iza
13
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że chłopak wrócił do punktu wyjścia. Sam sądził, jego znajomi chyba też, że coś jednak zmieni się w nim, w jego zachowaniu, w podejściu do życia i może wreszcie postanowi trochę się ogarnąć. Choć odrobinę, aby już nie robić aż takiego wstydu, nie patrzeć na wszystko przez różowe okulary i z tym przygłupim uśmiechem na ustach. Wszystko szło ku dobremu, serio, nawet Vernon czuł, że to może być ta jedna, jedyna, która odmieni go i to w ten pozytywny sposób. Założyłby sobie kajdany, nawet dałby się prowadzać jak posłusznego pieska, a dostał jedynie kopnięcie między nogi. Nie takie dosłowne, choć to też kilka razy go spotkało. Nie ze strony Tessy. A może mniej by go bolało, gdyby mu dała w twarz albo w miejsce, w które facet nigdy nie chce dostać. Zamiast tego złamała mu serce, albo sam je sobie złamał, bo był głupi i wierzył, że ktoś może być nim zainteresowany na serio. Widocznie każdy, nawet ona, miał jakiś powód do tego, by się do niego zbliżyć. A najczęściej tym powodem był chrzestny Vernona, który błogo nieświadomy żył sobie i pielęgnował polityczną karierę. Lyons miał jedynie nadzieję, że Mercer mówiła prawdę i nie miała na niego nic mocnego.
Od kłótni, podczas której Vernon stwierdził, że kończy ten rozdział swojego krótkiego ale jakże burzliwego życia, minęło kilka tygodni. Od tamtej chwili Lyons wrócił do punktu wyjścia. Znowu zaczął wychodzić na imprezy, na których zawieszał wzrok na dziewczynach, kończył z nimi w łóżku, nie zostawiał numeru, dostawał czasem w twarz, czasem udawało się bez rękoczynów, ale zawsze kończyło się tak samo – dziwną pustką, której nie potrafił zapełnić, więc wszystko zaczynało się od nowa. Tego poranka, gdy obudził się w swoim pokoju w akademiku, do którego jakimś cudem dotarł poprzedniej nocy, z kacem mordercą, który sprawił, że w jego ustach zagościła Sahara, chłopak doszedł do wniosku, że musi zrobić pranie.
Nie wiedział, czy mdli go od zapachu alkoholu, który wciąż się za nim ciągnął, czy jego wszystkie ciuchy były przepocone, brudne i niezdatne do użytku, czy tylko mu się to wydawało, ale stwierdził, że zrobi coś miłego dla siebie. I dla swojej szafy oraz pokoju. Rozczochrany, jakby wyszedł dopiero z krzaków, z koszem z brudnymi ciuchami pod pachą, ociężałym krokiem poczłapał do pralni, aby zastać wszystkie pralki zajętymi. Aż go głowa zabolała, a on jęknął tak, jakby cały świat uwziął się na niego, ale jednak głupi to ma zawsze szczęście, bo akurat jedna pralka skończyła cykl, tylko wciąż w środku znajdowały się ciuchy. Szkoda tylko, że Lyons nie potrafił czekać, a brak ogłady to jego drugie imię, dlatego też nic nie powstrzymało go przed wygrzebaniem ciuchów, chyba jakiejś dziewczyny, wnioskując po tym co znajdowało się w bębnie, z pralki.
Matilda Hennigan
stelka
#2
Punkt wyjścia, dojścia i właściwie każdy punkt na mapie Matildy był dokładnie w jednym miejscu. Tkwiła w jakimś wielkim, widocznym z kosmosu punkcie i nie zamierzała tego wszystkiego zmieniać. Chociaż chłopcy na kampusie oglądali się za nią częściej niż ci w szkole - wciąż pozostawała niewidzialna. Ceniła sobie spokój, który dzięki temu dostawała. Uwielbiała fakt, że siedząc w bibliotece z słuchawkami na uszach nie miała przy stoliku towarzystwa, które zechciałoby ją zagadywać. Cieszyła się, że mogła swobodnie zaanektować drugą część pokoju w akademiku, bo z całą pewnością nikt nie będzie próbował się do niej wprowadzić. Wyjście na miasto miało cele wyłącznie użytkowe, a wizyta w pralni nie zmieniała się w spotkanie towarzyskie, nawet jeśli pomieszczenie było pełne ludzi. Jednak zaradna Matilda miała na to sposób, który polegał na tym, że zostawiała pranie w pralce (w końcu w trakcie nikt jej nie otworzy), nastawiała minutnik i wychodziła z pralni, siadając kawałek dalej w ślepym zaułku i robiąc notatki na zajęcia na tablecie, który dostała od rodziców jako prezent. Wszystko naprawdę układało się dobrze, a ona była szczęśliwa w tym momencie swojego życia, w którym była.
Nie sądziła, że ktoś ten spokój zaburzy. Wysoki ktoś, o zadziwiająco ładnej twarzy. Ktoś, kto wyciągał pranie z pralki, w której (jak pamiętała) były jej rzeczy.
Hennigan nie miała dobrych doświadczeń z relacji z rówieśnikami - zazwyczaj szukali sposobu by z niej zakpić czy ją skrzywdzić, nie dostrzegając, że naprawdę ma grubą skórę i jest w stanie wiele znieść. I tym razem zamknęła jedynie pokrowiec od tabletu i odłożyła urządzenie na jedno z urządzeń, które wyglądało na będące najdalej od wirowania, które wywoływało to okropne drżenie. - Wiesz, że nie zmieścisz się w te szorty nawet jeśli bardzo długo będziesz wstrzymywał powietrze? - zagadnęła, dając chłopakowi chwilę na oswojenie się z faktem, że został przyłapany na kradzieży jej prania, jednak po krótkiej chwili Matilda stała już przy niej, z plastikowym koszem, w którym zawsze nosiła pranie pomiędzy pralnią i pokojem. Bez chwili zastanowienia chwyciła materiał, który chłopak miał w dłoniach (bardzo mocno starała nie myśleć o tym, że to jej bielizna) i wrzuciła go na dno koszyka, sięgając do bębna pralki. - Nie potrzebuję asysty, możesz sobie iść - dodała i (wbrew swoim słowom) stanęła na palcach, odrywając jedną nogę od podłogi, by wyciągnąć z dna pralki to, co jeszcze w niej pozostało.
vernon lyons
iza
Vernon chciałby być dosłownie gdziekolwiek, tylko nie w tym punkcie, w którym aktualnie był. Wciąż nie wiedział, czego chce od życia, a przecież kilka tygodni temu wydawało mu się, że już wszystko idzie ku dobremu. No, wydawało. Skończyło się jak zawsze – złamanym sercem. Szkoda tylko, że to złamane serce nie należało do jakiejś randomowej dziewczyny z klubu, a do niego. To było czymś nowym, jakimś tam wyjątkiem od reguły, a jemu było zwyczajnie dziwnie. I trochę głupio też. Nie przywykł pokazywać, że coś go boli. Czy że rzeczywiście coś zaczęło mu przeszkadzać albo stało się coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył.
Złamane serce było dziwne. A fakt, ze chodził do klubów sam zaczął go chyba też lekko przytłaczać. Zach był zajęty, czy to swoją dziewczyną, czy nową pracą, a reszta kumpli się wykruszyła, gdy Lyons stał się nudziarzem uczepionym jednej spódnicy. Chłopaki tak uzasadnili decyzję o usunięciu go z grupy. No i chyba już znaleźli sobie kogoś innego na grupowego głupka, bo ostatnio jak widział ich na kampusie to prowadzili ze sobą jakiegoś świeżaka. Trochę go to zdziwiło, ale przecież świat kręci się dalej. No i poszedł wtedy się nawalić, ale ostatnio był to dla niego chleb powszedni. Niespecjalnie z powodu osamotnienia.
Miał za sobą ciężką pobudkę, a tu jeszcze okazało się, że trafił na jakąś dziarską właścicielkę bielizny z Troskliwymi Misiami. Ewentualnie mu się wydawało, że na materiale, który trzymał w rękach, a który chyba był damskimi figami (bo aż tak się nie przyglądał i bolała go głowa a razem z nią oczy) widział postacie z kreskówki. Dawno w sumie nie słyszał o tej bajce, ani jej nie oglądał, a pamiętał, że jak był dzieciakiem, to lubił te miśki. Co prawda na studiach już raczej by takich majtek nie nosił, ale nie wszystkie dziewczyny lubiły ten słynny Sekret Wiktorii.
