iza
5
Vernon był chłopakiem, któremu nie trzeba było dwa razy powtarzać, by zrobił coś głupiego. Głupim był fakt, że dał się namówić na wyjście do baru, gdzie wraz z kolegami nie ograniczał się jedynie do picia alkoholu. Był młody, głupi i chyba nie do końca rozumiał, co dzieje się w jego życiu. Miał jedną partnerkę, która może stała nie była, ale zdecydowanie częściej spotykał się z nią, niż z jakąkolwiek inną dziewczyną wcześniej i z jednej strony mu to pasowało, a z drugiej miał wrażenie, że jego życie zaczyna się przez to robić nudne. Bo w dziewczynach chciał przebierać, a nie czekać jedynie na wiadomość od tej jednej, konkretnej, która wodziła go za nos, a jemu zdawało się to podobać. Był typem, któremu jak się coś powiedziało, to zrobił to wręcz natychmiast. Od dziecka raczej przejawiał chęć bycia posłusznym, prowadzonym za rączkę, wręcz by pokazywano mu palcem i mówiono ‘zrób to, ale nie rób tego’. Jakoś łatwiej mu się żyło, gdy sam nie musiał decydować za siebie, a już zwłaszcza w sprawach trudnych. Trudnym było udanie się na wybory, do czego wręcz zmusił go wujek, podekscytowany tym, że w mieście zachodzą jakieś zmiany. Vernona słabo to interesowało, bo on od polityki raczej stronił, ale wuj, przez to, jakie stanowisko w urzędzie miasta zajmował, przeżywał to niczym mrówka okres.
Jeszcze wiadomość od Fiore, która chyba trochę go natchnęła do tego wypadu, a która tylko bardziej uświadomiła go w tym, że stał się zwyczajnie nudnym. Dziewczyny teraz pisały do niego nie po to, aby rozłożyć nogi, czy zaproponować spotkanie, które ma się tym skończyć, a po porady. On nie wyglądał na psychologa, czy wujka dobra rada, ale dla koleżanek przymykał oko. Zwłaszcza że blondynka, o której myślał, nie wydawała się chętna by iść z nim do łóżka. Tak samo jak Francesca, którą poznał kilka miesięcy temu na imprezie, ona też została od razu znajomą, a nie dziewczyną, którą zaciąga się do łóżka.
Starzał się. Robił się nudny. Drażniło go to, że w wieku niespełna dwudziestu trzech lat zaczął zachowywać się jak ustatkowany mężczyzna. Do tego było mu zdecydowanie daleko. Dlatego tak łatwo przyszło mu przystanie na zjaranie skręta po drodze do baru. I równie łatwo przyszło mu zamówienie kilku kolejek, gdzie alkohol wymieszany z ziołem sprawił, że Vernon zaczął się dziwnie czuć. Ni to dobrze, ni to źle. Zwyczajnie dziwnie. Jak na złość, gdy normalny osobnik przyjaciół poznaje w biedzie, on chyba poznał, że jego kompani nie są odpowiednim towarzystwem. Wszyscy się zmyli, zostawiając go przy barze. A on tylko wodził spojrzeniem, dość rozmazanym, po ludziach, aż wreszcie wyłowił wzrokiem mężczyznę, który nie wyglądał tak, jakby miał zamiar go zabić za odezwanie się do niego. Ewentualnie porobiony Lyons wmówił sobie, że przesiadka o te kilka krzesełek bliżej jest dobrym pomysłem.
Przywołał na usta leniwy uśmiech, a raczej miał taki zamiar, bo koniec końców na jego twarzy pojawił się dziwny, bliżej niezidentyfikowany grymas. – Dzień dobry wieczór przepraszam ma Pan może jakieś jedzenie, bo jestem trochę głodny – wymamrotał, mrugając powoli jakby chciał w ten sposób wyostrzyć sobie wzrok. Czy tak powinno to wyglądać? Nie miał pojęcia.
Bastian Knox