Mruczka, but call me Kicia
jeden
outfit
If you hold me, I won't let go
I'm not sure I've said so?
But it's true, I'm in love with you
Feels like I've been hiding
Haven't tried to fight it
It's true, I'm in love with you
If you hold me, I won't let go
I'm not sure I've said so?
But it's true, I'm in love with you
Feels like I've been hiding
Haven't tried to fight it
It's true, I'm in love with you
Rosemarie Albright, ubrana w swój różowy płaszcz, gnała na rowerze. Rowerowe koszyki miała wypchane ekologicznymi siatkami, te z kolei opływały w dobrocie. Przyspieszyła i zaraz też odetchnęła głębiej, wciągając do płuc zimne powietrze. Był pierwszy lutego, a Nowy Orlean pachniał miłością. Miesiąc Walentynek. Rosie uwielbiała je od zawsze, choć nigdy nie miała ich z kim spędzać. Jeszcze w szkole, kiedy pomiędzy klasami krążyła walentynkowa poczta, każdego roku wierzyła, że nadejdzie do niej piękna kartka lub wręcz przeciwnie, pogięty liścik, w którym otrzyma zaproszenie na wyjątkową randkę. Liściki rzeczywiście przychodziły, ale były co najmniej kłopotliwe. Dostawała je zawsze od tych chłopców, dla których była miła, ale którzy nijak jej nie interesowali. Jak chociażby Matt Daniels, kujon z kółka matematycznego. Albo Freddie Hoppkins, przemądrzały mol książkowy. Dziękowała im zawsze, a później wykręcała się z jakichkolwiek spotkań sam na sam, które można by było zaliczyć jako randkę (choć z pewnością taką bez całowania, za to z niezręczną ciszą i fatalnymi żartami), mówiąc im, że ma chłopaka spoza ich szkoły. Później, kiedy nie mogła zasnąć, zastanawiała się, czy wiadomość o jej wyimaginowanym chłopaku docierała do tych chłopaków, którzy naprawdę jej się podobali. Lubiła wierzyć, że tak i to z tego powodu nigdy nie zapraszali jej na randki.
W dorosłym życiu nie było dużo lepiej. Rosie co prawda zaliczyła kilka związków, w niektórych z nich załapała się nawet na wspólne świętowanie Walentynek, a jednak zawsze coś szło nie tak. Złamana noga Logana, wielka kłótnia z Charlsem, który jak się okazało, uważał Walentynki za święto konsumpcjonizmu, czy zatrucie się krewetkami z Danem, które skończyło się dla ich obojga nie tylko pobytem w szpitalu, ale również zerwaniem.
W tym roku miało być inaczej. Rosie gnała na rowerze i czuła, czuła całą sobą, że czeka na nią coś wielkiego. Tym wielkim czymś miał być Dylan Hays, jej najlepszy przyjaciel, który w końcu zdawał się otrząsnąć. Związek z Iriną odbił mu się czkawką. W końcu. Bo z każdym dniem jego serce zdawało się coraz mniej złamane, a on sam powoli zyskiwał gotowość do wejścia w nową, tym razem . z d r o w ą . relację. I tą relacją miała być ona. To był najlepszy czas. I chociaż Marie z początku miała niewielkie wyrzuty sumienia, bo głupio jej było, że kiedy jej najlepszy przyjaciel cierpiał, ona się cieszyła, to przy pomocy Boga zrozumiała, że właśnie tak musiało być. Dylan musiał poznać zło, aby przekonać się, czym było prawdziwe dobro.
Odetchnęła głębiej, walcząc z małą zadyszką, bo im bliżej jego domu była, tym bardziej nieświadomie przyspieszała, ale nim ta zdążyła się w końcu rozwinąć, przyhamowała i zeskoczyła z roweru, gdy ten jeszcze powoli jechał.
— Nemo! — Krzyknęła, opierając rower o balustradę przy ganku. Nemo lub Błazen. W ten sposób nazywała go najczęściej nawiązując do ulubionych rybek Dylana. Przy czym w pierwszy sposób nazywała go publicznie, a w drugi wyłącznie, gdy byli sami, aby nikt nie pomyślał, że Dylan rzeczywiście jest błaznem. Wyjęła z koszyka jedną z siatek, uważając, aby rower się przy tym nie wywalił, jak to wielokrotnie już jej się zdarzyło, a później, trzymając bawełnianą torbę przedramienia, ruszyła biegiem po schodkach. Zapukała symbolicznie w drewniane drzwi, po czym pchnęła je, wchodząc do jego domku, jakby wchodziła do siebie. Bo tak trochę się czuła. Szczególnie teraz, kiedy większość rzeczy tej świrniętej Rosjanki nie leżała już na widoku, a była poukrywana w szafkach. Sama pomagała sprzątać Dylanowi ten burdel. I najchętniej wyrzuciłaby te rzeczy, nawet jeśli byłoby to prawdziwe marnotrawstwo, ponieważ zebrane do kupy i spieniężone stanowiłyby chyba roczną pensję Marie. Nie miało to znaczenia. Mogłaby je nawet spalić, choć tego oczywiście Dylanowi nie zaproponowała. Tym bardziej że on dalej potrzebował czasu. Rosie jednak czuła, że jeszcze w tym miesiącu wszystkie te rzeczy w końcu znikną. — Musisz mi pomóc. — Powiedziała i dopiero teraz odetchnęła głębiej, zdając sobie sprawę z tego, że jednak zadyszka ją dopadła. Policzki miała zaróżowione od chłodu, poły różowego płaszcza rozwiane, a czerwony beret przekrzywiony. Wolną dłoń oparła na klatce piersiowej w dramatycznym geście, choć Dylana nawet nie było w zasięgu jej wzroku. — Każdy, kto mówi, że sport to zdrowie z pewnością umrze na zawał podczas jakiejś aktywności fizycznej. O! Zupełnie jak Big! — Wiedziała, że Dylan nigdy nie oglądał Seksu w wielkim mieście, ale nie przeszkodziło jej to użyć tego porównania. — O! — Krzyknęła, patrząc w lustro. Z beretem, czy bez? Jak było lepiej, żeby ją zobaczył? Zdjęła go szybko, bo jednak Hays nie zawsze rozumiał jej modowe wybory i ruszyła do kuchni, a kiedy się w niej znalazła, w końcu spotykając się z Dylanem, uśmiechnęła się promiennie i wyjaśniła: — Postanowione! Dzisiaj oglądamy Seks!
Dylan Hays
k(ocica)
Dylan był osobą, która rzadko kiedy używała filtru, w który wyposażona była większość ludzi. Mówił za dużo, za głośno, nie myślał, wywlekał swoje prywatne sprawy i rzucał żartami na które było miejsce i czas, w nieodpowiednim miejscu i o kompletnie złym czasie. Był to urok z rodzaju tych, które jednych czarują bez reszty, a drugich doprowadzają do szczerej irytacji. Hays jednak zawsze wolał widzieć w życiu rzeczy jasne i dobre. Przymykał więc oczy na krzywe spojrzenia, półuśmiechy i ciężkie westchnienia, dalej będąc dokładnie taki, jaki czuł, że powinien być. Uśmiechnięty. Wdzięczny. Obecny.
Było jednak kilka tematów, których poruszać nie chciał. Temat brata był jak irytująca skórka przy paznokciu -Dylan wiedział, że nie powinien jej ruszać, bo każde pociągnięcie kończy się krwią. Raz powiedział pewnej osobie o kilka rzeczy za dużo i bardzo szybko okazało się, że stały się one idealną amunicją, którą można było w niego strzelać bez ostrzeżenia. Prawie nikt nie wiedział, że w Nowym Orleanie znalazł się nie z powodu ambicji, chęci uzupełnienia braków kadrowych, poszukiwania wyzwań czy potrzeby naprawiania jednego z najgorzej zarządzanych departamentów policji w Stanach. Przyjechał tu za tropem kogoś, kto zwyczajnie nie chciał być znaleziony.
Później… ten temat zaczął się rozmywać. Zbladł, kiedy do uratowania pojawiła się osoba stojąca tuż przed nim – tak rzeczywista, tak bliska i tak desperacko potrzebująca pomocy, jak tylko można było. Całą swoją energię przelał więc na nią. Na szukanie rozwiązań, na zapewnianie bezpieczeństwa, na uczenie się przepisów, które mogły zadziałać na ich korzyść.
Teraz jednak, idąc za swoimi noworocznymi postanowieniami, chciał zapomnieć. Do listy imion, których nie wypowiadał na głos, dołączyło kolejne. Do listy tematów, które ciążyły mu w gardle, dopisany został następny. Zdjęcie z jednej z braterskich wycieczek wciąż tkwiło za osłonką Chewie’go, a kosmetyki ułożone w plastikowych koszykach z Dollar General były schowane za prowizoryczną ścianą z rolek papieru toaletowego i detergentów – wystarczająco blisko, by wiedzieć, że tam są; wystarczająco daleko, by udawać, że ich tam nie ma.
Pierwszy tydzień stycznia był dla Dylana ciężki. Nie dramatycznie, nie widowiskowo – raczej w ten cichy, duszny sposób, w którym myśli wracały nocami, a poranki były zbyt długie. Potem jednak, z każdym kolejnym dniem, robiło się odrobinę lżej. Jakby organizm i głowa powoli godziły się z faktem, że tak po prostu musiało być. Wyciągnął swoje lekcje. A przynajmniej pogodził się z tym, że je miał – nawet jeśli jeszcze nie potrafił powiedzieć czego się nauczył. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że niektórzy ludzie pojawiali się w życiu nie po to, by w nim zostać, ale po to, by czegoś nauczyć. Może sens z tej lekcji, musiał odkryć dopiero później.
Na razie robił to, co zawsze: wziął się w garść.
Wrócił do swoich zajęć. Skupił się mocniej na pracy, na osobach, na których mu zależało – i na tych, którym zależało na nim. Wrócił do starych rytuałów, bo rytuały dawały strukturę, a struktura trzymała go w pionie. Wrócił do porannego biegania. Do przeszukiwania ofert akwarystycznych okazji. Wrócił do Boga i nie opuścił już ani jednego niedzielnego zgromadzenia.
Zupełnie jak tego dnia.
Wstał wcześnie, żeby poćwiczyć. Później zjadł dwie proste kanapki, jajecznicę i wypił proteinowego szejka – Dylan miał zamiar odżywiać się „zdrowo”, ale zdecydowanie na skróty. Zamiast nauczyć się gotować, sięgał po gotowce, a w sklepie automatycznie wybierał wszystko, co na opakowaniu miało wielki, dumny napis PROTEIN. Po drodze na zgromadzenie zgarnął swoją przyjaciółkę, a samo nabożeństwo było… naprawdę dobre. Wyszedł stamtąd przepełniony energią i poczuciem lekkości. Lubił takie niedziele – spokojne, jasne, kiedy wszystko szło dokładnie tak, jak powinno. Miło. Przyjemnie. Naturalnie. To był dobry początek miesiąca. I gdzieś pomiędzy jednym uśmiechem a kolejnym Dylan poczuł, że łańcuchy smutku w końcu pękły. Że teraz miało być już tylko lepiej.
Po powrocie do domu przez chwilę ogarniał przestrzeń wokół siebie. Chciał się przebrać w coś luźniejszego, ale skończyło się na zdjęciu koszuli i narzuceniu t-shirtu – eleganckie spodnie zostały. Później otworzył laptopa i usiadł przy stole.
W tym toku chciał się tym zająć na serio.
ogrodnictwo Nowy Orlean luty
co sadzić w Luizjanie luty
zakładanie ogrodu dla początkujących
zakładanie ogrodu dla średniozaawansowanych
Każda nowa karta dokładała kolejną porcję informacji, aż w końcu przesunął dłonią po włosach, czując lekki przesyt. Miał ich otwartych zdecydowanie za dużo. Zdecydowanie. Westchnął, po czym sięgnął po jeden ze swoich zeszytów – lubił robić notatki. Chaotyczne, pełne strzałek i dopisków, ale jednak notatki. Zapisywał rzeczy, jednocześnie wrzucając produkty do internetowego koszyka. Ziemia, nasiona, rękawice – poprzednie gdzieś zgubił. Zastanawiał się, czy zamówić wszystko online, czy może jednak podjechać samemu do sklepu. Zawahał się przy etykietach do roślin. Przez chwilę naprawdę rozważał, czy są mu potrzebne. Ostatecznie dodał je do koszyka, w pełni świadomy, ze prawdopodobnie nigdy ich nie podpisze.
W międzyczasie przygotował sobie obiad. Włączył radio do kontaktu – stare, z antenką, zostawione przez poprzednich lokatorów, z miejscem na kasetę. Kaseta nadal tam była. Hiszpańskie piosenki, których nie rozumiał ani trochę. I właśnie je włączył. Obiad był gotowym daniem do mikrofali. Zrobił widelcem kilka dziur w foliowej osłonce, wsunął opakowanie do środka i ustawił czas. Kiedy jadł, nadal robił notatki, podśpiewując pod nosem coś, co brzmiało jak hiszpański, choć każde słowo było zapewne przekręcone. Dylan nigdy nie był dobry w językach.
pomidory - marzec
Zapisał trzymając widelec w ustach i dorysowując obok coś, co w jego głowie miało być małym pomidorem, a na papierze wyglądało jak… cokolwiek. Przez chwilę przyglądał się temu z powagą, jakby próbował dojść, czy jego mały artystyczny wybryk da się jeszcze uratować, po czym wrócił do notatek. Gdzieś w głębi mieszkania usłyszał poruszenie. Drzwi, kroki. Nie podniósł się jednak z miejsca – jeśli to była Rose, a wszystko wskazywało na to, że tak, to doskonale wiedział, że poradzi sobie sama. Znała jego domek wystarczająco dobrze, żeby nie potrzebować zaproszenia ani instrukcji. Zresztą… zawsze tak było.
Odpalił kolejną kartę. Tym razem o kwiatach. Wydął usta, marszcząc brwi w skupieniu. Kwiaty. Czy on w ogóle powinien brać się za kwiaty? Widelec wypadł mu spomiędzy zębów, lądując prosto na eleganckich spodniach. Dylan przewrócił oczami, czując jak narasta w nim irytacja. Już, już miał zakląć – słowo niemal wysunęło się już z jego ust – ale w porę ugryzł się w język. Obiecał sobie, że przestanie przeklinać. Wstał gwałtownie z miejsca, szybko dojadając ostatni kawałek mięsa w sosie, po czym wrzucił plastikowe opakowanie do zlewu. Nie do śmietnika. Do zlewu. Westchnął, ale nie cofnął tego ruchu. Zamiast tego zmoczył gąbkę i zaczął energicznie wycierać spodnie.
Plama zeszła. Teoretycznie.
Praktycznie spodnie wyglądały teraz tak, jakby się w nie zlał.
Dylan uniósł głowę dokładnie w tym momencie, kiedy Marie weszła do kuchni i kiedy mózg jeszcze nie zdążył nadrobić tego, co usłyszały uszy. Zamrugał powoli. - …słucham? – różowa plama stojąca pośrodku jego kuchni zdawała się albo bredzić od rzeczy, albo właśnie w wyjątkowo nieudolny sposób zażartować z faktu, że Dylan – jakby to ująć delikatnie – nie ruchał. Przynajmniej nie ostatnio. A już na pewno nie na tyle, by omawiać to w formie niedzielnego planu dnia. – Absolutnie nie – odpowiedział automatycznie, rzucając wilgotną gąbkę do zlewu i wycierając spodnie kuchennym ręcznikiem. – Nie wiem, o co ci chodzi, ale nie. Ja z tobą takich rzeczy oglądać nie będę.
Rosie Albright
Było jednak kilka tematów, których poruszać nie chciał. Temat brata był jak irytująca skórka przy paznokciu -Dylan wiedział, że nie powinien jej ruszać, bo każde pociągnięcie kończy się krwią. Raz powiedział pewnej osobie o kilka rzeczy za dużo i bardzo szybko okazało się, że stały się one idealną amunicją, którą można było w niego strzelać bez ostrzeżenia. Prawie nikt nie wiedział, że w Nowym Orleanie znalazł się nie z powodu ambicji, chęci uzupełnienia braków kadrowych, poszukiwania wyzwań czy potrzeby naprawiania jednego z najgorzej zarządzanych departamentów policji w Stanach. Przyjechał tu za tropem kogoś, kto zwyczajnie nie chciał być znaleziony.
Później… ten temat zaczął się rozmywać. Zbladł, kiedy do uratowania pojawiła się osoba stojąca tuż przed nim – tak rzeczywista, tak bliska i tak desperacko potrzebująca pomocy, jak tylko można było. Całą swoją energię przelał więc na nią. Na szukanie rozwiązań, na zapewnianie bezpieczeństwa, na uczenie się przepisów, które mogły zadziałać na ich korzyść.
Teraz jednak, idąc za swoimi noworocznymi postanowieniami, chciał zapomnieć. Do listy imion, których nie wypowiadał na głos, dołączyło kolejne. Do listy tematów, które ciążyły mu w gardle, dopisany został następny. Zdjęcie z jednej z braterskich wycieczek wciąż tkwiło za osłonką Chewie’go, a kosmetyki ułożone w plastikowych koszykach z Dollar General były schowane za prowizoryczną ścianą z rolek papieru toaletowego i detergentów – wystarczająco blisko, by wiedzieć, że tam są; wystarczająco daleko, by udawać, że ich tam nie ma.
Pierwszy tydzień stycznia był dla Dylana ciężki. Nie dramatycznie, nie widowiskowo – raczej w ten cichy, duszny sposób, w którym myśli wracały nocami, a poranki były zbyt długie. Potem jednak, z każdym kolejnym dniem, robiło się odrobinę lżej. Jakby organizm i głowa powoli godziły się z faktem, że tak po prostu musiało być. Wyciągnął swoje lekcje. A przynajmniej pogodził się z tym, że je miał – nawet jeśli jeszcze nie potrafił powiedzieć czego się nauczył. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że niektórzy ludzie pojawiali się w życiu nie po to, by w nim zostać, ale po to, by czegoś nauczyć. Może sens z tej lekcji, musiał odkryć dopiero później.
Na razie robił to, co zawsze: wziął się w garść.
Wrócił do swoich zajęć. Skupił się mocniej na pracy, na osobach, na których mu zależało – i na tych, którym zależało na nim. Wrócił do starych rytuałów, bo rytuały dawały strukturę, a struktura trzymała go w pionie. Wrócił do porannego biegania. Do przeszukiwania ofert akwarystycznych okazji. Wrócił do Boga i nie opuścił już ani jednego niedzielnego zgromadzenia.
Zupełnie jak tego dnia.
Wstał wcześnie, żeby poćwiczyć. Później zjadł dwie proste kanapki, jajecznicę i wypił proteinowego szejka – Dylan miał zamiar odżywiać się „zdrowo”, ale zdecydowanie na skróty. Zamiast nauczyć się gotować, sięgał po gotowce, a w sklepie automatycznie wybierał wszystko, co na opakowaniu miało wielki, dumny napis PROTEIN. Po drodze na zgromadzenie zgarnął swoją przyjaciółkę, a samo nabożeństwo było… naprawdę dobre. Wyszedł stamtąd przepełniony energią i poczuciem lekkości. Lubił takie niedziele – spokojne, jasne, kiedy wszystko szło dokładnie tak, jak powinno. Miło. Przyjemnie. Naturalnie. To był dobry początek miesiąca. I gdzieś pomiędzy jednym uśmiechem a kolejnym Dylan poczuł, że łańcuchy smutku w końcu pękły. Że teraz miało być już tylko lepiej.