Nie jemu też było to oceniać, on zazwyczaj bieliznę z nich ściągał, a nie oglądał jakie są na niej wzorki. Gdy niższa zabrała mu swoją własność, co w sumie nie powinno go dziwić, chłopak mimo wszystko zmarszczył brwi. Spojrzał na nią, na jej kosz, potem do bębna i nawet się ucieszył, bo w sumie zaczął te rzeczy wyjmować, ale nie pomyślał o tym, gdzie je posiać. – Widzisz, dobrze że jesteś. Bo potrzebuję tej pralki, to zabierzesz swoje majcioszki i będziemy oboje zadowoleni, co nie? – oczywiście, że nie widział nic złego w tym, że dotykał bielizny, która nie należała do niego.
Nie była to pierwsza, ani nie ostatnia. Spojrzał tylko z uniesionymi brwiami, gdy dziewczyna zaczęła się wspinać do pralki. – Serio myślisz, że dasz sobie radę? Zaraz tam wpadniesz na główkę i kto Cię będzie ratować? – pewnie on, ale już lepiej by było jakby go poprosiła o pomoc z wyciąganiem prania, a nie cudowała samodzielnie.
Matilda Hennigan
Złamane serce było dziwne. A fakt, ze chodził do klubów sam zaczął go chyba też lekko przytłaczać. Zach był zajęty, czy to swoją dziewczyną, czy nową pracą, a reszta kumpli się wykruszyła, gdy Lyons stał się nudziarzem uczepionym jednej spódnicy. Chłopaki tak uzasadnili decyzję o usunięciu go z grupy. No i chyba już znaleźli sobie kogoś innego na grupowego głupka, bo ostatnio jak widział ich na kampusie to prowadzili ze sobą jakiegoś świeżaka. Trochę go to zdziwiło, ale przecież świat kręci się dalej. No i poszedł wtedy się nawalić, ale ostatnio był to dla niego chleb powszedni. Niespecjalnie z powodu osamotnienia.
Miał za sobą ciężką pobudkę, a tu jeszcze okazało się, że trafił na jakąś dziarską właścicielkę bielizny z Troskliwymi Misiami. Ewentualnie mu się wydawało, że na materiale, który trzymał w rękach, a który chyba był damskimi figami (bo aż tak się nie przyglądał i bolała go głowa a razem z nią oczy) widział postacie z kreskówki. Dawno w sumie nie słyszał o tej bajce, ani jej nie oglądał, a pamiętał, że jak był dzieciakiem, to lubił te miśki. Co prawda na studiach już raczej by takich majtek nie nosił, ale nie wszystkie dziewczyny lubiły ten słynny Sekret Wiktorii.
Nie jemu też było to oceniać, on zazwyczaj bieliznę z nich ściągał, a nie oglądał jakie są na niej wzorki. Gdy niższa zabrała mu swoją własność, co w sumie nie powinno go dziwić, chłopak mimo wszystko zmarszczył brwi. Spojrzał na nią, na jej kosz, potem do bębna i nawet się ucieszył, bo w sumie zaczął te rzeczy wyjmować, ale nie pomyślał o tym, gdzie je posiać. – Widzisz, dobrze że jesteś. Bo potrzebuję tej pralki, to zabierzesz swoje majcioszki i będziemy oboje zadowoleni, co nie? – oczywiście, że nie widział nic złego w tym, że dotykał bielizny, która nie należała do niego.
Nie była to pierwsza, ani nie ostatnia. Spojrzał tylko z uniesionymi brwiami, gdy dziewczyna zaczęła się wspinać do pralki. – Serio myślisz, że dasz sobie radę? Zaraz tam wpadniesz na główkę i kto Cię będzie ratować? – pewnie on, ale już lepiej by było jakby go poprosiła o pomoc z wyciąganiem prania, a nie cudowała samodzielnie.
Matilda Hennigan
stelka
To nie tak, że Matilda nie lubiła ludzi. Ba - była jedna z ich największych entuzjastek, prawdziwą empatką, która naprawdę chciała słuchać o trudnościach, z którymi mierzą się inni. Nie lubiła jedynie zmiany planów - sytuacji, w której ktoś wciskał nos w nieswoje sprawy i przez to przerywał jej coś naprawdę ważnego, nawet jeśli było to związane z milczeniem i kontemplowaniem samej siebie. Miała bowiem takie rzeczy, które robiła tylko samodzielnie i pranie było jedną z nich. Była młoda i naiwna, wychowywała się w rodzinie, w której o seksie opowiadali jej starsi bracia, wszystko więc było dla niej prawdziwym tematem tabu. Nie czuła się dobrze zmyślą, że toś ogląda jej bieliznę, nawet jeśli nie była fikuśna, koronkowa czy w jakikolwiek sposób kusząca.
Gdyby stała przed nią teraz dziewczyna - byłaby w stanie to jeszcze znieść. Ona jednak zbyt często widziała, jaką dzicz potrafią reprezentować sobą młodzi przystojni mężczyźni, by bez problemu zaakceptować fakt, że jeden z nich właśnie gmerał w jej praniu. Vernon był młody. I był przystojny. Mogło to budzić jej niezgodę, ale nie czyniło z niej hipokrytki, która ujmuje jego urodzie tylko po to, by coś sobie udowodnić. - Powinieneś uzbroić się w cierpliwość, serio wyciąganie czyichś ubrań nie jest chyba najlepszym sposobem na robienie swojego prania - to, co mówiła nie miało sensu, ale jej właściwie chodziło o to, by się mu sprzeciwić. Musiała przecież jeszcze wrzucić te ubrania do suszarki i należało upewnić się, że i tam (dla własnej uciechy) nie zajrzy, sprawdzając, jaka w dotyku jest jej bielizna. Czy Vernon tego chciał, czy nie, w głowie Matildy został zestawiony na równi z tymi zboczeńcami z tokijskiego metra, którzy robią dziewczyną zdjęcia bielizny, gdy te mają spódnice. - Skąd pewność, że nie miałam tam bluzki za 5 stów, którą zniszczyłeś? - czasami łapała się na tym, że przypomina swoją matkę. To ona przypominała jej, że nie powinna ruszać cudzych rzeczy tylko dlatego, że przypadkiem może je zniszczyć.
Wolała więc wyciągnąć swoje ubrania sama, nawet jeśli dotykała ziemi jedynie czubkiem buta. Wkładanie ich do bębna zawsze było o wiele łatwiejsze, a jej wstyd było teraz sięgać po stołek, by ułatwić sobie zadanie. - Nie wiem czy o tym pomyślałeś, ale do tej pory jakoś robiłam pranie i zawsze dawałam sobie radę sama - brzmiałoby to pewnie efektowniej, gdyby jej słowa nie zostały zniekształcone przez bęben pralki, ale jej większym problemem było właśnie to, że mimo bycia zgiętą w pół i usilnego wyciągania ręki nie była w stanie dosięgnąć pojedynczej skarpetki w sery. Musiała ją sięgnąć, bo inaczej ta, na której były myszy, nie miałaby kompletu i noszenie jej nie miałoby sensu.
vernon lyons
Gdyby stała przed nią teraz dziewczyna - byłaby w stanie to jeszcze znieść. Ona jednak zbyt często widziała, jaką dzicz potrafią reprezentować sobą młodzi przystojni mężczyźni, by bez problemu zaakceptować fakt, że jeden z nich właśnie gmerał w jej praniu. Vernon był młody. I był przystojny. Mogło to budzić jej niezgodę, ale nie czyniło z niej hipokrytki, która ujmuje jego urodzie tylko po to, by coś sobie udowodnić. - Powinieneś uzbroić się w cierpliwość, serio wyciąganie czyichś ubrań nie jest chyba najlepszym sposobem na robienie swojego prania - to, co mówiła nie miało sensu, ale jej właściwie chodziło o to, by się mu sprzeciwić. Musiała przecież jeszcze wrzucić te ubrania do suszarki i należało upewnić się, że i tam (dla własnej uciechy) nie zajrzy, sprawdzając, jaka w dotyku jest jej bielizna. Czy Vernon tego chciał, czy nie, w głowie Matildy został zestawiony na równi z tymi zboczeńcami z tokijskiego metra, którzy robią dziewczyną zdjęcia bielizny, gdy te mają spódnice. - Skąd pewność, że nie miałam tam bluzki za 5 stów, którą zniszczyłeś? - czasami łapała się na tym, że przypomina swoją matkę. To ona przypominała jej, że nie powinna ruszać cudzych rzeczy tylko dlatego, że przypadkiem może je zniszczyć.
