dopiero co wstał z łóżka. W rzeczywistości pokazywał jej w ten sposób, że niewiele robił sobie z jej argumentów. Nie widział w nich żadnej wagi.
Każdy odpowiedzialny za swoją część winy zostanie z niej rozliczony – rzucił, ruszając szyją w lewo i prawo, jakby próbował uwolnić się od napięcia, które wciąż go dręczyło po przerwanym śnie. – Nie musisz zaprzątać sobie tej uroczej główki sprawiedliwością. Zapewniam, że już nigdy nie zobaczysz na oczy kuriera, który wręczył ci przesyłkę. Jego kariera zakończyła się wraz z tą pomyłką.
Nie powiedział tego wprost, ale ton jego głosu sugerował coś znacznie dotkliwszego niż zwykłe wyrzucenie z pracy.
A twoja wina leży tylko i wyłącznie w otwarciu tej paczki – dodał krótko. – Nikt cię od początku nie winił za to, że otrzymałaś coś, co do ciebie nie należało.
Kiedy wchodziła do jego mieszkania kilka godzin temu, był przekonany, że nigdy więcej nie chce jej widzieć. Że była tylko upierdliwym problemem, który pojawił się w jego życiu i powinien z niego zniknąć równie szybko, jak się w nim pojawił. Teraz, po spędzeniu z nią pewnego czasu, poznaniu jej charakterku i sposobu bycia, uznał nawet, że mógłby chcieć poznać ją lepiej. Zdobycie o niej informacji nie powinno stanowić żadnego problemu.
Rozmasował sobie nadgarstek, gdy wspomniała, że już wiele widziała.
Och, proszę cię. Nie schlebiaj sobie. Jeszcze nie widziałaś mnie w akcji – zapewnił ją, z tym samym drapieżnym błyskiem w oku, co wcześniej. – Ale gdybyś zmieniła zdanie i chciała się przekonać, na co mnie naprawdę stać, to znasz już mój adres.
Jej reakcja na wzmiankę o truciźnie sprawiła tylko, że zaświeciły mu się oczy. Zaskoczył ją. Dobrze. Należał w końcu do tych dziwnych ludzi, którzy trzymali w domu wiele podobnych niespodzianek. Zaczynając od pistoletu, który zobaczyła na starcie, a kończąc na walizce pełnej niebezpiecznych zabawek, schowanej pod łóżkiem. Był też z tych charakterów, które były wyjątkowo otwarte i wszystko wyrzucały z siebie w sposób dominujący nad drugą osobą, sprawiając, że ta zaczynała się zastanawiać, czy żartuje, czy mówi śmiertelnie poważnie. Rzadko jednak blefował. Nie miał ku temu powodów.
Wyminął ją, już po oddaniu telefonu, i sam nalał sobie szklaneczkę whisky – innej niż ta, którą wcześniej wybrała kobieta. Opróżnił kryształowe naczynie w jednym długim hauście i odstawił je z powrotem na barek.
Na zdrowie – rzucił sarkastycznie w odpowiedzi na jej wcześniejsze słowa o śmierci z powodu dwóch łyków potencjalnie wypitej trucizny.
Nie widział powodu, by dłużej ją przetrzymywać. Wrócił na moment do kuchni, blisko okna. Sięgnął po klucz, który wcześniej – gdy nie patrzyła mu na ręce – schował za doniczką stojącą na parapecie. Niespiesznym krokiem podszedł do drzwi, a następnie przekręcił zamek, który głuchym dźwiękiem oznajmił, że drzwi się otworzyły.
Gdy ona, z zamiarem wyjścia, zbliżyła się do progu, zatrzymał ją ręką opartą o framugę na wysokości jej twarzy. Pochylił się nad nią i wyszeptał jej do ucha:
Do zobaczenia w przyszłości, Nerisso.
Nie pozwolił jej zareagować ani skomentować, skąd znał jej imię i dlaczego z taką pewnością oznajmił, że jeszcze kiedyś się spotkają. Popchnął ją delikatnie, zmuszając do przestąpienia progu, po czym, z zadziornym spojrzeniem, zamknął za nią drzwi. Oparł się o nie plecami na chwilę dłużej, niż było to konieczne.
Intrygująca kobieta – pomyślał. Ile czasu minie, zanim rzeczywiście ponownie się spotkają?

THE END

Nerissa Whitelaw
ODPOWIEDZ

Wróć do „165”