Po powrocie do domu przez chwilę ogarniał przestrzeń wokół siebie. Chciał się przebrać w coś luźniejszego, ale skończyło się na zdjęciu koszuli i narzuceniu t-shirtu – eleganckie spodnie zostały. Później otworzył laptopa i usiadł przy stole.
W tym toku chciał się tym zająć na serio.
ogrodnictwo Nowy Orlean luty
co sadzić w Luizjanie luty
zakładanie ogrodu dla początkujących
zakładanie ogrodu dla średniozaawansowanych
Każda nowa karta dokładała kolejną porcję informacji, aż w końcu przesunął dłonią po włosach, czując lekki przesyt. Miał ich otwartych zdecydowanie za dużo. Zdecydowanie. Westchnął, po czym sięgnął po jeden ze swoich zeszytów – lubił robić notatki. Chaotyczne, pełne strzałek i dopisków, ale jednak notatki. Zapisywał rzeczy, jednocześnie wrzucając produkty do internetowego koszyka. Ziemia, nasiona, rękawice – poprzednie gdzieś zgubił. Zastanawiał się, czy zamówić wszystko online, czy może jednak podjechać samemu do sklepu. Zawahał się przy etykietach do roślin. Przez chwilę naprawdę rozważał, czy są mu potrzebne. Ostatecznie dodał je do koszyka, w pełni świadomy, ze prawdopodobnie nigdy ich nie podpisze.
W międzyczasie przygotował sobie obiad. Włączył radio do kontaktu – stare, z antenką, zostawione przez poprzednich lokatorów, z miejscem na kasetę. Kaseta nadal tam była. Hiszpańskie piosenki, których nie rozumiał ani trochę. I właśnie je włączył. Obiad był gotowym daniem do mikrofali. Zrobił widelcem kilka dziur w foliowej osłonce, wsunął opakowanie do środka i ustawił czas. Kiedy jadł, nadal robił notatki, podśpiewując pod nosem coś, co brzmiało jak hiszpański, choć każde słowo było zapewne przekręcone. Dylan nigdy nie był dobry w językach.
pomidory - marzec
Zapisał trzymając widelec w ustach i dorysowując obok coś, co w jego głowie miało być małym pomidorem, a na papierze wyglądało jak… cokolwiek. Przez chwilę przyglądał się temu z powagą, jakby próbował dojść, czy jego mały artystyczny wybryk da się jeszcze uratować, po czym wrócił do notatek. Gdzieś w głębi mieszkania usłyszał poruszenie. Drzwi, kroki. Nie podniósł się jednak z miejsca – jeśli to była Rose, a wszystko wskazywało na to, że tak, to doskonale wiedział, że poradzi sobie sama. Znała jego domek wystarczająco dobrze, żeby nie potrzebować zaproszenia ani instrukcji. Zresztą… zawsze tak było.
Odpalił kolejną kartę. Tym razem o kwiatach. Wydął usta, marszcząc brwi w skupieniu. Kwiaty. Czy on w ogóle powinien brać się za kwiaty? Widelec wypadł mu spomiędzy zębów, lądując prosto na eleganckich spodniach. Dylan przewrócił oczami, czując jak narasta w nim irytacja. Już, już miał zakląć – słowo niemal wysunęło się już z jego ust – ale w porę ugryzł się w język. Obiecał sobie, że przestanie przeklinać. Wstał gwałtownie z miejsca, szybko dojadając ostatni kawałek mięsa w sosie, po czym wrzucił plastikowe opakowanie do zlewu. Nie do śmietnika. Do zlewu. Westchnął, ale nie cofnął tego ruchu. Zamiast tego zmoczył gąbkę i zaczął energicznie wycierać spodnie.
Plama zeszła. Teoretycznie.
Praktycznie spodnie wyglądały teraz tak, jakby się w nie zlał.
Dylan uniósł głowę dokładnie w tym momencie, kiedy Marie weszła do kuchni i kiedy mózg jeszcze nie zdążył nadrobić tego, co usłyszały uszy. Zamrugał powoli. - …słucham? – różowa plama stojąca pośrodku jego kuchni zdawała się albo bredzić od rzeczy, albo właśnie w wyjątkowo nieudolny sposób zażartować z faktu, że Dylan – jakby to ująć delikatnie – nie ruchał. Przynajmniej nie ostatnio. A już na pewno nie na tyle, by omawiać to w formie niedzielnego planu dnia. – Absolutnie nie – odpowiedział automatycznie, rzucając wilgotną gąbkę do zlewu i wycierając spodnie kuchennym ręcznikiem. – Nie wiem, o co ci chodzi, ale nie. Ja z tobą takich rzeczy oglądać nie będę.
Rosie Albright
Mruczka, but call me Kicia
Rosie nigdy nie musiała być ratowana. Było odwrotnie — zwykle to ona ratowała. I nie było ważne, czy chodziło o zagubionego psiaka, nieznajome dziecko, które wywróciło się na elektrycznej hulajnodze, zalaną łazienkę u sąsiadów, załamanie nerwowe Cathy, czy złamane serce najlepszego przyjaciela. Zawsze wiedziała co robić, stając na wysokości zadania. To było silniejsze od niej, nigdy się nad tym nie zastanawiała, po prostu wystarczył błyskawiczny impuls i Rosie ruszała, gotowa uratować cały świat i wziąć go na swoje ramiona.
Czasem przejeżdżała się na tym nie tylko w cudzysłowie. Czasem zamiast z wdzięcznością spotykała się z roszczeniami, wyrzutami lub po prostu jej pomoc traktowana była jako coś tak naturalnego, że nie trzeba było nawet za nią dziękować. Rosemarie jednak nijak nie brała tego do siebie. Nie przejmowała się, tylko po każdym takim razie otrzepywała się niczym pies po deszczu i już biegła dalej, gotowa ratować kolejnych. Tak jak miała gotowość ratować Dylana. Dla niego jednego zrobiłaby zdecydowanie więcej. Dla niego zdecydowanie zrobiłaby . w s z y s t k o. .
I robiła. Była przy nim przy każdej jego nowej miłości, którą lubił się z nią dzielić, opowiadając o nich wszystkich z entuzjazmem i podekscytowaniem, z jakim psy miały zwyczaj merdać ogonami. Była też przy nim, gdy pierwszy raz powiedział, że tym razem jest inaczej, poważniej. To jej ramię obejmowało go, kiedy to inaczej i poważniej przestało się do Dylana odzywać, znikając tak, jakby nigdy nie istniało. A później była przy nim, gdy Dylan postradał wszystkie zmysły, powoli zmieniając się w innego człowieka. Ile na przestrzeni minionego roku zaliczyła rozstań Dylana? Nie była w stanie ich zliczyć, w pewnym momencie orientując się, że jej najlepszy przyjaciel, który mówił jej o wszystkim, niektóre z rozstań zaczął przed nią zatajać, nie zdradzając się z tym, że w ogóle do nich dochodziło. To, co mogła wtedy robić, to trwać przy nim na tyle, na ile Dylan jej na to pozwalał i modlić się o niego gorliwie, wierząc, że Bóg uwolni go od tego, od czego Dylan nie umiał uwolnić się samodzielnie.
I udało się. Wraz z początkiem grudnia doszło do ostatecznego rozstania. Nie znała szczegółów. Nie znała ich również, jeśli chodziło w ogóle o tę znajomość i ten niepokojący związek, ale z czasem przyjaciel zaczął je powoli ujawniać. Dla Rosie było to doznanie frapująco ohydne. Przypominało wpatrywanie się w głęboką ranę: równie brzydziło, co fascynowało.
Dylan jednak wracał już do siebie, a Rosie wierzyła, że wróci na dobre. Że wraz ze zniknięciem tej Rosjanki, znikną również brzydkie nawyki, których Dylan się przy niej nabawił: siarczyste przekleństwa, opuszczanie zgromadzeń, nieodbieranie telefonów i nieodpisywanie na smsy, dziwne, niezrozumiałe żarty, które ani trochę nie były śmieszne, niezdrowe zainteresowanie seksem, jakby to on był kwintesencją wszystkich związków. Wierzyła również, że wraz z tym, jak Dylan zacznie być znów jej Dylanem, jej Nemo i jej przymilnym Puszkiem — jak miała zwyczaj o nim myśleć, ale brakowało jej odwagi, aby w ten sposób go nazywać — wrócą także oni. Tym razem jednak w innym, jeszcze lepszym wydaniu.
I chociaż mogło na to nie wyglądać, Rosie czuła, że byli blisko wielkiego przełomu. Balansowali na jego granicy. Jak chciałby wtedy, gdy kilka dni temu, wracając z kina, obejmowali się, zawzięcie dyskutując o zakończeniu. Albo jak dzisiejszego ranka, podczas zgromadzenia, kilka razy wymienili spojrzenia, uśmiechając się do siebie. Rosie nawet chwyciła wtedy Dylana za dłoń, ściskając ją miękko, a później ramieniem otarła się o jego długie ramię, w ten sposób wyrażając swoją radość z jego powrotu.
A teraz przyjechała do niego, zaopatrzona we wszystkie rzeczy, których potrzebowali do zrobienia domowego Hugo, z brownie szczelnie zapakowanym w plastikowym pojemniku i z całą masą przekąsek, których nie mieli szansy zjeść podczas jednego popołudnia, czy wieczoru. Liczyła na jakiś komplement. Liczyła na to, że Dylan uśmiechnie się w ten sam sposób, w jaki ona wciąż się uśmiechała, a zamiast tego patrzył na nią zdezorientowany, w dłoniach trzymając gąbkę, a na kroczu mając dużą, mokrą plamę. No to o jakimkolwiek komplemencie mogła już zapomnieć. A jednak wciąż się uśmiechała. Przynajmniej jeszcze przez chwilę, bo kiedy Dylan wybuchnął oburzony, Marie zmarszczyła nieznacznie czoło.
— A niby czemu?! — Spytała z wyrzutem. — Wszyscy to oglądają! Jesteś jedyną osobą, która nie obejrzała! I powiem ci więcej: nie ma nic bardziej amerykańskiego! Seks jest kwintesencją Ameryki. — Orzekła, wierząc, że może ten argument do Dylana przemówi. Poza tym naprawdę w to wierzyła — Poza tym ja obejrzałam z tobą wszystkie możliwe części Szybkich i wściekłych! — Wypomniała mu. Założenie było takie, że oglądali filmy, czy seriale naprzemiennie: raz coś jego, raz coś jej. Wychodziło więc na to, że najpierw ona się męczyła na filmach akcji, a później on się męczył na komediach romantycznych.
W końcu odłożyła na stół, obok komputera siatkę, a obok swoją małą, czerwoną torebkę.
— Idź po drugą, opłaci ci się to, jest w niej kilka smacznych rzeczy. — Uśmiechnęła się i kilkakrotnie uniosła brwi w obiecującym geście, choć kiedy Dylan wyszedł z kuchni i po nią ruszył, westchnęła głęboko z irytacją. Poruszenie brwiami? Kretyństwo. Właśnie dlatego nie szło jej na wszystkich randkach. Wzniosła oczy, zażenowana samą sobą i właśnie wtedy, aby czymkolwiek zająć myśli, spojrzała na otworzony notatnik, a później na ekran komputera. Dylan planował ogród.
Bez zastanowienia zajęła jego miejsce, siadając na podwiniętej nodze. Chwyciła długopis, rysując porządnego pomidora. Może nie miała żadnego wybitnego talentu plastycznego, ale lata prowadzenia dzienników, bullet journali, albumów i innych podobnych rzeczy, sprawiły, że Rosie bez trudu była w stanie narysować wszystko w uproszczonej, rysunkowej formie. Włożyła długopis w usta, przygryzając założoną skuwkę, w tym czasie zdejmując z siebie płaszcz, który częściowo po prostu przewiesiła na oparciu krzesła, a później podniosła spojrzenie na Dylana, którego zobaczyła kątem oka, wchodzącego do kuchni.
— Tu potrzeba kwiatów! — Długopisem, który wyjęła z buzi, wskazała na notatnik, a później przeniosła uwagę na komputer, od razu wyszukując to, czego brakowało w koszyku Dylana. — Poza tym zapomniałeś kupić rękawiczek dla mnie. Muszą być różowe w czerwone serduszka. Albo przynajmniej po prostu różowe. — Wyjaśniła, przeszukując stronę. — A właściwie to, czemu nie pojedziemy kupić tego wszystkiego? Przecież możemy to zrobić nawet zaraz. Ale później tym bardziej będziesz musiał obejrzeć ze mną odcinek Seksu w wielkim mieście.
Dylan Hays
Czasem przejeżdżała się na tym nie tylko w cudzysłowie. Czasem zamiast z wdzięcznością spotykała się z roszczeniami, wyrzutami lub po prostu jej pomoc traktowana była jako coś tak naturalnego, że nie trzeba było nawet za nią dziękować. Rosemarie jednak nijak nie brała tego do siebie. Nie przejmowała się, tylko po każdym takim razie otrzepywała się niczym pies po deszczu i już biegła dalej, gotowa ratować kolejnych. Tak jak miała gotowość ratować Dylana. Dla niego jednego zrobiłaby zdecydowanie więcej. Dla niego zdecydowanie zrobiłaby . w s z y s t k o. .
I robiła. Była przy nim przy każdej jego nowej miłości, którą lubił się z nią dzielić, opowiadając o nich wszystkich z entuzjazmem i podekscytowaniem, z jakim psy miały zwyczaj merdać ogonami. Była też przy nim, gdy pierwszy raz powiedział, że tym razem jest inaczej, poważniej. To jej ramię obejmowało go, kiedy to inaczej i poważniej przestało się do Dylana odzywać, znikając tak, jakby nigdy nie istniało. A później była przy nim, gdy Dylan postradał wszystkie zmysły, powoli zmieniając się w innego człowieka. Ile na przestrzeni minionego roku zaliczyła rozstań Dylana? Nie była w stanie ich zliczyć, w pewnym momencie orientując się, że jej najlepszy przyjaciel, który mówił jej o wszystkim, niektóre z rozstań zaczął przed nią zatajać, nie zdradzając się z tym, że w ogóle do nich dochodziło. To, co mogła wtedy robić, to trwać przy nim na tyle, na ile Dylan jej na to pozwalał i modlić się o niego gorliwie, wierząc, że Bóg uwolni go od tego, od czego Dylan nie umiał uwolnić się samodzielnie.
I udało się. Wraz z początkiem grudnia doszło do ostatecznego rozstania. Nie znała szczegółów. Nie znała ich również, jeśli chodziło w ogóle o tę znajomość i ten niepokojący związek, ale z czasem przyjaciel zaczął je powoli ujawniać. Dla Rosie było to doznanie frapująco ohydne. Przypominało wpatrywanie się w głęboką ranę: równie brzydziło, co fascynowało.
Dylan jednak wracał już do siebie, a Rosie wierzyła, że wróci na dobre. Że wraz ze zniknięciem tej Rosjanki, znikną również brzydkie nawyki, których Dylan się przy niej nabawił: siarczyste przekleństwa, opuszczanie zgromadzeń, nieodbieranie telefonów i nieodpisywanie na smsy, dziwne, niezrozumiałe żarty, które ani trochę nie były śmieszne, niezdrowe zainteresowanie seksem, jakby to on był kwintesencją wszystkich związków. Wierzyła również, że wraz z tym, jak Dylan zacznie być znów jej Dylanem, jej Nemo i jej przymilnym Puszkiem — jak miała zwyczaj o nim myśleć, ale brakowało jej odwagi, aby w ten sposób go nazywać — wrócą także oni. Tym razem jednak w innym, jeszcze lepszym wydaniu.
I chociaż mogło na to nie wyglądać, Rosie czuła, że byli blisko wielkiego przełomu. Balansowali na jego granicy. Jak chciałby wtedy, gdy kilka dni temu, wracając z kina, obejmowali się, zawzięcie dyskutując o zakończeniu. Albo jak dzisiejszego ranka, podczas zgromadzenia, kilka razy wymienili spojrzenia, uśmiechając się do siebie. Rosie nawet chwyciła wtedy Dylana za dłoń, ściskając ją miękko, a później ramieniem otarła się o jego długie ramię, w ten sposób wyrażając swoją radość z jego powrotu.
A teraz przyjechała do niego, zaopatrzona we wszystkie rzeczy, których potrzebowali do zrobienia domowego Hugo, z brownie szczelnie zapakowanym w plastikowym pojemniku i z całą masą przekąsek, których nie mieli szansy zjeść podczas jednego popołudnia, czy wieczoru. Liczyła na jakiś komplement. Liczyła na to, że Dylan uśmiechnie się w ten sam sposób, w jaki ona wciąż się uśmiechała, a zamiast tego patrzył na nią zdezorientowany, w dłoniach trzymając gąbkę, a na kroczu mając dużą, mokrą plamę. No to o jakimkolwiek komplemencie mogła już zapomnieć. A jednak wciąż się uśmiechała. Przynajmniej jeszcze przez chwilę, bo kiedy Dylan wybuchnął oburzony, Marie zmarszczyła nieznacznie czoło.
— A niby czemu?! — Spytała z wyrzutem. — Wszyscy to oglądają! Jesteś jedyną osobą, która nie obejrzała! I powiem ci więcej: nie ma nic bardziej amerykańskiego! Seks jest kwintesencją Ameryki. — Orzekła, wierząc, że może ten argument do Dylana przemówi. Poza tym naprawdę w to wierzyła — Poza tym ja obejrzałam z tobą wszystkie możliwe części Szybkich i wściekłych! — Wypomniała mu. Założenie było takie, że oglądali filmy, czy seriale naprzemiennie: raz coś jego, raz coś jej. Wychodziło więc na to, że najpierw ona się męczyła na filmach akcji, a później on się męczył na komediach romantycznych.
W końcu odłożyła na stół, obok komputera siatkę, a obok swoją małą, czerwoną torebkę.
— Idź po drugą, opłaci ci się to, jest w niej kilka smacznych rzeczy. — Uśmiechnęła się i kilkakrotnie uniosła brwi w obiecującym geście, choć kiedy Dylan wyszedł z kuchni i po nią ruszył, westchnęła głęboko z irytacją. Poruszenie brwiami? Kretyństwo. Właśnie dlatego nie szło jej na wszystkich randkach. Wzniosła oczy, zażenowana samą sobą i właśnie wtedy, aby czymkolwiek zająć myśli, spojrzała na otworzony notatnik, a później na ekran komputera. Dylan planował ogród.
Bez zastanowienia zajęła jego miejsce, siadając na podwiniętej nodze. Chwyciła długopis, rysując porządnego pomidora. Może nie miała żadnego wybitnego talentu plastycznego, ale lata prowadzenia dzienników, bullet journali, albumów i innych podobnych rzeczy, sprawiły, że Rosie bez trudu była w stanie narysować wszystko w uproszczonej, rysunkowej formie. Włożyła długopis w usta, przygryzając założoną skuwkę, w tym czasie zdejmując z siebie płaszcz, który częściowo po prostu przewiesiła na oparciu krzesła, a później podniosła spojrzenie na Dylana, którego zobaczyła kątem oka, wchodzącego do kuchni.