Wolała więc wyciągnąć swoje ubrania sama, nawet jeśli dotykała ziemi jedynie czubkiem buta. Wkładanie ich do bębna zawsze było o wiele łatwiejsze, a jej wstyd było teraz sięgać po stołek, by ułatwić sobie zadanie. - Nie wiem czy o tym pomyślałeś, ale do tej pory jakoś robiłam pranie i zawsze dawałam sobie radę sama - brzmiałoby to pewnie efektowniej, gdyby jej słowa nie zostały zniekształcone przez bęben pralki, ale jej większym problemem było właśnie to, że mimo bycia zgiętą w pół i usilnego wyciągania ręki nie była w stanie dosięgnąć pojedynczej skarpetki w sery. Musiała ją sięgnąć, bo inaczej ta, na której były myszy, nie miałaby kompletu i noszenie jej nie miałoby sensu.
vernon lyons
iza
Lyons wiedział, że na ten piękny, trochę głupkowaty, trochę chłopięcy uśmiech, dziewczyny lecą jak szalone. Tylko dzisiaj jakoś nie miał ochoty szczerzyć zębów, zwłaszcza że, jak dla niego, nie zrobił nic złego, a dziewczyna, która pojawiła się, by odebrać swoje rzeczy, złościła się właściwie bez powodu. Byli w przestrzeni wspólnej i póki nie miała tam majtek z dziurami, to nie powinna się niczego wstydzić. On ostatnio kilka dziurawych bokserek wyrzucił właśnie dlatego, że gdyby jakaś seksowna dziewczyna wyciągnęła jego pranie i zobaczyła, w czym chodzi, to nigdy nie poszłaby z nim do łóżka. A Vernon znów był przecież otwarty na nowe znajomości.
Co prawda nie z dziewczyną, która właśnie robiła mu jakiś chory wykład o tym, jak i kiedy powinien zjawiać się w pralni, aby uprać ciuchy. Spojrzał na nią dziwnie, potem powoli rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym byli tylko oni i te cholerne pralki, a potem spojrzał znów na niższą, unosząc lekko brew. – Do mnie to mówisz? – był nadal skacowany, bolała go głowa i wyszedł z pokoju tylko po to, by te śmierdzące ubrania uprać, a zamiast tego trafił na marudę, która będzie go pouczać, jak ma po tym świecie chodzić. – To dosłownie jedyna pralka, która skończyła cykl i uwierz mi, nie mam problemu z wyciąganiem cudzych ciuchów, o ile moje będą zaraz uprane, a ja wrócę do pokoju zanim się na kogoś zrzygam.
Nawet nie przesadzał. Jakoś nie miał zazwyczaj problemów z wymiotowaniem na kacu, ale wczoraj chyba przesadził. Nie pamiętał, czy mieszał, czy za mało spał, czy może jeszcze wziął się za zioło. Ostatnio było mu wszystko jedno, byleby tylko nie skupiać się za długo na tym, że dziewczyna, która nie była jego dziewczyną, ale która chciał, żeby została jego dziewczyną, okazała się kłamliwą pindą. Westchnął cicho, zaciskając palce przy nasadzie swojego nosa i marszcząc przy tym brwi.
- No wpadniesz do tego bębna i większego wstydu narobisz, odsuń się – odstawił swoje pranie na bok, choć nie był pewien, czy ta wariatka zaraz nie wykopie jego ciuchów i nie będzie musiał ich zbierać po całej podłodze. Podszedł do niej i korzystając z tego, że mimo swojej ociężałości wciąż miał więcej siły niż ona, złapał ją w pasie i szarpnął, aby ta wyprostowała się i nie uderzyła jeszcze głową o drzwiczki. Zastanawiał się czemu pralki są ładowane od góry, ale to nie jego wymysł. Gdy niskorosła dziewczyna została odsunięta od bębna, chłopak sięgnął ręką do środka i podał jej brakującą skarpetę, trzymając ją nawet w dwóch palcach za sam koniuszek, tuż przy miejscu na palce. – Za to możesz mi podać mój kosz. Chyba że Cię to brzydzi i skarpetę też zaraz spalisz bo Ci ją chłopak dotknął – oczami przewrócił, ale zaraz tego pożałował i tylko jęknął przeciągle z bólu głowy, opierając się biodrem o zasłanianą przez siebie pralkę.
Matilda Hennigan
Co prawda nie z dziewczyną, która właśnie robiła mu jakiś chory wykład o tym, jak i kiedy powinien zjawiać się w pralni, aby uprać ciuchy. Spojrzał na nią dziwnie, potem powoli rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym byli tylko oni i te cholerne pralki, a potem spojrzał znów na niższą, unosząc lekko brew. – Do mnie to mówisz? – był nadal skacowany, bolała go głowa i wyszedł z pokoju tylko po to, by te śmierdzące ubrania uprać, a zamiast tego trafił na marudę, która będzie go pouczać, jak ma po tym świecie chodzić. – To dosłownie jedyna pralka, która skończyła cykl i uwierz mi, nie mam problemu z wyciąganiem cudzych ciuchów, o ile moje będą zaraz uprane, a ja wrócę do pokoju zanim się na kogoś zrzygam.
Nawet nie przesadzał. Jakoś nie miał zazwyczaj problemów z wymiotowaniem na kacu, ale wczoraj chyba przesadził. Nie pamiętał, czy mieszał, czy za mało spał, czy może jeszcze wziął się za zioło. Ostatnio było mu wszystko jedno, byleby tylko nie skupiać się za długo na tym, że dziewczyna, która nie była jego dziewczyną, ale która chciał, żeby została jego dziewczyną, okazała się kłamliwą pindą. Westchnął cicho, zaciskając palce przy nasadzie swojego nosa i marszcząc przy tym brwi.
- No wpadniesz do tego bębna i większego wstydu narobisz, odsuń się – odstawił swoje pranie na bok, choć nie był pewien, czy ta wariatka zaraz nie wykopie jego ciuchów i nie będzie musiał ich zbierać po całej podłodze. Podszedł do niej i korzystając z tego, że mimo swojej ociężałości wciąż miał więcej siły niż ona, złapał ją w pasie i szarpnął, aby ta wyprostowała się i nie uderzyła jeszcze głową o drzwiczki. Zastanawiał się czemu pralki są ładowane od góry, ale to nie jego wymysł. Gdy niskorosła dziewczyna została odsunięta od bębna, chłopak sięgnął ręką do środka i podał jej brakującą skarpetę, trzymając ją nawet w dwóch palcach za sam koniuszek, tuż przy miejscu na palce. – Za to możesz mi podać mój kosz. Chyba że Cię to brzydzi i skarpetę też zaraz spalisz bo Ci ją chłopak dotknął – oczami przewrócił, ale zaraz tego pożałował i tylko jęknął przeciągle z bólu głowy, opierając się biodrem o zasłanianą przez siebie pralkę.
Matilda Hennigan
stelka
Ludzie, którym zawieranie relacji z innymi przychodziło łatwo, mieli życie usłane różami. A przynajmniej tak sądziła panienka Hennigan, przekonana jednocześnie o tym, że ona nie ma tej naturalnej iskry, która przyciągałaby do niej ludzi. Była marudna, trochę gburowata, lubiła samotność i gdy rzeczy działy się zgodnie z jej planami. Ludzie byli nieprzewidywalni. Wiązali się z brakiem porządku. A to z kolei sprawiało, że ona robiła się niemiła. Bo jasne, mogła zażartować, powiedzieć chłopakowi, że nie sądziła, iż jest miłośnikiem mokrej, damskiej bielizny, że te majtki, które trzymał w rękach były jej ulubionymi, ale... ale nie umiała. Chciała po prostu zabrać swoje pranie, wrzucić je do suszarki i zniknąć z jego oczu, bo oczami wyobraźni widziała, jak ten po prostu z niej kpi. Wyprzedała więc fakty. Stawiała się w roli kogoś, z kogo nie warto kpić, bo się odgryzie albo taka kpina ani trochę jej nie wzruszy. - Jak jesteś chory to powinieneś siedzieć w pokoju, a nie rozsiewać swoje zarazki po całym kampusie - asekuracyjnie odchyliła się nawet, jakby w ten sposób jego wirusy magicznie ją ominęły. Nawet przez sekundę nie brała pod uwagę, że Lyons może mieć po prostu kaca. - Próbuję ci tylko wyjaśnić, że to nie było okej. Pralka skończyła dosłownie ze trzy minuty temu, a ty byłeś tak niecierpliwy, że jak jakiś zboczeniec grzebałeś w moich majtkach. I biustonoszach. Na pewno są stany, w których to napaść seksualna - nie było ich. Sprawdzała to kiedyś, przygotowując się na sytuację, w której ktoś ukradnie jej pranie. Podejrzewała, że to kiedyś nastąpi, nie sądziła jednak, że złapie złodzieja za rękę, a złodziej postanowi ją tak upokorzyć, przestawiając ją z miejsca na miejsce jak laleczkę.