— Tu potrzeba kwiatów! — Długopisem, który wyjęła z buzi, wskazała na notatnik, a później przeniosła uwagę na komputer, od razu wyszukując to, czego brakowało w koszyku Dylana. — Poza tym zapomniałeś kupić rękawiczek dla mnie. Muszą być różowe w czerwone serduszka. Albo przynajmniej po prostu różowe. — Wyjaśniła, przeszukując stronę. — A właściwie to, czemu nie pojedziemy kupić tego wszystkiego? Przecież możemy to zrobić nawet zaraz. Ale później tym bardziej będziesz musiał obejrzeć ze mną odcinek Seksu w wielkim mieście.
Dylan Hays
k(ocica)
To było… nie tak.
Zupełnie nie tak miało wyglądać ich dzisiejsze spotkanie.
Dylan był przygotowany na coś innego. Na zwykłość, którą lubił i której potrzebował. Na to, że zrobi jej drinka – a potem kolejnego, dokładnie w momencie, w którym szklanka znów będzie pusta. Na film, może na spacer wokół jeziora, rozmowę o nadchodzącym tygodniu, o zakupach, które łatwiej było zrobić razem, bo on miał auto. Na odprowadzenie jej pod same drzwi, bo tak należało, bo tak było bezpiecznie, bo tak było… dżentelmeńsko. Miło. Słodko. Uroczo. Tak, jak zawsze z Rosie.
Nie spodziewał się tego.
I nie spodziewał się, że poczuje się aż tak skrępowany.
Mamrotał coś pod nosem, półgłosem, bardziej do siebie niż do niej – że no tak, każdy czasem to ogląda – ale im dłużej mówiła, tym wyraźniej czuł, jak coś w nim się zaciska. Bo Rosie była dla niego jak aniołek. Jak ten delikatny, porcelanowy element, który powinien wisieć na czubku choinki, a nie leżeć rzucony byle gdzie. I zupełnie nie pasowało mu to, kiedy mówiła o takich rzeczach z taką swobodą.
Coś jest z tobą klinicznie nie tak – przemknęło mu przez głowę, ostro i nie fair. Nie powiedział tego. Nawet nie był blisko, żeby to powiedzieć. Ale myśl została i zrobiło mu się od niej dziwnie ciężko. Kiedy wspomniała o „Szybkich i wściekłych”, uniósł brwi, a jego spojrzeniu pojawiło się coś nowego. Coś ostrzejszego. – To są dwie zupełnie różne rzeczy, mała – powiedział ciszej, ale twardo. – Mówię serio. To nie jest śmieszne – wraz z tymi słowami dotarło do niego, że… się denerwuje. Naprawdę. Czy on kiedykolwiek umiał się denerwować? Złość była nową emocją. Taką, którą odkrył w sobie stosunkowo niedawno – przez ostatni rok okazywał ją częściej, niż by chciał. Przy Rosie rzadziej. Wcześniej w ogóle. Zawsze wszystko przykrywał uśmiechem, żartem, pobłażliwością. Nigdy nie odezwałby się do niej takim tonem. Nigdy. Teraz jednak czuł, jakby się z niego nabijała i było mu z tym zwyczajnie przykro.
Kiedy poprosiła go, żeby poszedł po kolejną siatkę dobroci, posłał jej tylko słaby uśmiech. Taki, który miał być uprzejmy, ale wyszedł wymuszony. Powstrzymał się, żeby nie przewrócić oczami – co samo w sobie było wysiłkiem – i wyszedł z domu. Dopiero na ganku pozwolił sobie przystanąć, a potem usiąść.
Zirytował się bardziej, niż było to potrzebne. Wiedział to. Przecież to była jego Rosie. Przecież to miał być dobry dzień. Spodnie można było przebrać. Jej żarty były głupie, ale nie złośliwe. Droczyła się z nim. Zawsze się droczyła. Oparł łokcie na kolanach i wziął kilka głębokich oddechów. Wciągnął powietrze nosem. Wypuścił powoli ustami. Jeszcze raz. I jeszcze. Przez krótką, wstydliwą chwilę pomyślał o papierosie. O tym, jak bardzo by mu teraz pomógł. I o tym, że obiecał sobie, że już tego nie będzie robił.
Wstał więc i sięgnął do siatki znajdującej się w rowerowym koszyku, a później założył ją na ramię. Rower wprowadził na ganek, bliżej domu, żeby nie rzucał się tak bardzo w oczy z ulicy. Z materiałowej torby wyciągnął jedno z pudełek i otworzył je. Babeczki. Rosie była mistrzynią wypieków. Wiedział to aż za dobrze. Zjadł ją jeszcze przed drzwiami. Bez talerza i w lekkim pośpiechu.
I rzeczywiście – trochę mu przeszło. Nie całkiem, ale wystarczająco, żeby otrzepać dłonie o spodnie i wrócić do środka w nieco lepszym humorze niż z niego wyszedł. Wrócił do kuchni, oblizując palce i nawet nie próbując udawać, że nie poczęstował się po drodze. Cukier wciąż kleił mu się do opuszek, kiedy postawił torbę na stole i skinął głową na zmiankę o kwiatach.
- Zbierałem się do tego – powiedział spokojnie, jakby to było coś oczywistego, a później zaczął rozpakowywać torby. Kiedy padł komentarz o braku różowych rękawiczek, zerknął w jej stronę i posłał jej delikatny, trochę winny uśmiech. Sięgnął do szafki nad zlewem i wyjął jedyny naprawdę reprezentatywny kieliszek do drinków, jaki posiadał. Właściwie… był to kieliszek do wina. Duży, trochę przesadny. Kupił go kiedyś przyjaciółce w prezencie, a potem wspólnie uznali, że bardziej przyda się u niego niż u niej. Miał krzywą nóżkę, jakby ktoś delikatnie wygiął ją w bok, miał nawet zielone listki. Całość sprawiała wrażenie kwiatu, chociaż Dylanowi przypominała coś innego. Ale tylko gdy patrzył się na niego za długo!
Oczywiście był różowy.
Dylan wsypał do środka kilka kostek lodu, prosto z zamrażalnika, kiedy w końcu dotarło do niego, co tak naprawdę miała na myśli. Że to nie… to. Że chodziło o serial. O „Seks w wielkim mieście”. Zatrzymał się w pół ruchu. I zrobiło mu się potwornie głupio. Cała złość, całe napięcie, to dziwne ukłucie w klatce piersiowej – wszystko zeszło z niego naraz, jakby ktoś spuścił powietrze z balonu. Prychnął cicho pod nosem i odłożył butelkę z syropem na blat. Przesunął krzesło i usiadł obok Rosie, a potem jeszcze bliżej. Objął ją od tyłu, opierając brodę na jej ramieniu, zupełnie naturalnie.
Jestem idiotą. Wybacz.
Wydawał się mówić, ale nic nie powiedział. Nie musiał. Na koniec ścisnął ją trochę mocniej. – Możemy jechać teraz. Zrobię ci drinka na wynos – zaproponował.
Rosie Albright
Zupełnie nie tak miało wyglądać ich dzisiejsze spotkanie.
Dylan był przygotowany na coś innego. Na zwykłość, którą lubił i której potrzebował. Na to, że zrobi jej drinka – a potem kolejnego, dokładnie w momencie, w którym szklanka znów będzie pusta. Na film, może na spacer wokół jeziora, rozmowę o nadchodzącym tygodniu, o zakupach, które łatwiej było zrobić razem, bo on miał auto. Na odprowadzenie jej pod same drzwi, bo tak należało, bo tak było bezpiecznie, bo tak było… dżentelmeńsko. Miło. Słodko. Uroczo. Tak, jak zawsze z Rosie.
Nie spodziewał się tego.
I nie spodziewał się, że poczuje się aż tak skrępowany.
Mamrotał coś pod nosem, półgłosem, bardziej do siebie niż do niej – że no tak, każdy czasem to ogląda – ale im dłużej mówiła, tym wyraźniej czuł, jak coś w nim się zaciska. Bo Rosie była dla niego jak aniołek. Jak ten delikatny, porcelanowy element, który powinien wisieć na czubku choinki, a nie leżeć rzucony byle gdzie. I zupełnie nie pasowało mu to, kiedy mówiła o takich rzeczach z taką swobodą.
Coś jest z tobą klinicznie nie tak – przemknęło mu przez głowę, ostro i nie fair. Nie powiedział tego. Nawet nie był blisko, żeby to powiedzieć. Ale myśl została i zrobiło mu się od niej dziwnie ciężko. Kiedy wspomniała o „Szybkich i wściekłych”, uniósł brwi, a jego spojrzeniu pojawiło się coś nowego. Coś ostrzejszego. – To są dwie zupełnie różne rzeczy, mała – powiedział ciszej, ale twardo. – Mówię serio. To nie jest śmieszne – wraz z tymi słowami dotarło do niego, że… się denerwuje. Naprawdę. Czy on kiedykolwiek umiał się denerwować? Złość była nową emocją. Taką, którą odkrył w sobie stosunkowo niedawno – przez ostatni rok okazywał ją częściej, niż by chciał. Przy Rosie rzadziej. Wcześniej w ogóle. Zawsze wszystko przykrywał uśmiechem, żartem, pobłażliwością. Nigdy nie odezwałby się do niej takim tonem. Nigdy. Teraz jednak czuł, jakby się z niego nabijała i było mu z tym zwyczajnie przykro.
Kiedy poprosiła go, żeby poszedł po kolejną siatkę dobroci, posłał jej tylko słaby uśmiech. Taki, który miał być uprzejmy, ale wyszedł wymuszony. Powstrzymał się, żeby nie przewrócić oczami – co samo w sobie było wysiłkiem – i wyszedł z domu. Dopiero na ganku pozwolił sobie przystanąć, a potem usiąść.
Zirytował się bardziej, niż było to potrzebne. Wiedział to. Przecież to była jego Rosie. Przecież to miał być dobry dzień. Spodnie można było przebrać. Jej żarty były głupie, ale nie złośliwe. Droczyła się z nim. Zawsze się droczyła. Oparł łokcie na kolanach i wziął kilka głębokich oddechów. Wciągnął powietrze nosem. Wypuścił powoli ustami. Jeszcze raz. I jeszcze. Przez krótką, wstydliwą chwilę pomyślał o papierosie. O tym, jak bardzo by mu teraz pomógł. I o tym, że obiecał sobie, że już tego nie będzie robił.
Wstał więc i sięgnął do siatki znajdującej się w rowerowym koszyku, a później założył ją na ramię. Rower wprowadził na ganek, bliżej domu, żeby nie rzucał się tak bardzo w oczy z ulicy. Z materiałowej torby wyciągnął jedno z pudełek i otworzył je. Babeczki. Rosie była mistrzynią wypieków. Wiedział to aż za dobrze. Zjadł ją jeszcze przed drzwiami. Bez talerza i w lekkim pośpiechu.
I rzeczywiście – trochę mu przeszło. Nie całkiem, ale wystarczająco, żeby otrzepać dłonie o spodnie i wrócić do środka w nieco lepszym humorze niż z niego wyszedł. Wrócił do kuchni, oblizując palce i nawet nie próbując udawać, że nie poczęstował się po drodze. Cukier wciąż kleił mu się do opuszek, kiedy postawił torbę na stole i skinął głową na zmiankę o kwiatach.
- Zbierałem się do tego – powiedział spokojnie, jakby to było coś oczywistego, a później zaczął rozpakowywać torby. Kiedy padł komentarz o braku różowych rękawiczek, zerknął w jej stronę i posłał jej delikatny, trochę winny uśmiech. Sięgnął do szafki nad zlewem i wyjął jedyny naprawdę reprezentatywny kieliszek do drinków, jaki posiadał. Właściwie… był to kieliszek do wina. Duży, trochę przesadny. Kupił go kiedyś przyjaciółce w prezencie, a potem wspólnie uznali, że bardziej przyda się u niego niż u niej. Miał krzywą nóżkę, jakby ktoś delikatnie wygiął ją w bok, miał nawet zielone listki. Całość sprawiała wrażenie kwiatu, chociaż Dylanowi przypominała coś innego. Ale tylko gdy patrzył się na niego za długo!
Oczywiście był różowy.
Dylan wsypał do środka kilka kostek lodu, prosto z zamrażalnika, kiedy w końcu dotarło do niego, co tak naprawdę miała na myśli. Że to nie… to. Że chodziło o serial. O „Seks w wielkim mieście”. Zatrzymał się w pół ruchu. I zrobiło mu się potwornie głupio. Cała złość, całe napięcie, to dziwne ukłucie w klatce piersiowej – wszystko zeszło z niego naraz, jakby ktoś spuścił powietrze z balonu. Prychnął cicho pod nosem i odłożył butelkę z syropem na blat. Przesunął krzesło i usiadł obok Rosie, a potem jeszcze bliżej. Objął ją od tyłu, opierając brodę na jej ramieniu, zupełnie naturalnie.
Jestem idiotą. Wybacz.
Wydawał się mówić, ale nic nie powiedział. Nie musiał. Na koniec ścisnął ją trochę mocniej. – Możemy jechać teraz. Zrobię ci drinka na wynos – zaproponował.
Rosie Albright
Mruczka, but call me Kicia
Nie miała pojęcia, o co chodziła Dylanowi. Coś burczał pod nosem, ale nie była pewna właściwie co. Ważne jednak było to, że wszystko się zmieniło. Jeszcze rano, kiedy widzieli się na zgromadzeniu, wszystko było w porządku. Dylan był szczęśliwy i zadowolony. Dylan się uśmiechał i zdawał się być daleko od tego wszystkiego. Teraz nie był.
Teraz Dylan wyglądał jak w chorobie. Bo tym właśnie była tamta kobieta. — Chorobą, która go zaatakowała. Rosie nie miała zwyczaju myśleć w ten sposób o ludziach. Lubiła ich usprawiedliwiać, lubiła widzieć w nich dobro, lubiła o nich walczyć i w nich wierzyć. I na początku robiła to samo względem Iriny, choć nie miała chociaż jednego powodu do tego, aby ją lubić. Dylan jednak powtarzał, że nie rozumie. Mówił, że ona nie jest taka, jaka się wydaje. I Rosie mu uwierzyła. Rosie uwierzyła, że może rzeczywiście nie była taka zła, za jaką miała ją od początku, ponieważ przemawiała przez nią grzeszna zazdrość, z której musiała się nieustannie spowiadać.
Aż w końcu zrozumiała, że się myliła. Że po raz pierwszy miała do czynienia z Diabłem w ludzkiej skórze. Z chorobą, która ogarnęła Dylana, wprowadzając go w ten niepokojący stan, przejmując nad nim kontrolę i sprawiając, że charakterystyczne dla mężczyzny cechy, zaczęły zanikać, ustępując miejsca innym, zdecydowanie gorszym.
Aktualnie Dylan był w stanie zdrowienia. Niepokojące objawy wyciszały się. Leki w postaci wspólnie spędzanego czasu zaczynały działać. A jednak w dalszym ciągu, w najmniej oczekiwanych momentach, właśnie jak teraz, choroba dawała o sobie znać, na chwilę przejmując nad nim kontrolę. W takich sytuacjach Dylan tracił swój luz, tracił swój uśmiech i swoją swobodę. Zastępowane były jakąś całkowicie obcą złością. — Rosie przychodziło na myśl nawet inne, znacznie bardziej dosadne słowo, ale nie widziała powodu, dla którego miałaby go używać, bo takich słów nie używała prawie w ogóle.
To spojrzenie, które jej posłał… To nie był Dylan. To nie był jej Dylan. I tej myśli się uczepiła, bo w innym przypadku ścisnęłoby ją z przykrości z taką siłą, że mogłaby wręcz pęknąć. Podobnie jak ten twardy ton, który nie istniał w wykonaniu Dylana, dopóki w jego życiu nie pojawiła się ona… Nigdy wcześniej tak do niej nie mówił. Nigdy.
Rosie nie chciała w to wchodzić. Rosie wolała się wycofać. Nie zamierzała się z nim spierać, nie zamierzała prowadzić tej dziwnej dyskusji, której ani trochę nie rozumiała, bo nawet przez myśl jej nie przeszło, o czym mógł pomyśleć jej przyjaciel. I właśnie dlatego posłała go po tę nieszczęsną siatkę, wierząc, że kiedy Dylan wróci być może uda im się zacząć to spotkanie jeszcze raz, od nowa.
Uśmiechnęła się pod nosem na widok oblizywanych przez Dylana palców, świadczących o tym, że poczęstował się deserem. I teraz musiało już być lepiej, bo Rosie wiedziała, że miała prawdziwy dar uszczęśliwiania ludzi swoimi deserami. Nie było osoby, która nie przepadłaby dla jej wypieków i nie uśmiechnęła się po ich spałaszowaniu. Naprawdę!
Wróciła spojrzeniem do komputera, przeglądając produkty znajdujące się w koszyku. Podbródek oparła na dłoni i w całkowicie nieświadomym i równie typowym dla siebie geście, zaczęła rytmicznie uderzać opuszką palca wskazującego o czubek swojego nosa. Robiła tak zawsze, kiedy skupiała się i miała wolne ręce, przyzwyczajona do tego, że zwykle, kiedy musiała się skoncentrować, ręce miała zajęte.
— Przywiozłam rzeczy na Hugo, są w tej pierwszej torbie. — Oderwała się na chwilę od ekranu. — Albo nie, chyba w tej drugiej. — Zawahała się, a później machnęła dłonią. — No w którejś są na pewno. — Dodała, wciąż bardziej zajęta potencjalną aranżacją ogrodu, niż przygotowywaniem drinka. Jej uwagę dopiero zwróciło prychnięcie Dylana. Obserwowała go przez chwilę. Wtedy, kiedy przysuwał krzesło i kiedy usiadł obok, tuż obok niej. I odwróciła się, dopiero kiedy oparł brodę o jej ramię. Przyjemne ciepło rozlało się po jej żołądku. Jej Dylan znowu tu był.
Dłonią pogłaskała jego włosy. Nigdy nie unikali również tej fizycznej bliskości, a przynajmniej tej, która wciąż wchodziła w ramy bliskości przyjacielskiej. Zahaczyła niechcący o jego ucho, a gdy jej palce już tam się znalazły, Rosie poszła za ciosem i przesunęły się dalej, w stronę męskiego karku. Wciąż wpatrywała się w ekran, który wyświetlał teraz jakieś kwiaty, ale jakie, Rosie nie umiała stwierdzić, chociaż patrzyła na ich nazwę wypisaną dużymi, pogrubionymi literami. W ogóle niczego nie widziała. Myślała tylko i wyłącznie o tym, że jej palce zsunęły się na kark Dylana, gładząc go delikatnie i subtelnie tak, jakby było to najnormalniejsze na świecie. W końcu cofnęła rękę, wracając nią do siebie, wraz z chwilą, kiedy poczuła, jak robi się jej gorąco.
— Będę jak te zdesperowane czterdziestolatki, które jeżdżą białymi SUV-ami, wożą dzieci na lekcje tenisa, ich mężowie są w nieustannych delegacjach, a one w kubkach termicznych na kawę, mają whisky? — Spytała, w końcu obracając się do bruneta, nie próbując już dłużej udawać, że jest w stanie się na czymkolwiek skupić. — Super! Chcę tak! — Zaklaskała w dłonie z pełnią swojej ekscytacji. — Ale żadne whisky. Poproszę słodziutkie Hugo. I nie kubek termiczny — chociaż takiego chyba nie masz… — zawahała się — a ten swój bidon granatowy. Zgra mi się kolorystycznie z moimi dżinsami. — Wyjaśniła mu, bo pod względem kolorystycznym wszystko musiało się zgadzać. — Ale wiesz, że nie ma nic za darmo? — Spytała, przedłużając przy tym kilka z sylab. — I drineczek nie wystarczy. — Zacmokała, kręcąc przecząco głową. — Pomogę ci z tym ogródkiem. Wybierzemy dzisiaj wszystko, a później w tygodniu pomogę ci to powsadzać i zaplanować, gdzie co ma być, ale w zamian musisz mi obiecać, że będę miała pierwszeństwo w korzystaniu z niego. No wiesz, pierwszego grilla, którego zrobisz tej wiosny, zorganizujemy razem.
Dylan Hays
Teraz Dylan wyglądał jak w chorobie. Bo tym właśnie była tamta kobieta. — Chorobą, która go zaatakowała. Rosie nie miała zwyczaju myśleć w ten sposób o ludziach. Lubiła ich usprawiedliwiać, lubiła widzieć w nich dobro, lubiła o nich walczyć i w nich wierzyć. I na początku robiła to samo względem Iriny, choć nie miała chociaż jednego powodu do tego, aby ją lubić. Dylan jednak powtarzał, że nie rozumie. Mówił, że ona nie jest taka, jaka się wydaje. I Rosie mu uwierzyła. Rosie uwierzyła, że może rzeczywiście nie była taka zła, za jaką miała ją od początku, ponieważ przemawiała przez nią grzeszna zazdrość, z której musiała się nieustannie spowiadać.
Aż w końcu zrozumiała, że się myliła. Że po raz pierwszy miała do czynienia z Diabłem w ludzkiej skórze. Z chorobą, która ogarnęła Dylana, wprowadzając go w ten niepokojący stan, przejmując nad nim kontrolę i sprawiając, że charakterystyczne dla mężczyzny cechy, zaczęły zanikać, ustępując miejsca innym, zdecydowanie gorszym.
Aktualnie Dylan był w stanie zdrowienia. Niepokojące objawy wyciszały się. Leki w postaci wspólnie spędzanego czasu zaczynały działać. A jednak w dalszym ciągu, w najmniej oczekiwanych momentach, właśnie jak teraz, choroba dawała o sobie znać, na chwilę przejmując nad nim kontrolę. W takich sytuacjach Dylan tracił swój luz, tracił swój uśmiech i swoją swobodę. Zastępowane były jakąś całkowicie obcą złością. — Rosie przychodziło na myśl nawet inne, znacznie bardziej dosadne słowo, ale nie widziała powodu, dla którego miałaby go używać, bo takich słów nie używała prawie w ogóle.
To spojrzenie, które jej posłał… To nie był Dylan. To nie był jej Dylan. I tej myśli się uczepiła, bo w innym przypadku ścisnęłoby ją z przykrości z taką siłą, że mogłaby wręcz pęknąć. Podobnie jak ten twardy ton, który nie istniał w wykonaniu Dylana, dopóki w jego życiu nie pojawiła się ona… Nigdy wcześniej tak do niej nie mówił. Nigdy.
Rosie nie chciała w to wchodzić. Rosie wolała się wycofać. Nie zamierzała się z nim spierać, nie zamierzała prowadzić tej dziwnej dyskusji, której ani trochę nie rozumiała, bo nawet przez myśl jej nie przeszło, o czym mógł pomyśleć jej przyjaciel. I właśnie dlatego posłała go po tę nieszczęsną siatkę, wierząc, że kiedy Dylan wróci być może uda im się zacząć to spotkanie jeszcze raz, od nowa.
Uśmiechnęła się pod nosem na widok oblizywanych przez Dylana palców, świadczących o tym, że poczęstował się deserem. I teraz musiało już być lepiej, bo Rosie wiedziała, że miała prawdziwy dar uszczęśliwiania ludzi swoimi deserami. Nie było osoby, która nie przepadłaby dla jej wypieków i nie uśmiechnęła się po ich spałaszowaniu. Naprawdę!
Wróciła spojrzeniem do komputera, przeglądając produkty znajdujące się w koszyku. Podbródek oparła na dłoni i w całkowicie nieświadomym i równie typowym dla siebie geście, zaczęła rytmicznie uderzać opuszką palca wskazującego o czubek swojego nosa. Robiła tak zawsze, kiedy skupiała się i miała wolne ręce, przyzwyczajona do tego, że zwykle, kiedy musiała się skoncentrować, ręce miała zajęte.
— Przywiozłam rzeczy na Hugo, są w tej pierwszej torbie. — Oderwała się na chwilę od ekranu. — Albo nie, chyba w tej drugiej. — Zawahała się, a później machnęła dłonią. — No w którejś są na pewno. — Dodała, wciąż bardziej zajęta potencjalną aranżacją ogrodu, niż przygotowywaniem drinka. Jej uwagę dopiero zwróciło prychnięcie Dylana. Obserwowała go przez chwilę. Wtedy, kiedy przysuwał krzesło i kiedy usiadł obok, tuż obok niej. I odwróciła się, dopiero kiedy oparł brodę o jej ramię. Przyjemne ciepło rozlało się po jej żołądku. Jej Dylan znowu tu był.
Dłonią pogłaskała jego włosy. Nigdy nie unikali również tej fizycznej bliskości, a przynajmniej tej, która wciąż wchodziła w ramy bliskości przyjacielskiej. Zahaczyła niechcący o jego ucho, a gdy jej palce już tam się znalazły, Rosie poszła za ciosem i przesunęły się dalej, w stronę męskiego karku. Wciąż wpatrywała się w ekran, który wyświetlał teraz jakieś kwiaty, ale jakie, Rosie nie umiała stwierdzić, chociaż patrzyła na ich nazwę wypisaną dużymi, pogrubionymi literami. W ogóle niczego nie widziała. Myślała tylko i wyłącznie o tym, że jej palce zsunęły się na kark Dylana, gładząc go delikatnie i subtelnie tak, jakby było to najnormalniejsze na świecie. W końcu cofnęła rękę, wracając nią do siebie, wraz z chwilą, kiedy poczuła, jak robi się jej gorąco.
— Będę jak te zdesperowane czterdziestolatki, które jeżdżą białymi SUV-ami, wożą dzieci na lekcje tenisa, ich mężowie są w nieustannych delegacjach, a one w kubkach termicznych na kawę, mają whisky? — Spytała, w końcu obracając się do bruneta, nie próbując już dłużej udawać, że jest w stanie się na czymkolwiek skupić. — Super! Chcę tak! — Zaklaskała w dłonie z pełnią swojej ekscytacji. — Ale żadne whisky. Poproszę słodziutkie Hugo. I nie kubek termiczny — chociaż takiego chyba nie masz… — zawahała się — a ten swój bidon granatowy. Zgra mi się kolorystycznie z moimi dżinsami. — Wyjaśniła mu, bo pod względem kolorystycznym wszystko musiało się zgadzać. — Ale wiesz, że nie ma nic za darmo? — Spytała, przedłużając przy tym kilka z sylab. — I drineczek nie wystarczy. — Zacmokała, kręcąc przecząco głową. — Pomogę ci z tym ogródkiem. Wybierzemy dzisiaj wszystko, a później w tygodniu pomogę ci to powsadzać i zaplanować, gdzie co ma być, ale w zamian musisz mi obiecać, że będę miała pierwszeństwo w korzystaniu z niego. No wiesz, pierwszego grilla, którego zrobisz tej wiosny, zorganizujemy razem.
Dylan Hays
k(ocica)
Dylan zamknął oczy. Oparł głowę wygodniej na jej ramieniu i pozwolił sobie na ten moment wyluzować. Po prostu był i nic więcej nie było mu potrzebne. Tego właśnie mu brakowało. Tej prostej, szczerej obecności drugiego człowieka. Dotyku, który nie ciągnął za sobą żadnych oczekiwań, nie domagał się ciągu dalszego, nie komplikował. Który nie musiał nic znaczyć. Oddychał wolniej, spokojniej, czując ciepło jej pleców i delikatny ruch jej palców na karku. To przytulenie było wszystkim naraz: podziękowaniem, przeprosinami, ulgą. Cichym przepraszam, że się pogubiłem i równie cichym dziękuję, że jesteś.
W ciągu ostatnich tygodni Dylan powoli wracał do dawnego siebie, a jednak… nie było zupełnie jak przed Iriną. Jego ramiona rzadko opadały same. Nawet siedząc spokojnie, nosił w sobie napięcie, jakby coś w każdej chwili miało go zawołać do biegu.
Hays nie raz, nie dwa tracił po drodze cząstki siebie. A może raczej – odkładał je na półkę. Na później. Na lepszy moment. Zmniejszał je, przycinał, dopasowywał do życia, które akurat przyszło mu prowadzić. Każda dziecko miało kiedyś swoją małą obsesję. Taką, która zazwyczaj mijała po kilku miesiącach. Mały Dylan też je miał. Najpierw starożytny Egipt – piramidy, mumie i książki wypożyczane z biblioteki szybciej, niż w tym wieku był w stanie je przeczytać. Potem dinozaury i odkrycie, które w wieku dziewięciu lat wydawało mu się absolutnie kluczowe: że gdyby nie wyginęły, ludzie dziś wyglądaliby jak reptilianie. Był tym przejęty do tego stopnie, że kiedy udało mu się złapać na dworze jaszczurkę, stawał z nią przed lustrem, próbując odnaleźć w sobie choć cień podobieństwa do małego gada.
Później przyszła fascynacja końcem świata. Teorie Majów, artykuły o słońcu, które pewnego dnia miało pochłonąć cały układ słoneczny. Stresował się tym naprawdę – najbardziej faktem, że dorośli wydawali się zupełnie niewzruszeni.
Jedno zainteresowanie jednak nie minęło. Przyczepiło się do niego wcześnie i zostało. Biologia morska – choć wtedy nie znał jeszcze tego słowa. U babci telewizor niemal zawsze był ustawiony na kanały przyrodnicze. Dylan często rysował coś nieporadnie na kartkach i słuchał o świecie, który istniał pod powierzchnią wody. O stworzeniach, które oddychały inaczej, poruszały się inaczej, żyły według zasad zupełnie obcych temu, co znał na lądzie. Ten podwodny świat wydawał mu się spokojniejszy. Z czasem i to wylądowało na półce. Przykryte tą jedną, smutną życiową perturbacją, która sprawiła, że Dylan znalazł się tam gdzie się znalazł. A jednak nigdy nie zniknęło całkiem. Schowane było w niedużym pokoju, w akwarium, które stało w salonie i czekało na nowych lokatorów i w wakacyjnych planach Dylana.
Siedząc u babci z kredkami rozsypanymi po stole i telewizorem grającym w tle, dowiedział się o rekinach. O tym, że niektóre gatunki muszą być w ciągłym ruchu. Że tylko wtedy woda przepływa przez ich skrzela i pozwala im oddychać. Że zatrzymanie się nie jest dla nich odpoczynkiem, a zagrożeniem. Mały Dylan długo nie potrafił tego zrozumieć. Wydawało mu się to okrutne – życie, w którym nie wolno się zatrzymać. W którym nawet sen musiał być ruchem. Słuchał o tym z przejęciem, rysując w zeszycie wielkie, nieproporcjonalne płetwy i zęby, i zastanawiał się, jak to jest żyć z taką świadomością. Że jeśli przestaniesz płynąć, zabraknie ci powietrza.
Ciało Dylana wydawało się być przekonane, że ten sam los musi czekać jego. Sen nie zawsze przychodził gładko – bywał płytki, niespokojny. Zdarzało się, że drgał nagle, jakby coś szarpnęło go od środka. Złość przychodziła szybciej niż kiedyś, jak impuls w źle podłączonym obwodzie. A kiedy znikała, zostawiała po sobie tylko zmęczenie. Przy Irinie wszystko było głośnie – emocje, gesty, nawet cisza wydawała się dzwonić w uszach. Teraz zwykłe dni wydawały się zbyt ciche. Przy Irinie wszystko było głośne. Emocje, gesty, słowa. Nawet cisza między nimi zdawała się dzwonić w uszach. Była miłość albo jej brak. Krzyk albo dotyk. Haj albo upadek.
- Ummm… - zmarszczył lekko brwi, nie wiedząc jakiej odpowiedzi powinien udzielić na ten dość obrazowy opis zdesperowanych czterdziestolatek, jednak na entuzjazm Rosie uśmiechnął się szeroko. Podniósł się z miejsca, kręcąc głową. – Czy ja wyglądam na kogoś, kto pije whisky? Myślałam, że lepiej mnie znasz – sięgnął po bidon sportowy, ten sam, który zwykle brał na poranne bieganie i bez większego ceremoniału zarżał przerzucać do niego kostki lodu z różowej lampki. Jedne po drugiej, dźwięcznie, aż bidon zrobił się ciężki i zimny w dłoni. – Nie mam nawet czegoś takiego w domu – dorzucił jeszcze kilka. Potem przyszła kolej na resztę. Dolał prosecco – na oko, bo Dylan nie mierzył niczego dokładnie, a później sięgnął po limonkę. Przekroił ją sprawnie i zaczął wyciskać nad bidonem, aż sok ściekał po jego palcach. Kiedy wydawało się, że to już wszystko, wsadził połówkę limonki do ust i wyssał resztki soku, marszcząc przy tym nos i krzywiąc się dramatycznie. – Nie? – zaśmiał się pod nosem, bez wahania wrzucając kawałek limonki do środka i dolewając syropu z kwiatu bzu. Zakręcił bidon i potrząsnął nim kilka razy, a lód zadźwięczał głucho. – Myślałem, że szansa na wspólnie spędzony czas ze mną to wystarczająca zapłata… Spróbuj – wyciągnął bidon w stronę Rosie. – I właściwie myślę, że za to, że pozwoliłbym ci mi pomóc ty powinnaś się jakoś odpłacić… Muszę iść się przebrać.
Rosie Albright
W ciągu ostatnich tygodni Dylan powoli wracał do dawnego siebie, a jednak… nie było zupełnie jak przed Iriną. Jego ramiona rzadko opadały same. Nawet siedząc spokojnie, nosił w sobie napięcie, jakby coś w każdej chwili miało go zawołać do biegu.
Hays nie raz, nie dwa tracił po drodze cząstki siebie. A może raczej – odkładał je na półkę. Na później. Na lepszy moment. Zmniejszał je, przycinał, dopasowywał do życia, które akurat przyszło mu prowadzić. Każda dziecko miało kiedyś swoją małą obsesję. Taką, która zazwyczaj mijała po kilku miesiącach. Mały Dylan też je miał. Najpierw starożytny Egipt – piramidy, mumie i książki wypożyczane z biblioteki szybciej, niż w tym wieku był w stanie je przeczytać. Potem dinozaury i odkrycie, które w wieku dziewięciu lat wydawało mu się absolutnie kluczowe: że gdyby nie wyginęły, ludzie dziś wyglądaliby jak reptilianie. Był tym przejęty do tego stopnie, że kiedy udało mu się złapać na dworze jaszczurkę, stawał z nią przed lustrem, próbując odnaleźć w sobie choć cień podobieństwa do małego gada.
Później przyszła fascynacja końcem świata. Teorie Majów, artykuły o słońcu, które pewnego dnia miało pochłonąć cały układ słoneczny. Stresował się tym naprawdę – najbardziej faktem, że dorośli wydawali się zupełnie niewzruszeni.
Jedno zainteresowanie jednak nie minęło. Przyczepiło się do niego wcześnie i zostało. Biologia morska – choć wtedy nie znał jeszcze tego słowa. U babci telewizor niemal zawsze był ustawiony na kanały przyrodnicze. Dylan często rysował coś nieporadnie na kartkach i słuchał o świecie, który istniał pod powierzchnią wody. O stworzeniach, które oddychały inaczej, poruszały się inaczej, żyły według zasad zupełnie obcych temu, co znał na lądzie. Ten podwodny świat wydawał mu się spokojniejszy. Z czasem i to wylądowało na półce. Przykryte tą jedną, smutną życiową perturbacją, która sprawiła, że Dylan znalazł się tam gdzie się znalazł. A jednak nigdy nie zniknęło całkiem. Schowane było w niedużym pokoju, w akwarium, które stało w salonie i czekało na nowych lokatorów i w wakacyjnych planach Dylana.
Siedząc u babci z kredkami rozsypanymi po stole i telewizorem grającym w tle, dowiedział się o rekinach. O tym, że niektóre gatunki muszą być w ciągłym ruchu. Że tylko wtedy woda przepływa przez ich skrzela i pozwala im oddychać. Że zatrzymanie się nie jest dla nich odpoczynkiem, a zagrożeniem. Mały Dylan długo nie potrafił tego zrozumieć. Wydawało mu się to okrutne – życie, w którym nie wolno się zatrzymać. W którym nawet sen musiał być ruchem. Słuchał o tym z przejęciem, rysując w zeszycie wielkie, nieproporcjonalne płetwy i zęby, i zastanawiał się, jak to jest żyć z taką świadomością. Że jeśli przestaniesz płynąć, zabraknie ci powietrza.
Ciało Dylana wydawało się być przekonane, że ten sam los musi czekać jego. Sen nie zawsze przychodził gładko – bywał płytki, niespokojny. Zdarzało się, że drgał nagle, jakby coś szarpnęło go od środka. Złość przychodziła szybciej niż kiedyś, jak impuls w źle podłączonym obwodzie. A kiedy znikała, zostawiała po sobie tylko zmęczenie. Przy Irinie wszystko było głośnie – emocje, gesty, nawet cisza wydawała się dzwonić w uszach. Teraz zwykłe dni wydawały się zbyt ciche. Przy Irinie wszystko było głośne. Emocje, gesty, słowa. Nawet cisza między nimi zdawała się dzwonić w uszach. Była miłość albo jej brak. Krzyk albo dotyk. Haj albo upadek.
- Ummm… - zmarszczył lekko brwi, nie wiedząc jakiej odpowiedzi powinien udzielić na ten dość obrazowy opis zdesperowanych czterdziestolatek, jednak na entuzjazm Rosie uśmiechnął się szeroko. Podniósł się z miejsca, kręcąc głową. – Czy ja wyglądam na kogoś, kto pije whisky? Myślałam, że lepiej mnie znasz – sięgnął po bidon sportowy, ten sam, który zwykle brał na poranne bieganie i bez większego ceremoniału zarżał przerzucać do niego kostki lodu z różowej lampki. Jedne po drugiej, dźwięcznie, aż bidon zrobił się ciężki i zimny w dłoni. – Nie mam nawet czegoś takiego w domu – dorzucił jeszcze kilka. Potem przyszła kolej na resztę. Dolał prosecco – na oko, bo Dylan nie mierzył niczego dokładnie, a później sięgnął po limonkę. Przekroił ją sprawnie i zaczął wyciskać nad bidonem, aż sok ściekał po jego palcach. Kiedy wydawało się, że to już wszystko, wsadził połówkę limonki do ust i wyssał resztki soku, marszcząc przy tym nos i krzywiąc się dramatycznie. – Nie? – zaśmiał się pod nosem, bez wahania wrzucając kawałek limonki do środka i dolewając syropu z kwiatu bzu. Zakręcił bidon i potrząsnął nim kilka razy, a lód zadźwięczał głucho. – Myślałem, że szansa na wspólnie spędzony czas ze mną to wystarczająca zapłata… Spróbuj – wyciągnął bidon w stronę Rosie. – I właściwie myślę, że za to, że pozwoliłbym ci mi pomóc ty powinnaś się jakoś odpłacić… Muszę iść się przebrać.