Po raz kolejny sapnęła, ledwie powstrzymując się od tupnięcia nogą. Była dorosła. A dorośli ludzie nie załatwiali problemów w ten sposób. Podobnie jak dorośli ludzie nie przepychali się przy pralce. To jej jednak nie przeszkodziło w tym, by zabrać skarpetkę z jego dłoni i wrzucić ją do bębna pralki. Z całej siły zaparła się, napierając na ramię chłopaka, by jej ustąpił. Nie miało znaczenia, czy pod wpływem szoku Vernon przesunął się jedynie o milimetr, czy może faktycznie ustąpił jej, by nie robić sobie kłopotów. Liczyło się tylko to, że Matilda znalazła przestrzeń, by pod jego ramieniem dostać się do pralki i nachylić do jej bębna, sięgając skarpetkę. Oczywiście przechyliła się zbyt mocno, a jej nogi oderwały się od ziemi, ale przyciąganie ziemskie było większe, niż przyciąganie pralkowe. Matilda już po chwili, dumna z samej siebie, stała na dwóch nogach ze skarpetką, którą chwilę wcześniej Vernon wyciągnął już z bębna pralki. - Jesteś żywym dowodem na to, że na większe ciała działa większa siła. Twoja była tak wielka, że musiała zmiażdżyć ci mózg - bąknęła, wciskając chłopakowi jego pranie w ręce. Gdy już to zrobiła chwyciła swój kosz i podeszła do suszarki, wrzucając tam wszystko ze złością. Wyobrażała sobie, że na miejscu prania znajduje się Lyons, a ona tak bezkarnie raz za razem wrzuca go do bębna suszarki. Gdy zatrzasnęła już drzwiczki i włączyła odpowiedni program odwróciła się do niego ze złością wciąż wymalowaną na twarzy. - Powinieneś się napić wody z pikli. Podobno pomaga - bąknęła. Nie była głupia. Gdy chłopak przewrócił oczami i się przez to skrzywił zaczynała podejrzewać, o co chodzi, a gdy dostatecznie się do niego zbliżyła - poczuła nawet, czym spowodowane są jego mdłości. - Albo woda z cytryną i wolą - dodała jeszcze, sięgając po swój tablet. Zamiast jednak zająć swoje zwyczajowe miejsce pod pralnią usiadła na podłodze w pomieszczeniu, opierając urządzenie na kolanach. Nie ufała Vernonowi. Chciała uniknąć sytuacji, w której ona znów spóźni się minutę, a jej majtki zawisną na maszcie uczelnianym.
vernon lyons
Po raz kolejny sapnęła, ledwie powstrzymując się od tupnięcia nogą. Była dorosła. A dorośli ludzie nie załatwiali problemów w ten sposób. Podobnie jak dorośli ludzie nie przepychali się przy pralce. To jej jednak nie przeszkodziło w tym, by zabrać skarpetkę z jego dłoni i wrzucić ją do bębna pralki. Z całej siły zaparła się, napierając na ramię chłopaka, by jej ustąpił. Nie miało znaczenia, czy pod wpływem szoku Vernon przesunął się jedynie o milimetr, czy może faktycznie ustąpił jej, by nie robić sobie kłopotów. Liczyło się tylko to, że Matilda znalazła przestrzeń, by pod jego ramieniem dostać się do pralki i nachylić do jej bębna, sięgając skarpetkę. Oczywiście przechyliła się zbyt mocno, a jej nogi oderwały się od ziemi, ale przyciąganie ziemskie było większe, niż przyciąganie pralkowe. Matilda już po chwili, dumna z samej siebie, stała na dwóch nogach ze skarpetką, którą chwilę wcześniej Vernon wyciągnął już z bębna pralki. - Jesteś żywym dowodem na to, że na większe ciała działa większa siła. Twoja była tak wielka, że musiała zmiażdżyć ci mózg - bąknęła, wciskając chłopakowi jego pranie w ręce. Gdy już to zrobiła chwyciła swój kosz i podeszła do suszarki, wrzucając tam wszystko ze złością. Wyobrażała sobie, że na miejscu prania znajduje się Lyons, a ona tak bezkarnie raz za razem wrzuca go do bębna suszarki. Gdy zatrzasnęła już drzwiczki i włączyła odpowiedni program odwróciła się do niego ze złością wciąż wymalowaną na twarzy. - Powinieneś się napić wody z pikli. Podobno pomaga - bąknęła. Nie była głupia. Gdy chłopak przewrócił oczami i się przez to skrzywił zaczynała podejrzewać, o co chodzi, a gdy dostatecznie się do niego zbliżyła - poczuła nawet, czym spowodowane są jego mdłości. - Albo woda z cytryną i wolą - dodała jeszcze, sięgając po swój tablet. Zamiast jednak zająć swoje zwyczajowe miejsce pod pralnią usiadła na podłodze w pomieszczeniu, opierając urządzenie na kolanach. Nie ufała Vernonowi. Chciała uniknąć sytuacji, w której ona znów spóźni się minutę, a jej majtki zawisną na maszcie uczelnianym.
vernon lyons
iza
Vernon wiedział, że ludzie są różni. Na swojej drodze spotkał już wiele osób, które różniło się od siebie wyglądem, charakterem i zachowaniem, ale za każdym razem poznawanie kogoś nowego było dla niego czymś miłym. W tym przypadku jednak miał wrażenie, że cała przyjemność rzeczywiście jest jedynie po jego stronie, bo dziewczyna, którą chciał, przynajmniej według siebie, obsłużyć i pomóc z wyładowaniem prania z pralki, aby ta się zbytnio nie gimnastykowała, okazała się mieć zupełnie inne plany. I była przy tym wredna, a Lyons chciał tylko i wyłącznie zrobić pranie i wrócić do swojej nory, z której miał zamiar wyjść dopiero po tym, aż zadzwoni mu budzik sygnalizujący, że pranie może być gotowe.
Ciężko żyło się z ludźmi, zwłaszcza jedynakowi, jak Vernon. Musiał dawać sobie radę we wspólnej kuchni, wspólnych łazienkach, wspólnych pralniach… ogólnie w częściach wspólnych. I nie, nie był jedynakiem, któremu wszystko podstawiano pod nos i mógł żyć niczym pączek w maśle. Jednak i tak nie był przyzwyczajony do tego, by komuś ustępować, a raczej zazwyczaj gdy czegoś chciał, to dostawał to praktycznie od razu. Nic więc dziwnego, że reakcje Matildy wywoływały u niego coś na kształt wielkiego zaskoczenia, które odbijało się na jego twarzy w zmarszczeniu brwi i całego czoła.
Jeszcze chwila i zostałyby mu zmarszczki, których potem nie mógłby się pozbyć i byłby brzydki. Wszystko jej wina. A nie mógł sobie przecież pozwolić na bycie brzydkim, zwłaszcza że wchodził znów na rynek matrymonialny bez wchodzenia w długie, poważne związki. – Nie ma na to paragrafu, grzebałem już w wielu majtkach i stanikach, nie masz się czym wielce chwalić, ani tym bardziej załamywać. Nic specjalnego nie zauważyłem – wzruszył ramionami, jakby jego komentarz wcale jej nie uraził. W sumie to nie wiedział, czy uraził, czy nie, ale miał to w dupie, skoro ona była dla niego wredna i kręciła mu niepotrzebną aferę ze względu na majtki, to on mógł się odszczekiwać.
Przewrócił kolejny raz oczami, kiedy Zosia Samosia stwierdziła, że oczywiście da sobie sama radę i prawie wyrżnęła głową do wnętrza bębna tak, jak zapowiedział wyższy. No ale skoro sama tego chciała, on nie będzie chodzić z pręgą na czole, tylko ona. Kiedy już wszystkie jej rzeczy znalazły się poza pralką, chłopak sapnął z ulgą i odstawił swój kosz, aby powoli, wręcz w tempie porównywalnym do leniwców ze Zwierzogrodu, zacząć przeglądać swoje ciuchy i wrzucać je pojedynczo do pralki. Wcześniej mu się spieszyło, teraz już niekoniecznie. – Przemawiasz ludzkim głosem, bo Ci mnie szkoda, czy jednak masz jakieś serce niekoniecznie z kamienia i szkoda Ci ciuchów, jeśli przypadkiem to na nie się zrzygam? – znów nie mógł się powstrzymać przed kolejnym dogryzieniem dziewczynie, która siadła w pralni i chyba miała ochotę go pilnować, jakby jeszcze miał zrobić coś złego.
Matilda Hennigan
Ciężko żyło się z ludźmi, zwłaszcza jedynakowi, jak Vernon. Musiał dawać sobie radę we wspólnej kuchni, wspólnych łazienkach, wspólnych pralniach… ogólnie w częściach wspólnych. I nie, nie był jedynakiem, któremu wszystko podstawiano pod nos i mógł żyć niczym pączek w maśle. Jednak i tak nie był przyzwyczajony do tego, by komuś ustępować, a raczej zazwyczaj gdy czegoś chciał, to dostawał to praktycznie od razu. Nic więc dziwnego, że reakcje Matildy wywoływały u niego coś na kształt wielkiego zaskoczenia, które odbijało się na jego twarzy w zmarszczeniu brwi i całego czoła.
Jeszcze chwila i zostałyby mu zmarszczki, których potem nie mógłby się pozbyć i byłby brzydki. Wszystko jej wina. A nie mógł sobie przecież pozwolić na bycie brzydkim, zwłaszcza że wchodził znów na rynek matrymonialny bez wchodzenia w długie, poważne związki. – Nie ma na to paragrafu, grzebałem już w wielu majtkach i stanikach, nie masz się czym wielce chwalić, ani tym bardziej załamywać. Nic specjalnego nie zauważyłem – wzruszył ramionami, jakby jego komentarz wcale jej nie uraził. W sumie to nie wiedział, czy uraził, czy nie, ale miał to w dupie, skoro ona była dla niego wredna i kręciła mu niepotrzebną aferę ze względu na majtki, to on mógł się odszczekiwać.
Przewrócił kolejny raz oczami, kiedy Zosia Samosia stwierdziła, że oczywiście da sobie sama radę i prawie wyrżnęła głową do wnętrza bębna tak, jak zapowiedział wyższy. No ale skoro sama tego chciała, on nie będzie chodzić z pręgą na czole, tylko ona. Kiedy już wszystkie jej rzeczy znalazły się poza pralką, chłopak sapnął z ulgą i odstawił swój kosz, aby powoli, wręcz w tempie porównywalnym do leniwców ze Zwierzogrodu, zacząć przeglądać swoje ciuchy i wrzucać je pojedynczo do pralki. Wcześniej mu się spieszyło, teraz już niekoniecznie. – Przemawiasz ludzkim głosem, bo Ci mnie szkoda, czy jednak masz jakieś serce niekoniecznie z kamienia i szkoda Ci ciuchów, jeśli przypadkiem to na nie się zrzygam? – znów nie mógł się powstrzymać przed kolejnym dogryzieniem dziewczynie, która siadła w pralni i chyba miała ochotę go pilnować, jakby jeszcze miał zrobić coś złego.
Matilda Hennigan
stelka
Bardzo trudno było pogodzić się z sytuacjami, w których Matilda nie umiała wyjaśnić, dlaczego coś robi. Oczywiście z perspektywy czasu umiała ocenić, że to kwestia bycia upartą, przekonania o tym, że zawsze ma rację czy szeroko pojętej niechęci wobec ludzi, ale w chwili, gdy działała impulsywnie, wszystkie te powody nie znajdowały się w jej głowie. Znajdowała się emocja, ta jedna (najczęściej złość lub rozgoryczenie) za którą szła, gotowa uparcie w niej tkwić. Ktoś kiedyś jej powiedział, że nie zyskuje przy bliższym poznaniu, a okazuje się być złośnicą. Może coś w tym musiało być? Jako środkowe dziecko nauczyła się walczyć o swoje i już dawno odkryła, że o wiele więcej osiąga się emocjami, niż racjonalnymi argumentami.
A jednak, dzisiaj nie miała powodu by emocjonalnie podchodzić do spotkania ze skacowanym chłopakiem. Na swój pokrętny sposób chciał chyba być dla niej miły, a ona wychodziła na straszną zołzę. Szanse, że jeszcze kiedyś go spotka były naprawdę marne, więc czy był sens narażać się na śmieszność w imię zawierania kruchego porozumienia? Nie umiała ocenić. Nie bez ulegania emocjom. I chyba nigdy nie potrzebowała wsparcia Noe tak, jak w tej chwili. - Słyszałeś kiedyś o koncepcie przyzwolenia? Jeśli nie to serio radzę się zapoznać, zanim zniszczysz jakiemuś biednemu człowiekowi życie - bo nie chodziło o niego. Jego Tilda spisała na straty już w pierwszych sekundach tej rozmowy. Ale trudno było nie spisywać na straty kogoś, kogo przyłapujesz na kradzieży własnego prania ze swoimi majtkami w ręku. Łatwiej znosiło się cudze słowa, gdy w swojej głowie sprowadzało się go do poziomu debila i nieznaczącego elementu krajobrazu.
Bo owszem, zabolało ją, ale nie miała zamiaru tego pokazywać. W końcu jaką opinię o jej majtkach mógł mieć średnio rozgarnięty student, pewnie jakiegoś zarządzania, wepchnięty tam przez rodziców by jakoś wytłumaczyć w przyszłości fatalne decyzje, które podejmie, prowadząc rodzinną firmę. - Zrzygasz się na swoje, nie na moje - przypomniała mu. Jej bezpiecznie suszyło się w suszarce. Tej, którą miała po swojej prawej stronie, na tyle daleko, by dźwięki działającej maszyny jej nie denerwowały. - I przemawiam ludzkim głosem tylko dlatego, że może dzięki tej radzie nie będziesz dupkiem dla kolejnej spotkanej osoby - bo przecież była Matką Teresą, miłosierną Samarytanką. I wcale nie liczyła na to, że dobre rady speszą go po tym, jak on okazał się wredny bez żadnego konkretnego powodu. Bo to, że on zaczął ich sprzeczkę było oczywiste. - Albo jestem interesowna i liczę, że jak piętnasty raz będziesz na pierwszym roku i spotkasz któregoś z moich młodszych braci to wspomnisz moje słowa i będziesz dla nich milszy niż dla mnie.
vernon lyons
A jednak, dzisiaj nie miała powodu by emocjonalnie podchodzić do spotkania ze skacowanym chłopakiem. Na swój pokrętny sposób chciał chyba być dla niej miły, a ona wychodziła na straszną zołzę. Szanse, że jeszcze kiedyś go spotka były naprawdę marne, więc czy był sens narażać się na śmieszność w imię zawierania kruchego porozumienia? Nie umiała ocenić. Nie bez ulegania emocjom. I chyba nigdy nie potrzebowała wsparcia Noe tak, jak w tej chwili. - Słyszałeś kiedyś o koncepcie przyzwolenia? Jeśli nie to serio radzę się zapoznać, zanim zniszczysz jakiemuś biednemu człowiekowi życie - bo nie chodziło o niego. Jego Tilda spisała na straty już w pierwszych sekundach tej rozmowy. Ale trudno było nie spisywać na straty kogoś, kogo przyłapujesz na kradzieży własnego prania ze swoimi majtkami w ręku. Łatwiej znosiło się cudze słowa, gdy w swojej głowie sprowadzało się go do poziomu debila i nieznaczącego elementu krajobrazu.