Rosie Albright
Mruczka, but call me Kicia
Rosie nie była szczególnie dotykalska. A może była, ale nie ze wszystkimi. Lubiła dużo gestykulować, często mówiąc, wyciągała ręce w stronę osób, z którymi rozmawiała. Czasem kładła dłonie na ich przedramionach, chcąc podkreślić w ten sposób coś w opowiadanej przez siebie historii, a innymi razy szturchała swoich znajomych najpierw ramieniem, a później biodrem. Lubiła tańczyć, chętnie obejmując i dając się obejmować, a także wykonywała mnóstwo mikroskopijnych, przepełnionych delikatnością gestów, takich jak krótkie muśnięcia, poprawienie cudzych włosów czasem dłonią, a innymi razy dmuchnięciem. Wszystko to robiła jednak wyłącznie ze swoimi bliskimi. Dotyk nieznajomych ludzi ją krępował i peszył. Aby nawiązać cielesną bliskość, potrzebowała przede wszystkim bliskości emocjonalnej. I nie oznaczało to wcale, że musiała znać się z kimś długo. Po prostu istniały osoby — chociażby taki Dylan, choć on akurat był całkowicie wyjątkowy pod każdym względem — które kupowały ją momentalnie, sprawiając, że Rosie czuła się przy nich pewnie i bezpiecznie. A wtedy dotyk pojawiał się sam.
W ich przypadku zdawał się istnieć od samego początku. Zaburzyło go natomiast pojawienie się Iriny wich jego życiu. Rosie przeżyła już wiele dziewczyn, z którymi wiązał się Dylan, ale żadna dotąd nie wpłynęła tak dotkliwie na ich relację. I nie była to kwestia tego, że był to jego najdłuższy związek, a wyłącznie wina tego, jaką formę on przyjął. Był to czas, w którym Rosie zdążyła zapomnieć, jak długie były ręce Dylana, które zdawało się, że obejmując ją, byłyby w stanie okrążyć ją przynajmniej dwukrotnie. A teraz z przyjemnością sobie o tym ponownie przypominała, planując się delektować każdą bliskością.
— A ja myślałam, że jesteś już w tym wieku, że ludzie na każdą możliwą okazję dają ci już wyłącznie whisky. — Uniosła brwi i spojrzała na niego sugestywnie, oczywiście żartując. Przez chwilę popatrzyła, jak Dylan przygotowywał drinka, a później skupiła się ponownie na notatniku, traktując go już zupełnie, jak swój. — Chcesz, żebym płaciła ci za możliwość spędzania z tobą czasu? — Zapytała i roześmiała się perliście, odbierając od niego drinka. — Wiesz jak to się nazywa? — Spojrzała na niego znacząco, dalej się śmiejąc. — Oczywiście, że wiesz! — Upiła drinka, po czym westchnęła rozradowana i całą rozpromieniona. — Ale jeśli zrobisz mi później jeszcze takiego drugiego… — Tu wskazała palcem na bidon. — To jestem gotowa przemyśleć tę zapłatę.
Z małą czerwoną torebką, notatnikiem pod pachą i bidonem w ręce, Rosie umościła się w Chewiem, w którym czuła się jak u siebie. Z bidonu upiła kolejnego łyka, nim umieściła go w miejscu specjalnie przeznaczonym na kubki, a później sięgnęła do skrytki, aby wyciągnąć z niej płytę Britney Spears, którą od razu włożyła do odtwarzacza. A później szybko, choć gapowato i niezdarnie przełączyła od razu na drugi utwór po tym, jak już poleciało kilka pierwszych dźwięków Toxic. Może lepiej, żeby Dylan tego nie słuchał? Tak na wszelki wypadek, żeby nie przyszło mu na wspominki. Baby one more time było zdecydowanie lepsze. Nie! Nie było lepsze! Je też Rosie już po chwili przełączyła. Gimme more. Stare dobre Gimme more było natomiast niezastąpione.
Rosie kochała Britney Spears od wczesnych lat dziecięcych. Był to jej pierwszy poważny grzech, z którego musiała się spowiadać. Jako że nie była w stanie wybłagać rodziców, aby kupili jej płytę Britney — bo ci mówili, że jest ona co najmniej niestosowna i nieodpowiednia dla dziewczynek w jej wieku — zmuszona była do kilkukrotnego złamania prawa. Po pierwsze przegrała tę płytę nielegalnie, robiąc własnoręcznie jej piracką wersję. Po drugie słuchała Britney Spears w ukryciu przed rodzicami. Z dzisiejszej perspektywy musiała przyznać Albrightom rację. Piosenki Britney były niestosowne i nieodpowiednie dla wszystkich, a nie tylko dla małych dziewczynek, ale Rosie uwielbiała je do dzisiaj. I kiedy tylko zaczęli z Dylanem jeździć na swoje wycieczki, pierwsze co zrobiła, to kupiła składankę zawierającą wszystkie najważniejsze utwory ikony popu.
Do sklepu ogrodniczego dojechali niewiele później, a jednak Rosie czuła, że Hugo zrobiło swoje. Nie była jeszcze wstawiona i nie szumiało jej w głowie, ale humor jej dopisywał, przez co buzia się jej nie zamykała. Zdążyła opowiedzieć Dylanowi o tym, że na oddziale ostatnio spotkała się ze swoją (no prawie) imienniczką, Rose, której wymalowała kilka różyczek na gipsie. Opowiedziała mu historię o tym, jak pomyliła liczbę oczek w kamizelce, którą aktualnie robiła i jak musiała ją pruć i sfrustrowała się tym na tyle, że zamiast ją kontynuować, zaczęła szydełkować nową kapę na kanapę. A teraz trajkotała mu o tym, że zbliżały się urodziny ordynatora oddziału, a ona zachodziła w głowę, czy wypadało jej piec dla niego tort. Urwała praktycznie w połowie zdania, kiedy zajechali na parking, po czym z bidonem w dłoni, wyskoczyła z auta, które w zetknięciu z jej krótkimi nogami było naprawdę duże.
— Musimy znaleźć kogoś, kto powie nam co właściwie możemy wsadzać w tym czasie. — Zarządziła, ruszając. Chwyciła jego dłoń, aby za jej pomocą podnieść jego ręką, którą sama na siebie zarzuciła. Byli idealnie niedopasowani. On wysoki i długi, ona nadzwyczajnie krótka i drobna. Rosie jednak to uwielbiała. Zanim jednak zdążyłaby utonąć w tym objęciu, do którego sama Dylana zmusiła, przyspieszyła kroku, oddalając się nagle i już machała swoją małą dłonią w kierunku kobiety w średnim wieku ubranej w charakterystyczny, firmowy, zielony polar. — Pani nam z pewnością pomoże! — Rosie stwierdziła z entuzjazmem, już się uśmiechając.
Dylan Hays
W ich przypadku zdawał się istnieć od samego początku. Zaburzyło go natomiast pojawienie się Iriny w
— A ja myślałam, że jesteś już w tym wieku, że ludzie na każdą możliwą okazję dają ci już wyłącznie whisky. — Uniosła brwi i spojrzała na niego sugestywnie, oczywiście żartując. Przez chwilę popatrzyła, jak Dylan przygotowywał drinka, a później skupiła się ponownie na notatniku, traktując go już zupełnie, jak swój. — Chcesz, żebym płaciła ci za możliwość spędzania z tobą czasu? — Zapytała i roześmiała się perliście, odbierając od niego drinka. — Wiesz jak to się nazywa? — Spojrzała na niego znacząco, dalej się śmiejąc. — Oczywiście, że wiesz! — Upiła drinka, po czym westchnęła rozradowana i całą rozpromieniona. — Ale jeśli zrobisz mi później jeszcze takiego drugiego… — Tu wskazała palcem na bidon. — To jestem gotowa przemyśleć tę zapłatę.
Z małą czerwoną torebką, notatnikiem pod pachą i bidonem w ręce, Rosie umościła się w Chewiem, w którym czuła się jak u siebie. Z bidonu upiła kolejnego łyka, nim umieściła go w miejscu specjalnie przeznaczonym na kubki, a później sięgnęła do skrytki, aby wyciągnąć z niej płytę Britney Spears, którą od razu włożyła do odtwarzacza. A później szybko, choć gapowato i niezdarnie przełączyła od razu na drugi utwór po tym, jak już poleciało kilka pierwszych dźwięków Toxic. Może lepiej, żeby Dylan tego nie słuchał? Tak na wszelki wypadek, żeby nie przyszło mu na wspominki. Baby one more time było zdecydowanie lepsze. Nie! Nie było lepsze! Je też Rosie już po chwili przełączyła. Gimme more. Stare dobre Gimme more było natomiast niezastąpione.
Rosie kochała Britney Spears od wczesnych lat dziecięcych. Był to jej pierwszy poważny grzech, z którego musiała się spowiadać. Jako że nie była w stanie wybłagać rodziców, aby kupili jej płytę Britney — bo ci mówili, że jest ona co najmniej niestosowna i nieodpowiednia dla dziewczynek w jej wieku — zmuszona była do kilkukrotnego złamania prawa. Po pierwsze przegrała tę płytę nielegalnie, robiąc własnoręcznie jej piracką wersję. Po drugie słuchała Britney Spears w ukryciu przed rodzicami. Z dzisiejszej perspektywy musiała przyznać Albrightom rację. Piosenki Britney były niestosowne i nieodpowiednie dla wszystkich, a nie tylko dla małych dziewczynek, ale Rosie uwielbiała je do dzisiaj. I kiedy tylko zaczęli z Dylanem jeździć na swoje wycieczki, pierwsze co zrobiła, to kupiła składankę zawierającą wszystkie najważniejsze utwory ikony popu.
Do sklepu ogrodniczego dojechali niewiele później, a jednak Rosie czuła, że Hugo zrobiło swoje. Nie była jeszcze wstawiona i nie szumiało jej w głowie, ale humor jej dopisywał, przez co buzia się jej nie zamykała. Zdążyła opowiedzieć Dylanowi o tym, że na oddziale ostatnio spotkała się ze swoją (no prawie) imienniczką, Rose, której wymalowała kilka różyczek na gipsie. Opowiedziała mu historię o tym, jak pomyliła liczbę oczek w kamizelce, którą aktualnie robiła i jak musiała ją pruć i sfrustrowała się tym na tyle, że zamiast ją kontynuować, zaczęła szydełkować nową kapę na kanapę. A teraz trajkotała mu o tym, że zbliżały się urodziny ordynatora oddziału, a ona zachodziła w głowę, czy wypadało jej piec dla niego tort. Urwała praktycznie w połowie zdania, kiedy zajechali na parking, po czym z bidonem w dłoni, wyskoczyła z auta, które w zetknięciu z jej krótkimi nogami było naprawdę duże.
— Musimy znaleźć kogoś, kto powie nam co właściwie możemy wsadzać w tym czasie. — Zarządziła, ruszając. Chwyciła jego dłoń, aby za jej pomocą podnieść jego ręką, którą sama na siebie zarzuciła. Byli idealnie niedopasowani. On wysoki i długi, ona nadzwyczajnie krótka i drobna. Rosie jednak to uwielbiała. Zanim jednak zdążyłaby utonąć w tym objęciu, do którego sama Dylana zmusiła, przyspieszyła kroku, oddalając się nagle i już machała swoją małą dłonią w kierunku kobiety w średnim wieku ubranej w charakterystyczny, firmowy, zielony polar. — Pani nam z pewnością pomoże! — Rosie stwierdziła z entuzjazmem, już się uśmiechając.
Dylan Hays
k(ocica)
Dylan nigdy naprawdę nie zastanawiał się, dlaczego tak bardzo ciągnęło go do morskiego świata, dlaczego był żyjącym przeciwieństwem Małej Syrenki, która marzyła o lądzie – podczas gdy on jedne z najszczęśliwszych momentów przeżywał, stojąc na mokrym piasku, z wiatrem we włosach i słonym zapachem powietrza w nozdrzach. Gdyby jednak miał usiąść i przemyśleć to głębiej, odpowiedź byłaby złożona i nieco romantyczna.
Po pierwsze, ocean kojarzył mu się z wolnością – z przestrzenią, w której nie obowiązywały ludzkie zasady.
Po drugie, Dylan był osobą, która mocno wierzyła w dobro i to, że ludzie z natury są dobrzy. Jeśli ktoś zachowywał się źle, nie znaczyło od razu, że był zły – był pogubiony. Źli ludzie byli wynaturzeniem, czymś, co nie mogło naprawdę istnieć – była to dość naiwna myśl, patrząc na jego zawód. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że źli ludzie istnieją. Rozmawiał z nimi wiele razy. Jednak świętą prawdą było dla niego, że stanowią jedynie promil. Pod wodą nie było czegoś takiego jak dobro i zło. Rekin nie udawał dobrego. Meduza nie udawała silnej. One po prostu były. Było to uczciwe w sposób, którego często brakowało w relacjach międzyludzkich.
Po trzecie, nie było niczego lepszego od wypłynięcia dalej od brzegu i zanurkowania. Podwodny świat tłumił dźwięki, spowalniał ruch i rozmywał ostre krawędzie. Pozwalał mu poczuć spokój, którego brakowało na powierzchni.
Po czwarte i chyba najważniejsze – to wszystko było dla niego dowodem na porządek stworzenia. Było to miejsce, gdzie widział Boga w detalach, a nie w dogmatach. Gdzie przypominał sobie, że świat był większy. O wiele większy niż ludzki grzech. Kiedy widział ławicę ryb, nie widział przypadku. Widział boski projekt. Harmonię, w której wszystko miało swoje miejsce.
A po piąte… Ocean był po prostu z a j e b i ś c i e ciekawy. Tajemniczy, zmienny, pełen niespodzianek. Każda ryba, każda meduza, każdy wir w wodzie mógł kryć coś, czego nie znał. To było połączenie nauki, piękna i czystej dziecięcej ciekawości, która w nim nigdy nie wygasła.
Była też szósta rzecz, z której Dylan mógł nawet nie zdawać sobie sprawy – jak wiele miał wspólnego z morskim światem. Przy Irinie Petrovej coś w nim zamikło. Nie całkiem, nie przestał mówić w ogóle, ale nie był już tym samym gadatliwym chłopakiem, który na początku ich znajomości ciągnął za język, wymyślając nowe pytania, śpiewał piosenki i gadał o pierdołach, które nikogo nie interesowały. Był jak delin – zwierzę znane ze swojego hałaśliwego, pełnego kliknięć i gwizdów języka. Delfiny mają imiona, orki posługiwały własne dialekty, a wieloryby śpiewają godzinami. Nawet zwykłe ryby wydają dźwięki. Każde z tych stworzeń, jeśli zostanie zamknięte, stresowane albo skrzywdzone milknie. Staje się bierne, jakby część jego naturalnej energii została uwięziona.
Dylan przeszedł przez coś podobnego. Jego gadatliwość, spontaniczność, wścibska ciekawość – wszystko trochę ucichło pod ciężarem związku, w którym emocje wznosiły się i spadały jak przypływy. A jednak, podobnie jak te morskie stworzenia, powoli odzyskiwał część utraconego normalnego zachowania. Może nie był tak rozgadany jak Rosie, która po kilku łykach Hugo trajkotała bez przerwy, ale nie był milczący.
Objął Marie ramieniem, kręcąc głową z lekkim uśmiechem. Dochodziła dopiero czwarta, a wyglądało na to, że trochę przesadził z alkoholem w Hugo, które jej zrobił. Przyciągnął ją bliżej, ale dziewczyna wymknęła się spod jego ramienia. Natychmiast przyspieszył krok i złapał jej dłoń w swoją, zanim zdążyła podejść do ekspedientki na tyle blisko, żeby zwrócić jej uwagę. – Rosemarie! Mam to wszystko zanotowane. Hej – zatrzymał ją na chwilę, a potem puścił jej rękę. – Kto tu jest szefem? – zapytał lekko. – Idź po wózek i bądź grzeczna, bo inaczej wsadzę cię do środka, żebyś nie latała po sklepie, albo kupię ci zwykłe rękawice ogrodowe, które nie będą ani różowe, ani w serduszka – była to groźba, która mogła przemówić do wyobraźni. Dylan nie żartował. W okresie walentynek znalezienie czegoś, co nie byłoby ani różowe, ani w serduszka, było prawie niemożliwe – ale on mówił serio.
Weszli do środka Lowe’sa, a Dylan niemal od razu tego pożałował. To miał być sklep ogrodniczy. Ziemia, narzędzia, sadzonki, nawozy. Coś konkretnego. Tymczasem już przy wejściu uderzyła go ściana walentynek – małe girlandy z czerwonych serc wisiały między regałami z grabkami, pluszowe misie siedziały obok worków z ziemią, a gdzieś nad działem z sekatorami ktoś uznał za dobry pomysł powiesić baner z napisem „Tu rośnie miłość”.
Dylan poczuł, jak coś w nim się spina.
Nie był to smutek, nie do końca też złość. Raczej to znajome, ciasne uczucie w klatce piersiowej, jakby ktoś złapał go za gardło i ścisnął palcami, mówiąc cicho, ale bardzo wyraźnie: znajdź sobie kogoś. Natychmiast. Bo umrzesz sam jak ten palec.
Przełknął ślinę, odruchowo przesuwając dłonią po karku. Spojrzał na Rosie – różową plamę energii, która zdawała się wiecznie obchodzić walentynki z tymi swoimi serduszkami i słodyczami. – To jest… przytłaczające – mruknął, pchając wózek. – I trochę niebezpieczne, jeśli tak się zastanowić. Człowiek czuje się wystarczająco dobijany emocjonalnie, a tu jeszcze otaczają go piły, noże i sekatory… Wiesz, że w Walentynki rośnie liczba zgłoszeń do awantur domowych? – zapytał, ciągnąc nieprzyjemny temat. Podał Rosie zeszyt, który jeszcze przed chwilą trzymał w ręce. – Co najpierw?
Rosie Albright
Po pierwsze, ocean kojarzył mu się z wolnością – z przestrzenią, w której nie obowiązywały ludzkie zasady.
Po drugie, Dylan był osobą, która mocno wierzyła w dobro i to, że ludzie z natury są dobrzy. Jeśli ktoś zachowywał się źle, nie znaczyło od razu, że był zły – był pogubiony. Źli ludzie byli wynaturzeniem, czymś, co nie mogło naprawdę istnieć – była to dość naiwna myśl, patrząc na jego zawód. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że źli ludzie istnieją. Rozmawiał z nimi wiele razy. Jednak świętą prawdą było dla niego, że stanowią jedynie promil. Pod wodą nie było czegoś takiego jak dobro i zło. Rekin nie udawał dobrego. Meduza nie udawała silnej. One po prostu były. Było to uczciwe w sposób, którego często brakowało w relacjach międzyludzkich.
Po trzecie, nie było niczego lepszego od wypłynięcia dalej od brzegu i zanurkowania. Podwodny świat tłumił dźwięki, spowalniał ruch i rozmywał ostre krawędzie. Pozwalał mu poczuć spokój, którego brakowało na powierzchni.
Po czwarte i chyba najważniejsze – to wszystko było dla niego dowodem na porządek stworzenia. Było to miejsce, gdzie widział Boga w detalach, a nie w dogmatach. Gdzie przypominał sobie, że świat był większy. O wiele większy niż ludzki grzech. Kiedy widział ławicę ryb, nie widział przypadku. Widział boski projekt. Harmonię, w której wszystko miało swoje miejsce.