Bo owszem, zabolało ją, ale nie miała zamiaru tego pokazywać. W końcu jaką opinię o jej majtkach mógł mieć średnio rozgarnięty student, pewnie jakiegoś zarządzania, wepchnięty tam przez rodziców by jakoś wytłumaczyć w przyszłości fatalne decyzje, które podejmie, prowadząc rodzinną firmę. - Zrzygasz się na swoje, nie na moje - przypomniała mu. Jej bezpiecznie suszyło się w suszarce. Tej, którą miała po swojej prawej stronie, na tyle daleko, by dźwięki działającej maszyny jej nie denerwowały. - I przemawiam ludzkim głosem tylko dlatego, że może dzięki tej radzie nie będziesz dupkiem dla kolejnej spotkanej osoby - bo przecież była Matką Teresą, miłosierną Samarytanką. I wcale nie liczyła na to, że dobre rady speszą go po tym, jak on okazał się wredny bez żadnego konkretnego powodu. Bo to, że on zaczął ich sprzeczkę było oczywiste. - Albo jestem interesowna i liczę, że jak piętnasty raz będziesz na pierwszym roku i spotkasz któregoś z moich młodszych braci to wspomnisz moje słowa i będziesz dla nich milszy niż dla mnie.
vernon lyons
iza
Lyons nie kojarzył tej dziewczyny, ale już zdążył mentalnie zapisać sobie notkę, aby nigdy więcej nie wchodzić jej w drogę. Była marudną, zołzowatą dziewczyną, która czepiała się wszystkiego, byleby się chyba jedynie przyczepić. Jasne, mógł sobie poczekać na to, aż ktoś (w tym przypadku ona) łaskawie zjawi się i wyciągnie pranie, o które przecież toczyła się ta cała afera, ale nie miał zamiaru czekać w nieskończoność. Jeśli drugiej osobie się nie spieszyło, to według siebie samego miał prawo, aby zainterweniować i wziąć to, co mu się należy, czyli pralkę, do której chciał wrzucić swoje ubrania. Raz pragnął żyć jak człowiek i dostało mu się po nosie.
A szczerze nie miał siły na te przepychanki, ale tamta cały czas coś jeszcze mamrotała, a on miał dość tego, że nie może dojść do głosu i postawić na swoim. Burzyła się o coś, co można było normalnie wytłumaczyć i załagodzić cały konflikt, gdyby tylko nie rzuciła się na niego z gębą. A potem jeszcze próbowała udowodnić, że nie potrzebuje pomocy faceta. I jasne, Vernon nie był ideałem, ale choć starał się być miły i gdy widział, że ktoś może potrzebować pomocy, to próbował pomóc. A tutaj dostał tylko praktycznie w twarz tym dziwnym pokazem kobiecej siły i samodzielności, który go tylko gorzej zdenerwował.
- Nie znasz mnie, ale masz jakoś wiele do powiedzenia na temat mojej osoby, tylko dlatego, że postanowiłem sobie zrobić pranie i wygrzałem Ci majtki, o które się oburzasz tak, jakby były co najmniej ze złota zrobione albo diamentami wyszywane. Schowaj je sobie następnym razem gdzieś głęboko w poszewkę, aby nikt nie mógł ich zobaczyć i Twojej cnotliwości urazić, bo serio zachowujesz się tak, jakbym zaraz miał zawołać całe piętro i urządzić sobie wytykanie palcami – już nawet nie silił się na bycie miłym. Ona była wredną zołzą, która sądziła, że zna go lepiej, niż on sam, więc średnio zasłużyła na miłe traktowanie.
Był bliski wyrzyganiu jej jeszcze kolejnych słów, ale zamiast tego jedynie zacisnął usta i policzył w głowie od dziesięciu w dół. Gówno to dało, ale przynajmniej spróbował. Spojrzał na nią tylko z ukosa, a potem jak wredny dziad, którym przecież w jej oczach był, odsunął się od załadowanej pralki, którą zdążył już uruchomić, w kierunku zajętej przez nią suszarki, którą miał zamiar zająć po niej. Bo skoro była wredna, to i on mógł wrednym być. – Nie planuję zimować, raczej skończę te studia zanim ktokolwiek z Twojego rodzeństwa się tu zjawi, a patrząc na to, jak dziecinna jesteś, to i Ty powinnaś być w jakiejś szkole średniej, a nie tutaj.
Niestety nie miała możliwości ujrzeć miłego Vernona, a skoro sama stwierdziła, że chce wkroczyć na wojenną ścieżkę, kim on był by jej tego nie zagwarantować. Wszystko w imię majtek.
Matilda Hennigan
A szczerze nie miał siły na te przepychanki, ale tamta cały czas coś jeszcze mamrotała, a on miał dość tego, że nie może dojść do głosu i postawić na swoim. Burzyła się o coś, co można było normalnie wytłumaczyć i załagodzić cały konflikt, gdyby tylko nie rzuciła się na niego z gębą. A potem jeszcze próbowała udowodnić, że nie potrzebuje pomocy faceta. I jasne, Vernon nie był ideałem, ale choć starał się być miły i gdy widział, że ktoś może potrzebować pomocy, to próbował pomóc. A tutaj dostał tylko praktycznie w twarz tym dziwnym pokazem kobiecej siły i samodzielności, który go tylko gorzej zdenerwował.
- Nie znasz mnie, ale masz jakoś wiele do powiedzenia na temat mojej osoby, tylko dlatego, że postanowiłem sobie zrobić pranie i wygrzałem Ci majtki, o które się oburzasz tak, jakby były co najmniej ze złota zrobione albo diamentami wyszywane. Schowaj je sobie następnym razem gdzieś głęboko w poszewkę, aby nikt nie mógł ich zobaczyć i Twojej cnotliwości urazić, bo serio zachowujesz się tak, jakbym zaraz miał zawołać całe piętro i urządzić sobie wytykanie palcami – już nawet nie silił się na bycie miłym. Ona była wredną zołzą, która sądziła, że zna go lepiej, niż on sam, więc średnio zasłużyła na miłe traktowanie.
Był bliski wyrzyganiu jej jeszcze kolejnych słów, ale zamiast tego jedynie zacisnął usta i policzył w głowie od dziesięciu w dół. Gówno to dało, ale przynajmniej spróbował. Spojrzał na nią tylko z ukosa, a potem jak wredny dziad, którym przecież w jej oczach był, odsunął się od załadowanej pralki, którą zdążył już uruchomić, w kierunku zajętej przez nią suszarki, którą miał zamiar zająć po niej. Bo skoro była wredna, to i on mógł wrednym być. – Nie planuję zimować, raczej skończę te studia zanim ktokolwiek z Twojego rodzeństwa się tu zjawi, a patrząc na to, jak dziecinna jesteś, to i Ty powinnaś być w jakiejś szkole średniej, a nie tutaj.
Niestety nie miała możliwości ujrzeć miłego Vernona, a skoro sama stwierdziła, że chce wkroczyć na wojenną ścieżkę, kim on był by jej tego nie zagwarantować. Wszystko w imię majtek.
Matilda Hennigan
stelka
Matilda Hennigan często łapała się na tym, że bywała dla ludzi zbyt ostra. Niejednokrotnie słyszała, że ma uroczą twarz, która traci swój urok w chwili, w której otwiera usta. Miała cięty język, przywykła do precyzyjnego formułowania myśli i czasami zapominała, że dla niektórych wyrażanie swoich przemyśleń i emocji wprost uchodzi za wadę. Z czasem przestała się wiele odzywać, ale nie umiała się ugryźć w język zawsze. Były takie sytuacje, w których rozgoryczenie, złość czy frustracja brały nad nią górę, a ona nie umiała się powstrzymać od ciągnięcia tematu. Bo naturalnie była gadułą, tylko do tej pory nie znalazła właściwego partnera do rozmów. Poza Noelle, z nią mogła rozmawiać godzinami i nie odczuwała zmęczenia czy konieczności szukania tematów na siłę. Wszystkich innych starała się trzymać na dystans.
I dzięki Vernonowi chyba dostrzegała, dlaczego to robi.
Przyglądała się mu w czasie, gdy on wygłaszał swoją tyradę, w przekonaniu, że kompletnie się nie rozumieją. Nie rozumiała, jak jej (żelazna) logika może pozostawać dla niego niejasna. Były takie rzeczy, których się nie robiło - nie dotykało się nieznajomych w komunikacji miejskiej, jeśli nie było ścisku czy nie przytulało się przypadkowych ludzi. Podobne zakazy obejmowały dotykania cudzej bielizny, nawet jeśli była w praniu. Z resztą dotykanie niczyjej, sklepowej bielizny też wydawało się nieodpowiednie. Nie miała chyba jednak przestrzeni, by tłumaczyć to Vernonowi. Wyglądał na dorosłego, a jeśli w takim wieku nie znał podstawowych zasad życia w społeczeństwie, to oznaczało, że ktoś inny nie zrobił swojej roboty. Ato oznaczało, że ona nie ma obowiązku być dla niego miła.
Wstała. Odłożyła wszystko co trzymała w dłoniach pod ścianę na ziemię i podeszła do niego, zadzierając głowę do góry, by zaczepnie spojrzeć mu w oczy. - A nie panie jestem-dla-ciebie-za-fajny? Należysz do tego całego imprezowego środowiska, pewnie nigdy nie musiałeś się martwić o opłacenie czesnego czy liczyć za ile spłacisz studencką pożyczkę. Chciałeś mnie wyśmiać. Marzyłeś o tym, żeby zażartować i zakpić ale miałam czelność się czepić, więc nagle wielki pan macho musi się oburzyć, że ktoś spróbował zwrócić mu uwagę - wbiła nawet palec w jego klatkę piersiową, ani na chwilę nie spuszczając z niego oczu. - Znam takich jak ty - oj doskonale znała. Byli na każdym kroku. Zawsze gotowi do tego, by dla zabawy utrudnić komuś życie pod płaszczykiem bycia miłym. - W przyszłości jak dziewczyna ci mówi, że masz nie ruszać jej rzeczy i sobie poradzi to lepiej się dostosować - a później, jak największa szuja, którą przecież miała prawo być, odwróciła się w stronę suszarki tylko po to, by pokręcić pokrętłami i zmienić ustawienia, zmieniając krótki, 30-minutowy program na taki, który trwa trzy godziny.
Miała tylko nadzieję, że wszystko się jej nie skurczy i nie będzie musiała wykrzesać z siebie miłość do crop-topów dlatego, że chciała być złośliwa.
vernon lyons
I dzięki Vernonowi chyba dostrzegała, dlaczego to robi.
Przyglądała się mu w czasie, gdy on wygłaszał swoją tyradę, w przekonaniu, że kompletnie się nie rozumieją. Nie rozumiała, jak jej (żelazna) logika może pozostawać dla niego niejasna. Były takie rzeczy, których się nie robiło - nie dotykało się nieznajomych w komunikacji miejskiej, jeśli nie było ścisku czy nie przytulało się przypadkowych ludzi. Podobne zakazy obejmowały dotykania cudzej bielizny, nawet jeśli była w praniu. Z resztą dotykanie niczyjej, sklepowej bielizny też wydawało się nieodpowiednie. Nie miała chyba jednak przestrzeni, by tłumaczyć to Vernonowi. Wyglądał na dorosłego, a jeśli w takim wieku nie znał podstawowych zasad życia w społeczeństwie, to oznaczało, że ktoś inny nie zrobił swojej roboty. Ato oznaczało, że ona nie ma obowiązku być dla niego miła.
Wstała. Odłożyła wszystko co trzymała w dłoniach pod ścianę na ziemię i podeszła do niego, zadzierając głowę do góry, by zaczepnie spojrzeć mu w oczy. - A nie panie jestem-dla-ciebie-za-fajny? Należysz do tego całego imprezowego środowiska, pewnie nigdy nie musiałeś się martwić o opłacenie czesnego czy liczyć za ile spłacisz studencką pożyczkę. Chciałeś mnie wyśmiać. Marzyłeś o tym, żeby zażartować i zakpić ale miałam czelność się czepić, więc nagle wielki pan macho musi się oburzyć, że ktoś spróbował zwrócić mu uwagę - wbiła nawet palec w jego klatkę piersiową, ani na chwilę nie spuszczając z niego oczu. - Znam takich jak ty - oj doskonale znała. Byli na każdym kroku. Zawsze gotowi do tego, by dla zabawy utrudnić komuś życie pod płaszczykiem bycia miłym. - W przyszłości jak dziewczyna ci mówi, że masz nie ruszać jej rzeczy i sobie poradzi to lepiej się dostosować - a później, jak największa szuja, którą przecież miała prawo być, odwróciła się w stronę suszarki tylko po to, by pokręcić pokrętłami i zmienić ustawienia, zmieniając krótki, 30-minutowy program na taki, który trwa trzy godziny.
Miała tylko nadzieję, że wszystko się jej nie skurczy i nie będzie musiała wykrzesać z siebie miłość do crop-topów dlatego, że chciała być złośliwa.
vernon lyons
iza
Vernon działał na ludzi różnie. Był raczej przyzwyczajony do różnorodnych reakcji, ale jeszcze nigdy nie został potraktowany w taki sposób tylko dlatego, że chciał być serio miły. Wiadomo, nie powinien był grzebać w praniu, które nie było jego, ale też nikt nigdy nie napisał nigdzie otwarcie, że pranie ma pozostać w pralce do momentu, w którym właściciel po nie przyjdzie. Lyons niby miał wiele wolnego czasu, ale jak raz chciał się szybko uporać ze zrobieniem prania, to nagle pojawił się problem. I ten problem miał jakieś metr sześćdziesiąt i był wyszczekany, a on chciał tylko wyprać swoje smrody i wrócić do pokoju, żeby tam dalej gnić.
Może nawet by trochę w swojej norze posprzątał, ale teraz to miał wrażenie, że cała energia, która w nim została, uciekła przez to, co wyprawiała dziewczyna, którą serio widział pierwszy raz na oczy. Była nowa, albo nie chodziła z nim na studia, ewentualnie nie wybierała się na żadne imprezy, a patrząc na to, w jak bojowym nastroju przychodziła do pralni, to chyba nikt nie chciał jej na żadnej imprezie. Jeszcze gotowa była wszystkich powybijać tylko dlatego, że mieli czelność się uśmiechnąć. Cóż, chłopak był niegroźnym idiotą, ale nawet on czasem tracił cierpliwość, a ostatnie tygodnie nie były dla niego na tyle łaskawe, by przymykać oko na takie zachowania.
Złapał za palec, którym dźgnęła go w klatkę piersiową i przytrzymał przez moment w dłoni, chcąc ją trochę nastraszyć tym, że zaraz jej go złamie. – Nie znasz mnie, więc się nie wypowiadaj, dobra? Lubię imprezować, ale jak chciałem Ci pomóc, to chciałem pomóc z dobroci serca, nie wiem, czy wiesz, co to jest – fuknął, puszczając jej palec, a własne dłonie splatając na klatce piersiowej. – Możesz sobie myśleć o facetach, co chcesz, ale czasem potrafię ocenić, komu mogę się wcisnąć do gaci, a komu nie. I Ty należysz do tej drugiej kategorii.
Dziewczyna była ładna, nie mógł jej tego odmówić. Miała jakieś interesujące, choć niby normalne oczy, które ciskały w niego piorunami i chyba to go najbardziej w nich intrygowało. Może jakby się bardziej uśmiechała, to i te pełne usta byłyby milsze, ale że wiecznie tylko łypała na niego i krzywiła się w jakimś nieznośnym grymasie, to Vernon wiedział, że w tym przypadku musi zadowolić się zmacaniem majtek, które teraz suszyły się w suszarce. Nastawionej nagle na najdłuższy program, przez co Lyons tylko westchnął głośno, kręcąc głową. – Właśnie udowadniasz, że jesteś dziecinna i chcąc zrobić mi na złość, jeszcze sobie wszystkie ciuchy skurczysz. Gratulacje, ale nie szukaj mnie potem po akademiku i nie marudź, żebym Ci dał na nie kasę, bo to był Twój pomysł, a nie mój. Czasem warto sobie odpuścić, wiesz? – sam dowiedział się o tym stosunkowo niedawno, ale mógł dojść do tego wniosku zanim złamał sobie sam serce. Aż skrzywił się lekko na samą myśl, mając nadzieję, że Maruda tego nie widzi.
Matilda Hennigan
Może nawet by trochę w swojej norze posprzątał, ale teraz to miał wrażenie, że cała energia, która w nim została, uciekła przez to, co wyprawiała dziewczyna, którą serio widział pierwszy raz na oczy. Była nowa, albo nie chodziła z nim na studia, ewentualnie nie wybierała się na żadne imprezy, a patrząc na to, w jak bojowym nastroju przychodziła do pralni, to chyba nikt nie chciał jej na żadnej imprezie. Jeszcze gotowa była wszystkich powybijać tylko dlatego, że mieli czelność się uśmiechnąć. Cóż, chłopak był niegroźnym idiotą, ale nawet on czasem tracił cierpliwość, a ostatnie tygodnie nie były dla niego na tyle łaskawe, by przymykać oko na takie zachowania.