A po piąte… Ocean był po prostu z a j e b i ś c i e ciekawy. Tajemniczy, zmienny, pełen niespodzianek. Każda ryba, każda meduza, każdy wir w wodzie mógł kryć coś, czego nie znał. To było połączenie nauki, piękna i czystej dziecięcej ciekawości, która w nim nigdy nie wygasła.
Była też szósta rzecz, z której Dylan mógł nawet nie zdawać sobie sprawy – jak wiele miał wspólnego z morskim światem. Przy Irinie Petrovej coś w nim zamikło. Nie całkiem, nie przestał mówić w ogóle, ale nie był już tym samym gadatliwym chłopakiem, który na początku ich znajomości ciągnął za język, wymyślając nowe pytania, śpiewał piosenki i gadał o pierdołach, które nikogo nie interesowały. Był jak delin – zwierzę znane ze swojego hałaśliwego, pełnego kliknięć i gwizdów języka. Delfiny mają imiona, orki posługiwały własne dialekty, a wieloryby śpiewają godzinami. Nawet zwykłe ryby wydają dźwięki. Każde z tych stworzeń, jeśli zostanie zamknięte, stresowane albo skrzywdzone milknie. Staje się bierne, jakby część jego naturalnej energii została uwięziona.
Dylan przeszedł przez coś podobnego. Jego gadatliwość, spontaniczność, wścibska ciekawość – wszystko trochę ucichło pod ciężarem związku, w którym emocje wznosiły się i spadały jak przypływy. A jednak, podobnie jak te morskie stworzenia, powoli odzyskiwał część utraconego normalnego zachowania. Może nie był tak rozgadany jak Rosie, która po kilku łykach Hugo trajkotała bez przerwy, ale nie był milczący.
Objął Marie ramieniem, kręcąc głową z lekkim uśmiechem. Dochodziła dopiero czwarta, a wyglądało na to, że trochę przesadził z alkoholem w Hugo, które jej zrobił. Przyciągnął ją bliżej, ale dziewczyna wymknęła się spod jego ramienia. Natychmiast przyspieszył krok i złapał jej dłoń w swoją, zanim zdążyła podejść do ekspedientki na tyle blisko, żeby zwrócić jej uwagę. – Rosemarie! Mam to wszystko zanotowane. Hej – zatrzymał ją na chwilę, a potem puścił jej rękę. – Kto tu jest szefem? – zapytał lekko. – Idź po wózek i bądź grzeczna, bo inaczej wsadzę cię do środka, żebyś nie latała po sklepie, albo kupię ci zwykłe rękawice ogrodowe, które nie będą ani różowe, ani w serduszka – była to groźba, która mogła przemówić do wyobraźni. Dylan nie żartował. W okresie walentynek znalezienie czegoś, co nie byłoby ani różowe, ani w serduszka, było prawie niemożliwe – ale on mówił serio.
Weszli do środka Lowe’sa, a Dylan niemal od razu tego pożałował. To miał być sklep ogrodniczy. Ziemia, narzędzia, sadzonki, nawozy. Coś konkretnego. Tymczasem już przy wejściu uderzyła go ściana walentynek – małe girlandy z czerwonych serc wisiały między regałami z grabkami, pluszowe misie siedziały obok worków z ziemią, a gdzieś nad działem z sekatorami ktoś uznał za dobry pomysł powiesić baner z napisem „Tu rośnie miłość”.
Dylan poczuł, jak coś w nim się spina.
Nie był to smutek, nie do końca też złość. Raczej to znajome, ciasne uczucie w klatce piersiowej, jakby ktoś złapał go za gardło i ścisnął palcami, mówiąc cicho, ale bardzo wyraźnie: znajdź sobie kogoś. Natychmiast. Bo umrzesz sam jak ten palec.
Przełknął ślinę, odruchowo przesuwając dłonią po karku. Spojrzał na Rosie – różową plamę energii, która zdawała się wiecznie obchodzić walentynki z tymi swoimi serduszkami i słodyczami. – To jest… przytłaczające – mruknął, pchając wózek. – I trochę niebezpieczne, jeśli tak się zastanowić. Człowiek czuje się wystarczająco dobijany emocjonalnie, a tu jeszcze otaczają go piły, noże i sekatory… Wiesz, że w Walentynki rośnie liczba zgłoszeń do awantur domowych? – zapytał, ciągnąc nieprzyjemny temat. Podał Rosie zeszyt, który jeszcze przed chwilą trzymał w ręce. – Co najpierw?
Rosie Albright
Mruczka, but call me Kicia
Rosemarie! Jej pełne imię oznaczało kłopoty… Mogła jednak wpadać w nie raz za razem, jeśli Dylan miał ją przy tym łapać za rękę. Choć patrząc na jego minę, może lepiej jednak było trzymać się z daleka od kłopotów. A za rękę, tak czy siak, liczyła na to, że będzie ją łapał.
Spróbowała, naprawdę ze wszystkich sił spróbowała, nabrać powagi i zminimalizować uśmiech, który mimowolnie wychodził na jej usta. Bo Rosie była szczęśliwa. Była cholernie szczęśliwa, mając do tego całe mnóstwo powodów. Po pierwsze, odzyskała swojego przyjaciela. Po drugie, spędzili wspólnie cudowny poranek. Po trzecie, spędzali ze sobą również popołudnie — i Dylan nie musiał nigdzie jechać, nie sprawdzał nieustannie telefonu i nie był myślami nigdzie indziej. Był z nią. Po czwarte, przyjechali na wspólne zakupy, planując wspólnie zaaranżować jego ogródek. A to już tak trochę, jakby byli parą. Jakby urządzali ich . w s p ó l n y . ogródek. Po piątek, Hugo było pyszne, a bidon duży, z kolei Rosie ze swoim wzrostem miała wybitnie słabą głowę, nie potrzebując wiele alkoholu. Kiedyś było tak, że kiedy wychodzili gdzieś wspólnie i Dylan dostrzegał, że miało jej już wystarczać, dopijał jej drinki. Jej obiady też zresztą dojadał. Tylko deserami się z nim nie dzieliła, choć z nim… Dylanowi mogłaby odstąpić nawet ostatni kęs najulubieńszego ciasta z kremem i truskawkami. Bo przecież go znała, nie przyjąłby go, wiedząc, że jest to dla niej największy rarytas.
Próbowała więc być poważna, ale uśmiech mimowolnie wychodził jej na usta i w końcu wygrał tą nierówną walkę z powagą. Rosie uśmiechnęła się, zadzierając wysoko głowę, aby spojrzeć na Dylana po części z czułością, po części z pobłażaniem.
— Jakim szefem? — Spytała miękko. Tak miękko, jakby właśnie z jej ust wypłynęło najczulsze wyznanie. — Ja wierzę w partnerstwo, błazenku. W całkowitą równość. — Oznajmiła, a później wyciągnęła jeszcze buzię w jego stronę, przymykając oczy i podnosząc ramiona, i w dalszym ciągu uśmiechając się słodko, teraz trochę tak, jakby pozowała do zdjęcia. Chciała jeszcze zażartować o sympatii do komunizmu, ale ugryzła się w język, zanim zdążyła otworzyć usta. Pula tematów zakazanych, których Rosie sama sobie zakazała poruszać, była zaskakująco szeroka i równie zaskakująco różnorodna. Głupio zrobiło jej się samej na to, że w ogóle chciała to powiedzieć i to właśnie to sprawiło, że Rosie w końcu spoważniała odrobinę. Poza tym, o ile włożenie do wózka mogłoby okazać się nie lada wygodą, o tyle zakup rękawiczek, które miały nie być różowe? Wolała nie ryzykować!
Gotowa więc była dostosować się do Dylana, choć nie pozbawiło jej to entuzjazmu, tym bardziej że sklep zdawał się tonąć w walentynkowej czerwieni. Rosie naprawdę uwielbiała luty!
W pierwszej chwili nawet się nie zorientowała, że cokolwiek się zmieniło, choć mężczyzna zdawał się zwolnić, co nie zdarzało się często. — Z początku, kiedy zaczęli ze sobą spędzać czas, Rosie musiała go ciągle prosić o to, żeby zwolnił, bo kiedy Dylan ze swoimi długimi nogami szedł swoim zwyczajnym tempem, ona musiała tak zasuwać, że od razu dostawała zadyszki. W końcu na jego jeden krok, mniej więcej przypadały jej dwa.
— No… — Zaczęła, gotowa się z nim zgodzić, bo ilość roślin rzeczywiście była gotowa przytłoczyć, ale szybko się okazało, że Dylanowi chodziło o coś całkowicie odmiennego. Coś ją ścięło nieprzyjemnie i w końcu Rosie rzeczywiście zrobiła się poważna. — Hej, Dylan… — W jej głosie można było odnaleźć równie dużo miękkości i ciepła, co pewnego rodzaju optymizmu. Dłoń umiejscowiła na środku jego pleców, które potarła krótko, przystając. — Pamiętaj, że nie jesteś w tym wszystkim sam, okej? Wiem, że jest ci ciężko, ale masz przyjaciół. Masz mnie… To będą dobre zakupy. I dalsza część dobrego dnia. Pamiętasz dzisiejsze kazanie? — Spytała, uśmiechając się ciepło. — Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was. Myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją. — Powtórzyła, nie mając pewności, czy udało jej się dobrze zapamiętać, choć kiedy wróciła ze zgromadzenia do domu, od razu zapisała ten cytat w swoim notesie. A raczej wykaligrafowała, dodając do niego również kilka ozdobników w postaci drobnych rysunków intensywnie żółtych gwiazdek i różowych serduszek. Odnalazła jego dłoń, którą ścisnęła krótko. — Chodź, zaczniemy od sadzonek. — Stwierdziła z entuzjazmem. — Wiesz, że będziesz miał najśliczniejszy ogródek w całym Gentilly?
Dylan Hays
Spróbowała, naprawdę ze wszystkich sił spróbowała, nabrać powagi i zminimalizować uśmiech, który mimowolnie wychodził na jej usta. Bo Rosie była szczęśliwa. Była cholernie szczęśliwa, mając do tego całe mnóstwo powodów. Po pierwsze, odzyskała swojego przyjaciela. Po drugie, spędzili wspólnie cudowny poranek. Po trzecie, spędzali ze sobą również popołudnie — i Dylan nie musiał nigdzie jechać, nie sprawdzał nieustannie telefonu i nie był myślami nigdzie indziej. Był z nią. Po czwarte, przyjechali na wspólne zakupy, planując wspólnie zaaranżować jego ogródek. A to już tak trochę, jakby byli parą. Jakby urządzali ich . w s p ó l n y . ogródek. Po piątek, Hugo było pyszne, a bidon duży, z kolei Rosie ze swoim wzrostem miała wybitnie słabą głowę, nie potrzebując wiele alkoholu. Kiedyś było tak, że kiedy wychodzili gdzieś wspólnie i Dylan dostrzegał, że miało jej już wystarczać, dopijał jej drinki. Jej obiady też zresztą dojadał. Tylko deserami się z nim nie dzieliła, choć z nim… Dylanowi mogłaby odstąpić nawet ostatni kęs najulubieńszego ciasta z kremem i truskawkami. Bo przecież go znała, nie przyjąłby go, wiedząc, że jest to dla niej największy rarytas.
Próbowała więc być poważna, ale uśmiech mimowolnie wychodził jej na usta i w końcu wygrał tą nierówną walkę z powagą. Rosie uśmiechnęła się, zadzierając wysoko głowę, aby spojrzeć na Dylana po części z czułością, po części z pobłażaniem.
— Jakim szefem? — Spytała miękko. Tak miękko, jakby właśnie z jej ust wypłynęło najczulsze wyznanie. — Ja wierzę w partnerstwo, błazenku. W całkowitą równość. — Oznajmiła, a później wyciągnęła jeszcze buzię w jego stronę, przymykając oczy i podnosząc ramiona, i w dalszym ciągu uśmiechając się słodko, teraz trochę tak, jakby pozowała do zdjęcia. Chciała jeszcze zażartować o sympatii do komunizmu, ale ugryzła się w język, zanim zdążyła otworzyć usta. Pula tematów zakazanych, których Rosie sama sobie zakazała poruszać, była zaskakująco szeroka i równie zaskakująco różnorodna. Głupio zrobiło jej się samej na to, że w ogóle chciała to powiedzieć i to właśnie to sprawiło, że Rosie w końcu spoważniała odrobinę. Poza tym, o ile włożenie do wózka mogłoby okazać się nie lada wygodą, o tyle zakup rękawiczek, które miały nie być różowe? Wolała nie ryzykować!
Gotowa więc była dostosować się do Dylana, choć nie pozbawiło jej to entuzjazmu, tym bardziej że sklep zdawał się tonąć w walentynkowej czerwieni. Rosie naprawdę uwielbiała luty!
W pierwszej chwili nawet się nie zorientowała, że cokolwiek się zmieniło, choć mężczyzna zdawał się zwolnić, co nie zdarzało się często. — Z początku, kiedy zaczęli ze sobą spędzać czas, Rosie musiała go ciągle prosić o to, żeby zwolnił, bo kiedy Dylan ze swoimi długimi nogami szedł swoim zwyczajnym tempem, ona musiała tak zasuwać, że od razu dostawała zadyszki. W końcu na jego jeden krok, mniej więcej przypadały jej dwa.
— No… — Zaczęła, gotowa się z nim zgodzić, bo ilość roślin rzeczywiście była gotowa przytłoczyć, ale szybko się okazało, że Dylanowi chodziło o coś całkowicie odmiennego. Coś ją ścięło nieprzyjemnie i w końcu Rosie rzeczywiście zrobiła się poważna. — Hej, Dylan… — W jej głosie można było odnaleźć równie dużo miękkości i ciepła, co pewnego rodzaju optymizmu. Dłoń umiejscowiła na środku jego pleców, które potarła krótko, przystając. — Pamiętaj, że nie jesteś w tym wszystkim sam, okej? Wiem, że jest ci ciężko, ale masz przyjaciół. Masz mnie… To będą dobre zakupy. I dalsza część dobrego dnia. Pamiętasz dzisiejsze kazanie? — Spytała, uśmiechając się ciepło. — Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was. Myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją. — Powtórzyła, nie mając pewności, czy udało jej się dobrze zapamiętać, choć kiedy wróciła ze zgromadzenia do domu, od razu zapisała ten cytat w swoim notesie. A raczej wykaligrafowała, dodając do niego również kilka ozdobników w postaci drobnych rysunków intensywnie żółtych gwiazdek i różowych serduszek. Odnalazła jego dłoń, którą ścisnęła krótko. — Chodź, zaczniemy od sadzonek. — Stwierdziła z entuzjazmem. — Wiesz, że będziesz miał najśliczniejszy ogródek w całym Gentilly?
Dylan Hays
k(ocica)
Dylan uśmiechnął się na słowa Rosie, ale był to uśmiech, który nie sięgał do końca oczu. Czuł wdzięczność – prawdziwą i ciepłą – a jednocześnie coś ciężkiego osiadło mu pod mostkiem. Bo choć przez chwilę nie był sam, to jednak… był. W tym mieście nie miał rodziny. Nie miał nawet dziewczyny, do której mógłby się przytulić w nocy. Nawet kiedy był z Iriną, noce należały do pracy, a dnie do snu.
Sam Hays pracował w jednym z najbardziej znienawidzonych zawodów ostatnich lat i to bolało bardziej, niż chciałby przyznać – nawet sam przed sobą. Bolało go, że nikt nie widział godzin spędzonych na nogach, stresu, który wchodził pod skórę, ani tej ciągłej czujności, z którą wychodził z domu. Bolało go, że ludzie nie chcieli dostrzec, jak wiele on i jego współpracownicy codziennie oddawali miastu, które zdawało się odpłacać im wyłącznie pogardą. Pamiętał jeszcze, jak kilka miesięcy wcześniej tłum rzucał śmieciami w posterunek – jakby była to jakaś absurdalna, średniowieczna egzekucja. Pamiętał krzyki, śmiech, kamery w telefonach. Pamiętał też strzał. Kolega zginął na schodach, po których Dylan wchodził do pracy każdego dnia. Na tych samych stopniach, które mijał myśląc o tym, że musi zdążyć przed korkami.
I co potem? Nic. Absolutna cisza.
Nie było spotkania, na którym ktoś powiedziałby: to nie wasza wina. Nie było zapewnien, że sprawa zostanie doprowadzona do końca, że ktoś nad nimi czuwa. Nie było nawet głupiego gestu – pizzy w środy, maila, cokolwiek, co mówiłoby: widzimy was. Nic. Jakby śmierć jednego z nich była kolejnym newsem, kolejną z wielu plam na ich mundurach. Czuł brak wsparcia nie tylko ze strony mieszkańców, którzy dali się ponieść ślepej, irracjonalnej nienawiści, ale też we własnych szeregach.
Mężczyzna parsknął cicho, unosząc brwi. – Pamiętam – powiedział. – Pamiętam też, że przez pół kazania mnie zaczepiałaś – zawahał się na ułamek sekundy, po czym, niestety dla samego siebie, pociągnął dalej: - I że ten… jak on ma… Albert? Albo Alfred? – machnął ręką. – Temu gościowi wystawała koszula ze spodni i kiedy się schylił, to… przysięgam, Rosie, widziałem jego slipy. I przysięgam po raz drugi, że to była damska bielizna – parsknął luźnym śmiechem, a później spojrzał na nią z tym swoim półuśmiechem.
Widzisz? Już mi lepiej.
Odwzajemnił uścisk jej dłoni niemal odruchowo. Przez moment po prostu tak stali, zanim wykonał drobny, swobodny ruch – nie puszczając jej ręki, przekręcił ją lekko, tak że zamiast trzymać ją za palce, objął Rosie ramieniem. – Na pewno mam najśliczniejszą pomagierkę w całym Gentilly – zerknął na nią z ukosa, z tym miękkim uśmiechem, który zawsze balansował gdzieś między flirtem a przyjacielską zaczepką. – Ba – dodał po chwili. – Nawet padawankę – uniósł brew. – I zdecydowanie najbardziej różową – ścisnął ją lekko ramieniem, jakby chciał podkreślić żart.
Powoli ruszyli w stronę sadzonek. Z dziennikiem rzuconym do wózka i – jeśli Dylan miał być szczery – zabierając się do wszystkiego od złej strony, ale nie uważał się jeszcze za mistrza ogrodnictwa, więc mógł popełniać takie błędy. – A tak w ogóle… - zaczął. – Masz już plany na walentynki? Ty i Cathy…? – widział, że dziewczyny często spędzały takie okazje razem. Cóż… On wolał nie świętować takich dni z kolegami. – Pytam, bo… no wiesz. Chcę wiedzieć, czy moja padawanka będzie zajęta, czy będę musiał pożyczyć jej trochę kasy, albo… - uniósł lekko brwi. – Czy mam szykować się na rolę szofera, czy mogę liczyć na wolne.
Rosie Albright
Sam Hays pracował w jednym z najbardziej znienawidzonych zawodów ostatnich lat i to bolało bardziej, niż chciałby przyznać – nawet sam przed sobą. Bolało go, że nikt nie widział godzin spędzonych na nogach, stresu, który wchodził pod skórę, ani tej ciągłej czujności, z którą wychodził z domu. Bolało go, że ludzie nie chcieli dostrzec, jak wiele on i jego współpracownicy codziennie oddawali miastu, które zdawało się odpłacać im wyłącznie pogardą. Pamiętał jeszcze, jak kilka miesięcy wcześniej tłum rzucał śmieciami w posterunek – jakby była to jakaś absurdalna, średniowieczna egzekucja. Pamiętał krzyki, śmiech, kamery w telefonach. Pamiętał też strzał. Kolega zginął na schodach, po których Dylan wchodził do pracy każdego dnia. Na tych samych stopniach, które mijał myśląc o tym, że musi zdążyć przed korkami.