Złapał za palec, którym dźgnęła go w klatkę piersiową i przytrzymał przez moment w dłoni, chcąc ją trochę nastraszyć tym, że zaraz jej go złamie. – Nie znasz mnie, więc się nie wypowiadaj, dobra? Lubię imprezować, ale jak chciałem Ci pomóc, to chciałem pomóc z dobroci serca, nie wiem, czy wiesz, co to jest – fuknął, puszczając jej palec, a własne dłonie splatając na klatce piersiowej. – Możesz sobie myśleć o facetach, co chcesz, ale czasem potrafię ocenić, komu mogę się wcisnąć do gaci, a komu nie. I Ty należysz do tej drugiej kategorii.
Dziewczyna była ładna, nie mógł jej tego odmówić. Miała jakieś interesujące, choć niby normalne oczy, które ciskały w niego piorunami i chyba to go najbardziej w nich intrygowało. Może jakby się bardziej uśmiechała, to i te pełne usta byłyby milsze, ale że wiecznie tylko łypała na niego i krzywiła się w jakimś nieznośnym grymasie, to Vernon wiedział, że w tym przypadku musi zadowolić się zmacaniem majtek, które teraz suszyły się w suszarce. Nastawionej nagle na najdłuższy program, przez co Lyons tylko westchnął głośno, kręcąc głową. – Właśnie udowadniasz, że jesteś dziecinna i chcąc zrobić mi na złość, jeszcze sobie wszystkie ciuchy skurczysz. Gratulacje, ale nie szukaj mnie potem po akademiku i nie marudź, żebym Ci dał na nie kasę, bo to był Twój pomysł, a nie mój. Czasem warto sobie odpuścić, wiesz? – sam dowiedział się o tym stosunkowo niedawno, ale mógł dojść do tego wniosku zanim złamał sobie sam serce. Aż skrzywił się lekko na samą myśl, mając nadzieję, że Maruda tego nie widzi.
Matilda Hennigan
stelka
Świat nie był miejscem dobrym i przyjaznym dla dziewczyny, która nie akceptowała głośności zakrywającej puste wnętrze. Matilda była dociekliwa, a społeczeństwo nie lubiło jednostek dociekliwych. Były dobrymi pracownikami, ale złymi przyjaciółmi. Bo przecież nikt nie chciał od przyjaciela racjonalizatorskiego wykładu, a raczej emocjonalne rady, jedna głupsza od drugiej. Hennigan wiedziała, że bywa nieprzyjemna w obyciu. Że jej choleryczna natura, która ujawnia się w bezpośrednich kontaktach, nie tylko sprawia, że ma wyrzuty sumienia, ale popełnia też kolejne głupoty i rani ludzi wokół siebie. Nie była jednak w stanie nad tym zapanować. Ojciec mówił, że po prostu ma temperament - tak jak jej matka - i że musi po prostu znaleźć kogoś, kto będzie umiał sobie z nim poradzić, a nie będzie chciał go na siłę zmieniać. Wątpiła, że było to możliwe, ale nie dlatego, że nisko ceniła siebie, ale przede wszystkim przez to, że trudno było jej uwierzyć, że jej matka kiedykolwiek miała temperament.
Chociaż przy Veronie ona zaczynała wątpić we wszystko.
Miała wrażenie, że sprzeczka z nim wyciągnęła z niej całe siły życiowe. Byli w tym momencie rozmowy, że równie dobrze mógł połamać jej palec, który przez chwilę trzymał, a ona by się nie zdziwiła. - Ty też nie znasz mnie. A grzebiesz w mojej bieliźnie. I o to rozchodzi się cały problem. Że jesteś niecierpliwym baranem który nie poczekał chwili, ruszył moją własność i nie widzi w tym najmniejszego problemu - tupnęła aż nogą. Jak wtedy, gdy jako mała dziewczynka kłóciła się z braćmi, chcąc wywalczyć swoje prawa. Nie miała taryfy ulgowej. Była środkowym dzieckiem i wszystko zawsze musiała sobie wyszarpać. Dlatego własność - nawet tak drobna jak majtki - była dla niej tak istotna. Nie miała świadomości, że jako jedynak Vernon patrzył na to zupełnie inaczej. - I to, co próbujesz teraz zrobić jest żenujące. Nawet nie wiem co mam ci powiedzieć? Że cieszę się, że nie wzbudzam zainteresowania jakiegoś prymitywnego typa? Że prędzej odgryzłabym sobie nogi niż pozwoliła ci między nie zajrzeć - i to nawet jeśli był przystojny. I ta jego idiotyczna twarz na pewno podobała się tuzinowi dziewczyn, które zabijały się o to, by to ich majtek dotykał. Każdej z nich Tilda ustąpiłaby swojego miejsca bez sekundy wahania. Z tymi ładnymi, piersiatymi i uległymi Vernon by się pewnie nie kłócił. - A to, co robię z MOIM praniem to MOJA sprawa - dalej tupała nogą. Dalej była dziecinna i udowadniała mu, że ma rację. Ale w tej chwili nie umiała chyba nad tym zapanować, bo chciała iść do pokoju i zapomnieć o tym przeklętym, skurczonym praniu, ale duma jej nie pozwalała. - I nie potrzebuję twoich pieniędzy. Mam nadzieję, że nigdy więcej się nie spotkamy. I że nigdy więcej nie będę musiała z tobą rozmawiać. I w ogóle przestań się do mnie odzywać - bąknęła. ze złością uderzając w guzik zatrzymujący pracę suszarki. Zaczęła wyciągać ze środka te obrzydliwie mokre rzeczy, wrzucając je do kosza, przekonana, że suszenie ich w pokoju albo prasowanie mokrych będzie mniej obciążające, niż spędzenie kolejnej minuty w towarzystwie Vernona.
vernon lyons
Chociaż przy Veronie ona zaczynała wątpić we wszystko.
Miała wrażenie, że sprzeczka z nim wyciągnęła z niej całe siły życiowe. Byli w tym momencie rozmowy, że równie dobrze mógł połamać jej palec, który przez chwilę trzymał, a ona by się nie zdziwiła. - Ty też nie znasz mnie. A grzebiesz w mojej bieliźnie. I o to rozchodzi się cały problem. Że jesteś niecierpliwym baranem który nie poczekał chwili, ruszył moją własność i nie widzi w tym najmniejszego problemu - tupnęła aż nogą. Jak wtedy, gdy jako mała dziewczynka kłóciła się z braćmi, chcąc wywalczyć swoje prawa. Nie miała taryfy ulgowej. Była środkowym dzieckiem i wszystko zawsze musiała sobie wyszarpać. Dlatego własność - nawet tak drobna jak majtki - była dla niej tak istotna. Nie miała świadomości, że jako jedynak Vernon patrzył na to zupełnie inaczej. - I to, co próbujesz teraz zrobić jest żenujące. Nawet nie wiem co mam ci powiedzieć? Że cieszę się, że nie wzbudzam zainteresowania jakiegoś prymitywnego typa? Że prędzej odgryzłabym sobie nogi niż pozwoliła ci między nie zajrzeć - i to nawet jeśli był przystojny. I ta jego idiotyczna twarz na pewno podobała się tuzinowi dziewczyn, które zabijały się o to, by to ich majtek dotykał. Każdej z nich Tilda ustąpiłaby swojego miejsca bez sekundy wahania. Z tymi ładnymi, piersiatymi i uległymi Vernon by się pewnie nie kłócił. - A to, co robię z MOIM praniem to MOJA sprawa - dalej tupała nogą. Dalej była dziecinna i udowadniała mu, że ma rację. Ale w tej chwili nie umiała chyba nad tym zapanować, bo chciała iść do pokoju i zapomnieć o tym przeklętym, skurczonym praniu, ale duma jej nie pozwalała. - I nie potrzebuję twoich pieniędzy. Mam nadzieję, że nigdy więcej się nie spotkamy. I że nigdy więcej nie będę musiała z tobą rozmawiać. I w ogóle przestań się do mnie odzywać - bąknęła. ze złością uderzając w guzik zatrzymujący pracę suszarki. Zaczęła wyciągać ze środka te obrzydliwie mokre rzeczy, wrzucając je do kosza, przekonana, że suszenie ich w pokoju albo prasowanie mokrych będzie mniej obciążające, niż spędzenie kolejnej minuty w towarzystwie Vernona.
vernon lyons