I co potem? Nic. Absolutna cisza.
Nie było spotkania, na którym ktoś powiedziałby: to nie wasza wina. Nie było zapewnien, że sprawa zostanie doprowadzona do końca, że ktoś nad nimi czuwa. Nie było nawet głupiego gestu – pizzy w środy, maila, cokolwiek, co mówiłoby: widzimy was. Nic. Jakby śmierć jednego z nich była kolejnym newsem, kolejną z wielu plam na ich mundurach. Czuł brak wsparcia nie tylko ze strony mieszkańców, którzy dali się ponieść ślepej, irracjonalnej nienawiści, ale też we własnych szeregach.
Mężczyzna parsknął cicho, unosząc brwi. – Pamiętam – powiedział. – Pamiętam też, że przez pół kazania mnie zaczepiałaś – zawahał się na ułamek sekundy, po czym, niestety dla samego siebie, pociągnął dalej: - I że ten… jak on ma… Albert? Albo Alfred? – machnął ręką. – Temu gościowi wystawała koszula ze spodni i kiedy się schylił, to… przysięgam, Rosie, widziałem jego slipy. I przysięgam po raz drugi, że to była damska bielizna – parsknął luźnym śmiechem, a później spojrzał na nią z tym swoim półuśmiechem.
Widzisz? Już mi lepiej.
Odwzajemnił uścisk jej dłoni niemal odruchowo. Przez moment po prostu tak stali, zanim wykonał drobny, swobodny ruch – nie puszczając jej ręki, przekręcił ją lekko, tak że zamiast trzymać ją za palce, objął Rosie ramieniem. – Na pewno mam najśliczniejszą pomagierkę w całym Gentilly – zerknął na nią z ukosa, z tym miękkim uśmiechem, który zawsze balansował gdzieś między flirtem a przyjacielską zaczepką. – Ba – dodał po chwili. – Nawet padawankę – uniósł brew. – I zdecydowanie najbardziej różową – ścisnął ją lekko ramieniem, jakby chciał podkreślić żart.
Powoli ruszyli w stronę sadzonek. Z dziennikiem rzuconym do wózka i – jeśli Dylan miał być szczery – zabierając się do wszystkiego od złej strony, ale nie uważał się jeszcze za mistrza ogrodnictwa, więc mógł popełniać takie błędy. – A tak w ogóle… - zaczął. – Masz już plany na walentynki? Ty i Cathy…? – widział, że dziewczyny często spędzały takie okazje razem. Cóż… On wolał nie świętować takich dni z kolegami. – Pytam, bo… no wiesz. Chcę wiedzieć, czy moja padawanka będzie zajęta, czy będę musiał pożyczyć jej trochę kasy, albo… - uniósł lekko brwi. – Czy mam szykować się na rolę szofera, czy mogę liczyć na wolne.
Rosie Albright
Mruczka, but call me Kicia
Oboje byli sami. I Rosie doskonale zdawała sobie z tego sprawę, a jednak nie kłamała. Bo Dylan nie był sam. . M ó g ł . nie być sam. Wystarczyło wyłącznie, aby wyciągnął do niej długą rękę, a ona była gotowa być przy nim. Zasypiać z nim każdej nocy (a czasem poranka), budzić go pocałunkami, życzyć mu codziennie dobrego dnia, obcałowując jego brodę. Chciała zostawiać mu małe liściki w najmniej oczekiwanych przez niego miejscach, upychać mu po kryjomu do plecaka pudełka z deserami, tak aby miał w pracy niespodziankę i zaskakiwać go po powrocie z niej tymi swoimi dziwnymi pomysłami, które nie wszyscy rozumieli, ale Dylan rozumiał. Dylan rozumiał zawsze. Chciała, żeby każdego dnia opowiadał jej o tym, co wydarzyło się w pracy, dzieląc się z nią również każdą najdziwniejszą myślą, anegdotą, czy skojarzeniem. A ona robiłaby to samo. I chociaż zdawali się robić po części to wszystko, mogąc również liczyć na siebie zawsze w każdej, nie tylko najbardziej kryzysowej sytuacji, ale kiedy zasypiali w zimnych, pustych łóżkach, ostatecznie byli sami. Ona również była. I cholernie chciała to zmienić, codziennie modląc się do Boga, teraz już nie o łaskę cierpliwości, a o bożą iskrę.
— Ja?! Ciebie?! — Żachnęła się zdumiona, a później pokiwała przecząco na pewniaka. — Nie, z pewnością nie. No w życiu! — Oczywiście, że to robiła. Bo chociaż była skupioną wierną, to przy Dylanie ciężko było jej się opanować i zamknąć buzię. Było w końcu tyle rzeczy, którymi chciała się z nim podzielić. I którymi najwidoczniej Dylan również chciał podzielić się z nią. — Nieeee! — Zawołała i jeszcze raz pokiwała głową, ale teraz już nie jako zaprzeczenie, a próba wyrzucenia z głowy plastycznego wyobrażenia. Wolną dłoń przyłożyła do oczu, mocno je zamykając, ale nic to nie dało, skoro obraz widziała oczyma wyobraźni. — Poza tym nie ma damskich slipów! — Wytknęła mu, dalej się śmiejąc. Czy to możliwe, że facet chodzący do kościoła miał takie fetysze? Czy to możliwe, że w ogóle realizował je w kościele? Rosie nie wiedziała, ale sama myśl o tym sprawiła, że jej policzki nabrały różowego koloru jej płaszcza.
Przylgnęła do Dylana w sposób całkowicie naturalny, bokiem przytulając się do jego boku, w czym nawet nie przeszkodził jej fakt, że byli do siebie całkowicie niedopasowani pod względem rozmiaru. A później Rosie poczuła, jak jej policzki unoszą się jeszcze wyżej, a jej usta jeszcze mocniej rozszerzają. Zadarła głowę, aby spojrzeć na Dylana z ukosa.
— Możesz to powiedzieć jeszcze raz. — Stwierdziła, wyciągając twarz. Niby żartowała, ale prawda była taka, że mogłaby tego słuchać bezustannie. Komplementy Dylana, nawet jeśli brzmiały na zwyczajne, biły wszystkie inne na głowę. I Rosie zapamiętywała je wszystkie. I ten był szczególny. Bo choć ceniła w sobie zdecydowanie inne cechy, niż swój wygląd, to przyjemnie było usłyszeć od niego, że była śliczna. Szczególnie po Irinie, przy której nigdy specjalnie niezakompleksiona Rosie, zetknęła się brutalnie ze wszystkimi mankamentami swojego ciała, nagle dostrzegając w nim wszystko to, co dotąd nie miało znaczenia. — Uf! Całe szczęście! Co tam najpiękniejsza, utracenie tytułu najbardziej różowej? Myślę, że mogłabym jeździć po całych Stanach i opowiadać o tej traumie...
I już gotowa była zmienić całkowicie temat, bo Rosie zawsze miała ich w zapasie całe mnóstwo, ale padło pytanie, które sprawiło, że Marie zatrzepotało z radości serce.
Jej plany na Walentynki były banalnie proste. Zamierzała spędzić je sama w swoim domku. Zacząć od upieczenia babeczek red velvet, niczym bohaterka Seksu w wielkim mieście zrobić sobie Cosmopolitan, wziąć kąpiel ze specjalną walentynkową kulą, która zagwarantuje mnóstwo różowej, błyszczącej piany, a skończyć ten wieczór na kanapie, w różowej piżamie w czerwone serduszka, szydełkując swoją kapę i… Oddając się swojej guilty pleasure. Too Hot to Handle? Rosie nigdy nikomu by się nie przyznała do tego, że w ogóle wiedziała, co to jest! Durne, ociekające seksem reality show promujące wszystkie te wartości, które dalekie były od tych, które Rose sama wyznawała. Sztuczne kobiety mające wypełnienia prawdopodobnie w każdej części ciała i napakowani faceci, nieszukający partnerki, a wyłącznie obiektu. Rosemarie było wstyd na samą myśl. Było jej wstyd tak bardzo, że czasem oglądała te programy ukryta pod którymś ze swoich różowych kocy, tak jakby chciała ukryć się nie tylko przed światem, ale również przed samą sobą. A jednak z obcowania z tym całkowicie odmiennym, grzesznym światem, czerpała niewyobrażalną przyjemność, w ten sposób poprawiając sobie humor w nawet najgorsze dni. Pomagało za każdym razem tak samo. I w Walentynki miało również pomóc.
— Daj spokój! — Machnęła dłonią, śmiejąc się. — Nie mówiłam ci?! Cathy się z kimś spotyka! A właściwie nie z kimś — zaakcentowała — Cathy spotyka się z komikiem. — I tu spojrzała na Dylana znacząco, wznosząc oczy wysoko i marszcząc przy tym wymownie czoło. Nie musiała zapewne dodawać nic więcej, ale jednak się nie powstrzymała. — Oczywiście, że się cieszę, ale koleś jest strasznie głośny i ma przerażający śmiech. I zdaje się nie mieć domu! Coraz częściej u nas bywa! — Dodała z żalem. — Więc nie, nie spędzam Walentynek z Cathy, tylko spędzam Walentynki sama, testując kolejne stopery do uszu, bo nie mam wątpliwości, że oczywiście ich randka skończy się u nas… — Mina jej zrzedła na samą myśl, ale zaraz rozpromieniła się ponownie. Po pierwsze na samą gotowość Dylana, aby służyć jej za szofera lub pomóc w każdy inny możliwy sposób. Po drugie… — Może wyjedźmy! — Zaproponowała, idąc za ciosem. Bardziej stwierdzając, niż pytając. — Mam co prawda zaplanowany dyżur na noc przed walentynkami, ale to w niczym nie przeszkadza! No wiesz, moglibyśmy wyjechać wspólnie na chwilę i zaszyć się gdzieś w dwójkę. — Szturchnęła go biodrem. — Nawet pozwolę ci wybrać gdzie jedziemy.
Dylan Hays
— Ja?! Ciebie?! — Żachnęła się zdumiona, a później pokiwała przecząco na pewniaka. — Nie, z pewnością nie. No w życiu! — Oczywiście, że to robiła. Bo chociaż była skupioną wierną, to przy Dylanie ciężko było jej się opanować i zamknąć buzię. Było w końcu tyle rzeczy, którymi chciała się z nim podzielić. I którymi najwidoczniej Dylan również chciał podzielić się z nią. — Nieeee! — Zawołała i jeszcze raz pokiwała głową, ale teraz już nie jako zaprzeczenie, a próba wyrzucenia z głowy plastycznego wyobrażenia. Wolną dłoń przyłożyła do oczu, mocno je zamykając, ale nic to nie dało, skoro obraz widziała oczyma wyobraźni. — Poza tym nie ma damskich slipów! — Wytknęła mu, dalej się śmiejąc. Czy to możliwe, że facet chodzący do kościoła miał takie fetysze? Czy to możliwe, że w ogóle realizował je w kościele? Rosie nie wiedziała, ale sama myśl o tym sprawiła, że jej policzki nabrały różowego koloru jej płaszcza.
Przylgnęła do Dylana w sposób całkowicie naturalny, bokiem przytulając się do jego boku, w czym nawet nie przeszkodził jej fakt, że byli do siebie całkowicie niedopasowani pod względem rozmiaru. A później Rosie poczuła, jak jej policzki unoszą się jeszcze wyżej, a jej usta jeszcze mocniej rozszerzają. Zadarła głowę, aby spojrzeć na Dylana z ukosa.
— Możesz to powiedzieć jeszcze raz. — Stwierdziła, wyciągając twarz. Niby żartowała, ale prawda była taka, że mogłaby tego słuchać bezustannie. Komplementy Dylana, nawet jeśli brzmiały na zwyczajne, biły wszystkie inne na głowę. I Rosie zapamiętywała je wszystkie. I ten był szczególny. Bo choć ceniła w sobie zdecydowanie inne cechy, niż swój wygląd, to przyjemnie było usłyszeć od niego, że była śliczna. Szczególnie po Irinie, przy której nigdy specjalnie niezakompleksiona Rosie, zetknęła się brutalnie ze wszystkimi mankamentami swojego ciała, nagle dostrzegając w nim wszystko to, co dotąd nie miało znaczenia. — Uf! Całe szczęście! Co tam najpiękniejsza, utracenie tytułu najbardziej różowej? Myślę, że mogłabym jeździć po całych Stanach i opowiadać o tej traumie...
I już gotowa była zmienić całkowicie temat, bo Rosie zawsze miała ich w zapasie całe mnóstwo, ale padło pytanie, które sprawiło, że Marie zatrzepotało z radości serce.
Jej plany na Walentynki były banalnie proste. Zamierzała spędzić je sama w swoim domku. Zacząć od upieczenia babeczek red velvet, niczym bohaterka Seksu w wielkim mieście zrobić sobie Cosmopolitan, wziąć kąpiel ze specjalną walentynkową kulą, która zagwarantuje mnóstwo różowej, błyszczącej piany, a skończyć ten wieczór na kanapie, w różowej piżamie w czerwone serduszka, szydełkując swoją kapę i… Oddając się swojej guilty pleasure. Too Hot to Handle? Rosie nigdy nikomu by się nie przyznała do tego, że w ogóle wiedziała, co to jest! Durne, ociekające seksem reality show promujące wszystkie te wartości, które dalekie były od tych, które Rose sama wyznawała. Sztuczne kobiety mające wypełnienia prawdopodobnie w każdej części ciała i napakowani faceci, nieszukający partnerki, a wyłącznie obiektu. Rosemarie było wstyd na samą myśl. Było jej wstyd tak bardzo, że czasem oglądała te programy ukryta pod którymś ze swoich różowych kocy, tak jakby chciała ukryć się nie tylko przed światem, ale również przed samą sobą. A jednak z obcowania z tym całkowicie odmiennym, grzesznym światem, czerpała niewyobrażalną przyjemność, w ten sposób poprawiając sobie humor w nawet najgorsze dni. Pomagało za każdym razem tak samo. I w Walentynki miało również pomóc.
— Daj spokój! — Machnęła dłonią, śmiejąc się. — Nie mówiłam ci?! Cathy się z kimś spotyka! A właściwie nie z kimś — zaakcentowała — Cathy spotyka się z komikiem. — I tu spojrzała na Dylana znacząco, wznosząc oczy wysoko i marszcząc przy tym wymownie czoło. Nie musiała zapewne dodawać nic więcej, ale jednak się nie powstrzymała. — Oczywiście, że się cieszę, ale koleś jest strasznie głośny i ma przerażający śmiech. I zdaje się nie mieć domu! Coraz częściej u nas bywa! — Dodała z żalem. — Więc nie, nie spędzam Walentynek z Cathy, tylko spędzam Walentynki sama, testując kolejne stopery do uszu, bo nie mam wątpliwości, że oczywiście ich randka skończy się u nas… — Mina jej zrzedła na samą myśl, ale zaraz rozpromieniła się ponownie. Po pierwsze na samą gotowość Dylana, aby służyć jej za szofera lub pomóc w każdy inny możliwy sposób. Po drugie… — Może wyjedźmy! — Zaproponowała, idąc za ciosem. Bardziej stwierdzając, niż pytając. — Mam co prawda zaplanowany dyżur na noc przed walentynkami, ale to w niczym nie przeszkadza! No wiesz, moglibyśmy wyjechać wspólnie na chwilę i zaszyć się gdzieś w dwójkę. — Szturchnęła go biodrem. — Nawet pozwolę ci wybrać gdzie jedziemy.
Dylan Hays
k(ocica)
- Przysięgam na B… - już miał dokończyć przysięgę, już niemal czuł Boga na języku, ale w ostatniej chwili zatrzymał się. Urartowany. Ledwo, bo ledwo – ale jednak. - Przysięgam! To były damskie slipy – powtórzył próbując zabrać jej dłonie z oczu. Miał nieodpartą ochotę uszczypnąć jej zarumienione policzki. Marie była – mimo że znał ją niemal od początku swojego pobytu w Nowym Orleanie – jak powiew świeżego powietrza. Czymś lekkim, jasnym, nieprzytłaczającym. Czymś, co sprawiało, że człowiek oddychał głębiej, nawet o tym nie myśląc. - Wiesz skąd wiem? – zapytał, a potem nachylił się do jej ucha. Nos musnął jej włosy. Lubił ich zapach. Lubił jej szampon. Lubił jej włosy w ogóle – jasne, miękkie, okalające twarz jak promienie słońca. – Noszę identyczne – wyznał szeptem, tonem konspiracyjnym, jakby zdradzał jej największą tajemnicę świata. Cofnął się o pół kroku, uniósł brwi i dodał już głośniej, z rozbawieniem: - Mogę ci pokazać – i teatralnie, zupełnie bez wstydu, zaczął udawać, że rozpina spodnie.
Hays zaśmiał się, przyglądając jej twarzy: jasnej, delikatnej cerze, rumianym policzkom, piegom na nosie, brązowym oczom, które były jak mleczna czekolada, ale w słońcu błyszczały bursztynowym światłem. Cała była po prostu słodka. I gdyby Dylan miał porównać ją z Iriną, znalazłby zdecydowanie więcej różnic niż podobieństw. Irina była zimna, wyzywająca, wulgarna, agresywna. Rosie była ciepła, skromna, miła i… różowa.
- Że jesteś najśliczniejszą pomagierką? – uniósł lekko brwi, odgarniając kosmyk włosów z jej twarzy. – Bo wiesz, jako najbardziej przystojny przyszły właściciel najpiękniejszego ogrodu na dzielnicy – wziął głęboki oddech – nie wziąłbym padawanki przeciętnej. Oczywiście dlatego, że jestem najbardziej przystojnym przyszłym właścicielem ogrodu – powtórzył, chcąc przy okazji skomplementować siebie.
Rosie była jak Święta Wielkanocne, pastelowa kreda, którą dzieciaki rysowały na ulicy, jak cytrynowa tarta i drink Hugo, jak plecak wypełniony słodyczami na wycieczkę, jak piosenka z dzieciństwa nagle puszczona w radiu i promienie słońca na twarzy. Irina była jak pokuta i potłuczone szkło, jak ucieczka w środku nocy, krzyki i zimny prysznic. Patrząc na Rosie i na jej naturalną, miłą aurę, Dylan nie mógł pojąć, co kiedyś widział w kimś tak niemiłym.
- Och… Komikiem? – Dylan skrzywił się lekko. Naprawdę nie rozumiał, jak mogło się to stać, że facet, który równie dobrze mógłby być ulicznym tancerzem albo zawodowym clownem, spotykał się z kimś, a on nie. Cholera, czy nikomu na tym świecie nie imponował już jego zawód? Nikomu? Ani jednej, trochę zdesperowanej, ale wciąż atrakcyjnej dziewczynie? Właściwie… co trzeba było zrobić, żeby zostać komikiem? Jeśli facet nie wiedział, co zrobić ze swoim życiem mógł zrobić coś dla innych i zostać policjantem, kierowcą karetki, śmieciarzem. To były prawdziwe zawody. No, ale kim był Dylan, żeby oceniać? Sam jeszcze chwilę temu planował resztę życia spędzić z kobietą, która… cóż, za pieniądze zrobiłaby wszystko.
To jednak nie powstrzymało go przed odezwaniem się: - Wiesz co, mała? W takich chwilach doceniam to, że ty i ja mamy prawdziwe, poważne zawody. Stabilne, o. Co może zaproponować taki komik? Kawał? Bądźmy poważni… Chyba trzeba zrobić Cathy interwencję.
Parsknął śmiechem. – Och, biedna Rosie… - powiedział z autentycznym współczuciem. – Możesz przyjść do mnie, jeśli chcesz – walentynkowy weekend miał cały wolny. Zaklepał go już dawno temu i nawet teraz nie zamierzał tego zmieniać – wolał spędzić ten czas spokojnie, skupiony na sobie i swoim domku. Otworzył usta, ale zaraz się zaśmiał kręcąc głową. – Błagam, nie mów więcej rzeczy w stylu „zaszyjemy się we dwójkę” – skrzywił się teatralnie, a później uniósł brew. – O, mogę wybrać miejsce i jeszcze cię tam zawieźć…? Wasza Wysokość jest dziś wyjątkowo łaskawa – mruknął, przewracając oczami, po czym sięgnął po sadzonki pomidorów. Wkładając je do wózka, wyciągnął z niego notatnik, żeby sprawdzić co miał zapisane o pomidorach.
Ach… marzec.
Przez jakiś czas będzie musiał trzymać je w domu. Wydął wargi, westchnął cicho, a potem spojrzał na Rosie. – Wiesz co, Albright? Możemy pojechać. Odeśpisz w drodze, ale zaznaczam jedno – w tym roku masz się nauczyć prowadzić. Kto wie… może za rok to ja będę siedział na fotelu pasażera, popijając Hugo, a ty będziesz się stresować, który zjazd przegapiłaś – złapał obiema dłońmi za rączkę wózka i nachylił się w jej stronę, skracając dystans na tyle, żeby było to jeszcze niewinne, ale już zdecydowanie nieprzypadkowe. – Kto wie, co się wydarzy… - dodał ciszej. – Kiedy zaszyjemy się gdzieś we dwójkę… – poruszył brwiami w dokładnie ten sam sposób, w jaki ona zrobiła to wcześniej – z rozbrajającą bezczelnością i uśmiechem, który mówił, że to wszystko jest trochę żartem… a trochę wcale nie.
Rosie Albright
Hays zaśmiał się, przyglądając jej twarzy: jasnej, delikatnej cerze, rumianym policzkom, piegom na nosie, brązowym oczom, które były jak mleczna czekolada, ale w słońcu błyszczały bursztynowym światłem. Cała była po prostu słodka. I gdyby Dylan miał porównać ją z Iriną, znalazłby zdecydowanie więcej różnic niż podobieństw. Irina była zimna, wyzywająca, wulgarna, agresywna. Rosie była ciepła, skromna, miła i… różowa.
- Że jesteś najśliczniejszą pomagierką? – uniósł lekko brwi, odgarniając kosmyk włosów z jej twarzy. – Bo wiesz, jako najbardziej przystojny przyszły właściciel najpiękniejszego ogrodu na dzielnicy – wziął głęboki oddech – nie wziąłbym padawanki przeciętnej. Oczywiście dlatego, że jestem najbardziej przystojnym przyszłym właścicielem ogrodu – powtórzył, chcąc przy okazji skomplementować siebie.
Rosie była jak Święta Wielkanocne, pastelowa kreda, którą dzieciaki rysowały na ulicy, jak cytrynowa tarta i drink Hugo, jak plecak wypełniony słodyczami na wycieczkę, jak piosenka z dzieciństwa nagle puszczona w radiu i promienie słońca na twarzy. Irina była jak pokuta i potłuczone szkło, jak ucieczka w środku nocy, krzyki i zimny prysznic. Patrząc na Rosie i na jej naturalną, miłą aurę, Dylan nie mógł pojąć, co kiedyś widział w kimś tak niemiłym.
- Och… Komikiem? – Dylan skrzywił się lekko. Naprawdę nie rozumiał, jak mogło się to stać, że facet, który równie dobrze mógłby być ulicznym tancerzem albo zawodowym clownem, spotykał się z kimś, a on nie. Cholera, czy nikomu na tym świecie nie imponował już jego zawód? Nikomu? Ani jednej, trochę zdesperowanej, ale wciąż atrakcyjnej dziewczynie? Właściwie… co trzeba było zrobić, żeby zostać komikiem? Jeśli facet nie wiedział, co zrobić ze swoim życiem mógł zrobić coś dla innych i zostać policjantem, kierowcą karetki, śmieciarzem. To były prawdziwe zawody. No, ale kim był Dylan, żeby oceniać? Sam jeszcze chwilę temu planował resztę życia spędzić z kobietą, która… cóż, za pieniądze zrobiłaby wszystko.
To jednak nie powstrzymało go przed odezwaniem się: - Wiesz co, mała? W takich chwilach doceniam to, że ty i ja mamy prawdziwe, poważne zawody. Stabilne, o. Co może zaproponować taki komik? Kawał? Bądźmy poważni… Chyba trzeba zrobić Cathy interwencję.
Parsknął śmiechem. – Och, biedna Rosie… - powiedział z autentycznym współczuciem. – Możesz przyjść do mnie, jeśli chcesz – walentynkowy weekend miał cały wolny. Zaklepał go już dawno temu i nawet teraz nie zamierzał tego zmieniać – wolał spędzić ten czas spokojnie, skupiony na sobie i swoim domku. Otworzył usta, ale zaraz się zaśmiał kręcąc głową. – Błagam, nie mów więcej rzeczy w stylu „zaszyjemy się we dwójkę” – skrzywił się teatralnie, a później uniósł brew. – O, mogę wybrać miejsce i jeszcze cię tam zawieźć…? Wasza Wysokość jest dziś wyjątkowo łaskawa – mruknął, przewracając oczami, po czym sięgnął po sadzonki pomidorów. Wkładając je do wózka, wyciągnął z niego notatnik, żeby sprawdzić co miał zapisane o pomidorach.
Ach… marzec.
Przez jakiś czas będzie musiał trzymać je w domu. Wydął wargi, westchnął cicho, a potem spojrzał na Rosie. – Wiesz co, Albright? Możemy pojechać. Odeśpisz w drodze, ale zaznaczam jedno – w tym roku masz się nauczyć prowadzić. Kto wie… może za rok to ja będę siedział na fotelu pasażera, popijając Hugo, a ty będziesz się stresować, który zjazd przegapiłaś – złapał obiema dłońmi za rączkę wózka i nachylił się w jej stronę, skracając dystans na tyle, żeby było to jeszcze niewinne, ale już zdecydowanie nieprzypadkowe. – Kto wie, co się wydarzy… - dodał ciszej. – Kiedy zaszyjemy się gdzieś we dwójkę… – poruszył brwiami w dokładnie ten sam sposób, w jaki ona zrobiła to wcześniej – z rozbrajającą bezczelnością i uśmiechem, który mówił, że to wszystko jest trochę żartem… a trochę wcale nie.
Rosie Albright
Mruczka, but call me Kicia
Rosie zanosiła się od śmiechu. Nie miała pojęcia, czy rzeczywiście było to aż tak zabawne, czy była to kwestia Hugo, samego Dylana i szczęścia, które czuła w każdym, nawet najmniejszym fragmencie swojego ciała. Nie było to jednak istotne. Zajmowali niemal całą alejkę, stojąc i śmiejąc się i Rosie miała poczucie, że właśnie otrzymywała od Boga to, o co modliła się każdej nocy. Pozwoliła zdjąć Dylanowi swoje dłonie z twarzy, dzięki czemu mogła spojrzeć na niego lśniącymi od rozbawienia oczami. Nie cofnęła się, kiedy się nad nią nachylił, nie zadrżała, tylko przyjęła jego bliskość z cichym podekscytowaniem. A później parsknęła jeszcze większym śmiechem, chwilę później robiąc za Dylanem tej samej długości krok, co sprawiło, że choć Hays się odsunął, Marie doskoczyła do niego, chwytając jego dłonie tuż przy rozporku.
— Przestań, zaraz nas stąd wyrzucą. — Nie próbowała zabrzmieć na karcącą, bo nie było na to najmniejszej szansy. Wciąż się śmiała i nawet nie zawstydziła się faktem, gdzie znalazły się jej ręce, bardziej skupiając się na próbie odsunięcia dłoni przyjaciela od jego rozporka. — I co wtedy będzie z tego, że jesteśmy piękni, jak nie będziemy mieć pięknego ogródka?! — Umknęło jej całkowicie, że mówiąc to, przywłaszczyła sobie ogródek Dylana, jako również swój, ale naturalne przecież było, że niejako miał być jej. Bo to ona będzie tam spędzała z Dylanem czas. Kto niby inny?!
— Tak, komikiem! — Przytaknęła, w końcu nieco poważniejąc. — Cathy poszła na jego stand-up, na którym wyśmiewał aplikacje randkowe i opowiadał historie z pierwszych randek. A później zaczął zaczepiać dziewczyny z publiczności, szczególnie przy tym skupiając się na Cathy. I została po tym wszystkim, zagadnęła go i teraz oboje obnoszą się nieustannie z tym, jacy są wyjątkowi, bo nie poznali się na Tinderze… — Wybrzmiała z tego być może jakaś frustracja, którą Rosie rzeczywiście czuła. I to czuła ją z wielu różnych powodów. Po pierwsze, ona dalej była sama — choć intensywnie wierzyła, że ten stan rzeczy niedługo się zmieni. Po drugie naprawdę nie lubiła tego typa i była bardziej, niż pewna, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Po trzecie… Cathy nieustannie randkowała. Spotykała się ciągle z kimś nowym, owładnięta obsesją, że niewiele czasu jej zostało, aby wziąć ślub przed trzydziestką. I Rosie miała świadomość tego, że jej to również dotyczyło. Ale ona w porównaniu do Cathy w ostatnim czasie w ogóle nie randkowała, ciągle czekając. — Prawda?! Prawda?! — Poparła Dylana momentalnie, ciesząc się, że w końcu ktoś to dostrzega. Czysto teoretycznie nawet nie przeszkadzał Rosie jego zawód, ale że w rzeczywistości przeszkadzało Rosie w nim wszystko, to mogła i na zawód poutyskiwać. — Poza tym, o czym będzie teraz opowiadał, jak nie o randkach z aplikacji? O Cathy? Tylko sobie to wyobraź! — Marie naprawdę się o to martwiła. Już tak bez żartów.
— Chodziło mi o to, że przed światem… — Zareagowała szybko i spróbowała się wytłumaczyć zmieszana, czując, jak ponownie pąsowieją jej policzki — No wiesz… Przed tymi wszystkimi świętując… — Machnęła ręką i głową. — Och wiesz, o co mi chodzi! — Żachnęła się. — Ja naprawdę kocham Walentynki. — Zagwarantowała. I naprawdę kochała. Naprawdę chciała w końcu doczekać takiego roku, kiedy będzie miała szansę je normalnie, poważnie świętować, tak, jak powinno się to robić. — Ale sama niespecjalnie mam ochotę oglądać wszędzie te wszystkie pary i w ogóle to wszystko. — Pomachała dłońmi w całkowicie nieskoordynowany sposób w ramach gestykulacji, po czym nimi machnęła na znak tego, że nie ma co dłużej ciągnąć tego wątku. — Dlatego uważam, że powinniśmy jechać do jakiegoś lasu! — Było trochę zimno na biwak, ale przy odpowiednich śpiworach spokojnie by sobie z tym poradzili.
A później uśmiechnęła się słodko, kiedy Dylan nazwał ją jej wysokością
— Jej wysokość zajmie się przekąskami i weźmie na siebie zadbanie o komfort swojego szofera. — Stwierdziła poważnie. Zawsze dobrze dzielili się organizacją wyjazdów i Rosie nie wątpiła, że tym razem również tak będzie.
Zaklaskała w ręce i zapiszczała cicho, kiedy Dylan się zgodził. Czysto teoretycznie nie było to nic wyjątkowego. Jeden z kolejnych ich wspólnych wyjazdów, które tak lubili sobie organizować. W praktyce Rosie miała jednak poczucie, że ten miał się różnić. Miał być naprawdę wyjątkowy. Ona już nie tylko to czuła. Ona to . w i e d z i a ł a.
— Dobrze, dobrze, w przyszłe Walentynki to ja będę prowadzić. — Zagwarantowała, a później zamarła. Żołądek jej zatrzepotał, jakby znajdowało się w nim całe stado motyli i w tym samym czasie przeszedł ją gorący dreszcz. Przez chwilę po prostu wpatrywała się w Dylana z tej nowej, bliskiej perspektywy, do której zaczęła się przyzwyczajać z nadzwyczaj prędko. I jak jeszcze nigdy wcześniej, zapragnęła go pocałować. Już teraz, tutaj, nie zważając na nic. Nie mogła jednak tego zrobić. Nie teraz. Nie przed ich walentynkowym wyjazdem.
— Ja wiem, co wydarzy się z pewnością… — Zaczęła i nie poznając sama siebie, nabywając jakiejś niepodobnej do siebie odwagi, jeszcze minimalnie skróciła pomiędzy nimi Dystans, stając lekko na palce, aby przysunąć swoją twarz do jego. — Będziesz nie tylko prowadził, ale i rozbijał później namiot! — Stwierdziła z zadowoleniem, jeszcze przez chwilę na niego patrząc. I chociaż była to naprawdę krótka chwila, to jednak znacząca. I dopiero po tym , szturchnęła go krótko w ramię, piętami wracając do podłoża i sięgając po notatnik. — Chodź, musimy skończyć te zakupy szybciej, niż skończy się moje Hugo, bo czuję, że będę potrzebowała dolewki.
— Przestań, zaraz nas stąd wyrzucą. — Nie próbowała zabrzmieć na karcącą, bo nie było na to najmniejszej szansy. Wciąż się śmiała i nawet nie zawstydziła się faktem, gdzie znalazły się jej ręce, bardziej skupiając się na próbie odsunięcia dłoni przyjaciela od jego rozporka. — I co wtedy będzie z tego, że jesteśmy piękni, jak nie będziemy mieć pięknego ogródka?! — Umknęło jej całkowicie, że mówiąc to, przywłaszczyła sobie ogródek Dylana, jako również swój, ale naturalne przecież było, że niejako miał być jej. Bo to ona będzie tam spędzała z Dylanem czas. Kto niby inny?!
— Tak, komikiem! — Przytaknęła, w końcu nieco poważniejąc. — Cathy poszła na jego stand-up, na którym wyśmiewał aplikacje randkowe i opowiadał historie z pierwszych randek. A później zaczął zaczepiać dziewczyny z publiczności, szczególnie przy tym skupiając się na Cathy. I została po tym wszystkim, zagadnęła go i teraz oboje obnoszą się nieustannie z tym, jacy są wyjątkowi, bo nie poznali się na Tinderze… — Wybrzmiała z tego być może jakaś frustracja, którą Rosie rzeczywiście czuła. I to czuła ją z wielu różnych powodów. Po pierwsze, ona dalej była sama — choć intensywnie wierzyła, że ten stan rzeczy niedługo się zmieni. Po drugie naprawdę nie lubiła tego typa i była bardziej, niż pewna, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Po trzecie… Cathy nieustannie randkowała. Spotykała się ciągle z kimś nowym, owładnięta obsesją, że niewiele czasu jej zostało, aby wziąć ślub przed trzydziestką. I Rosie miała świadomość tego, że jej to również dotyczyło. Ale ona w porównaniu do Cathy w ostatnim czasie w ogóle nie randkowała, ciągle czekając. — Prawda?! Prawda?! — Poparła Dylana momentalnie, ciesząc się, że w końcu ktoś to dostrzega. Czysto teoretycznie nawet nie przeszkadzał Rosie jego zawód, ale że w rzeczywistości przeszkadzało Rosie w nim wszystko, to mogła i na zawód poutyskiwać. — Poza tym, o czym będzie teraz opowiadał, jak nie o randkach z aplikacji? O Cathy? Tylko sobie to wyobraź! — Marie naprawdę się o to martwiła. Już tak bez żartów.
— Chodziło mi o to, że przed światem… — Zareagowała szybko i spróbowała się wytłumaczyć zmieszana, czując, jak ponownie pąsowieją jej policzki — No wiesz… Przed tymi wszystkimi świętując… — Machnęła ręką i głową. — Och wiesz, o co mi chodzi! — Żachnęła się. — Ja naprawdę kocham Walentynki. — Zagwarantowała. I naprawdę kochała. Naprawdę chciała w końcu doczekać takiego roku, kiedy będzie miała szansę je normalnie, poważnie świętować, tak, jak powinno się to robić. — Ale sama niespecjalnie mam ochotę oglądać wszędzie te wszystkie pary i w ogóle to wszystko. — Pomachała dłońmi w całkowicie nieskoordynowany sposób w ramach gestykulacji, po czym nimi machnęła na znak tego, że nie ma co dłużej ciągnąć tego wątku. — Dlatego uważam, że powinniśmy jechać do jakiegoś lasu! — Było trochę zimno na biwak, ale przy odpowiednich śpiworach spokojnie by sobie z tym poradzili.
A później uśmiechnęła się słodko, kiedy Dylan nazwał ją jej wysokością
— Jej wysokość zajmie się przekąskami i weźmie na siebie zadbanie o komfort swojego szofera. — Stwierdziła poważnie. Zawsze dobrze dzielili się organizacją wyjazdów i Rosie nie wątpiła, że tym razem również tak będzie.
Zaklaskała w ręce i zapiszczała cicho, kiedy Dylan się zgodził. Czysto teoretycznie nie było to nic wyjątkowego. Jeden z kolejnych ich wspólnych wyjazdów, które tak lubili sobie organizować. W praktyce Rosie miała jednak poczucie, że ten miał się różnić. Miał być naprawdę wyjątkowy. Ona już nie tylko to czuła. Ona to . w i e d z i a ł a.
— Dobrze, dobrze, w przyszłe Walentynki to ja będę prowadzić. — Zagwarantowała, a później zamarła. Żołądek jej zatrzepotał, jakby znajdowało się w nim całe stado motyli i w tym samym czasie przeszedł ją gorący dreszcz. Przez chwilę po prostu wpatrywała się w Dylana z tej nowej, bliskiej perspektywy, do której zaczęła się przyzwyczajać z nadzwyczaj prędko. I jak jeszcze nigdy wcześniej, zapragnęła go pocałować. Już teraz, tutaj, nie zważając na nic. Nie mogła jednak tego zrobić. Nie teraz. Nie przed ich walentynkowym wyjazdem.
— Ja wiem, co wydarzy się z pewnością… — Zaczęła i nie poznając sama siebie, nabywając jakiejś niepodobnej do siebie odwagi, jeszcze minimalnie skróciła pomiędzy nimi Dystans, stając lekko na palce, aby przysunąć swoją twarz do jego. — Będziesz nie tylko prowadził, ale i rozbijał później namiot! — Stwierdziła z zadowoleniem, jeszcze przez chwilę na niego patrząc. I chociaż była to naprawdę krótka chwila, to jednak znacząca. I dopiero po tym , szturchnęła go krótko w ramię, piętami wracając do podłoża i sięgając po notatnik. — Chodź, musimy skończyć te zakupy szybciej, niż skończy się moje Hugo, bo czuję, że będę potrzebowała dolewki.
koniec
Dylan Hays