blueberry
trzy again
Chłopaki z baraków rozbrzmiewali mu w głowie, jak piosenki kościelne, których musiał słuchać, gdy babcia wyciągała go ze sobą do kościoła. Przekaz płynący z niektórych cytatów był uderzający; tak jak ten o napierdalaniu w krzyżu, chlaniu i kręceniu blantów. Życie to ciągła tułaczka, prawiła stara, nielubiana przez niego sąsiadka. Gdy wracał ze szkoły, będąc nastolatkiem, musiał przechodzić obok budynku, w którym mieszkała. Nie lubił tej starej rury, bo miała wredne spojrzenie i zaczepiała przechodniów, czepiając się o to, że ten kawałek chodnika to był jej, bo prowadził wzdłuż niewielkiego podwórka. Przesiadywała na nim od rana do wieczora. Czasem opuszczała wartę, gdy w telewizji leciał jej ulubiony program religijny o Janie Pawle. Miewała momenty słabości (gdy była u kresu życia) i wtedy zapraszała na herbatkę — opowiadając o trudnościach czyhających na ścieżce młodych ludzi. Ile razy mu powtarzała, że z takim ojcem to musi się pilnować, bo na pewno ma skłonności do alkoholizmu? Wielokrotnie. Co go wkurwiało, bo nigdy nie chciał być jak ojciec.
Życie, które było pasmem porażek i niepowodzeń – w większości – napisało inny scenariusz. Udało mu się skończyć studia informatyczne, gdy przez pewien czas po wyjściu z ośrodka dla narkomanów był czysty, ale co z tego? Ostatecznie wszystkie wybory, których dokonał na przestrzeni lat i czasu, doprowadziły go do dwóch rzeczy. Może trzech. Wyjazdu, bezdomności i teraźniejszości; mur otaczający fontannę miejską nie był ani trochę wygodnym leżyskiem. Napierdalało go w krzyżu, bo leżał tutaj od dobrej godziny i wciąż nie potrafił wstać, bo miał taki luz na bani, że nogi odmawiały mu posłuszeństwa. W akompaniamencie szumu spadającej wody, z przymkniętymi oczami i dłonią przysłaniającą czoło, wyobrażał sobie, że leży na kamienistej plaży. Bulgotanie wody było oczywiście dźwiękiem pięknego wodospadu. Tylko delikatny wiatr niosący za sobą zapach nieumytego człowieka – to nie Artemis śmierdział – i uryny, przypominały mu o tym, że wciąż był w Nowym Orleanie. W dodatku w nielubianej dzielnicy, do której ostatnio wracał częściej, niż chciał. Jęknął niezadowolony, próbując się podnieść, by zmienić pozycję. Podparł się dłońmi o zimny mur, jęcząc jak stary gruchot i uniósł się do góry. Nieprzyjemny ból rozszedł się po wnętrzu głowy, zmuszając go do zaciśnięcia szczęki.
Kurwa, ja pierdole. To tylko chwila — Powtarzał sobie na głos, przesuwając się na drugą stronę. Tym razem głowę ułożył po prawej, nogi po lewej. Początkowo próbował ułożyć się na boku, lecz szybko porzucił ten pomysł. Doszedł do wniosku, że jeśli udałoby mu się przysnąć, to mógłby się wpieprzyć do wody. Krzyż natomiast napierdalał go tak mocno, że sam Pan Jezus by się nie powstydził i jeszcze zacząłby mu współczuć, oferując miejsce na krzyżu, by tylko zakończyć te piekielne cierpienia. Sam nie wiedział, jak długo próbował znaleźć idealną pozycję. Za poduszkę robiła mu letnia kurtka, bo temperatury w mieście ostatnio znów wzrosły, a wieczory były chłodne. Dbał o swoje zdrowie, wbrew temu, co sobą reprezentował. Wolał leżeć najebany jak alkoholik i umierać na kaca, niż smarkać i mierzyć się z przeziębieniem. Jęknął głośno — tego dźwięku też nie powstydziłby się bezdomny alkoholik — podkładając prawą rękę pod tył głowy.
Jesteś na plaży, jesteś na plaży... To tylko plaża na wyspie Patmos. To stąd te twarde kamienie. Zaraz pojawiają się gorące dziewczęta w strojach kąpielowych i umilą ci wieczór — Motywował się, zasłaniając całkowicie oczy. Roznegliżowane blondynki zawsze poprawiały mu nastrój. Tym razem również pomogły. Uśmiechnął się pod nosem, już gotowy na przyjęcie w swoje objęcia tej jednej z wielu... Wyobraźnia potrafiła zdziałać cuda, bo faktycznie w pewnym momencie zapachniało mu... Jakoś tak kobieco.
— Maleńka pachniesz tak ostro... — Mamrotał pod nosem, zapadając powoli w sen, bo najwidoczniej alkoholu było zbyt dużo. Zapach kobiecy, ale nie delikatny. Nie potrafił go nazwać ani określić, ale wyczuwał babską aurę niemal na odległość. Zbyt wyraźnie jak na sen, zbyt słabo jak na rzeczywistość. Wyostrzone zmysły wykryły natomiast obecność. Powoli otworzył oczy, zerkając zamglonym wzrokiem w stronę kobiecej sylwetki nieopodal. A może męskiej? Dopiero gdy przesunął wzrokiem wyżej i zatrzymał spojrzenie na twarzy Emory, dotarło do niego, że tak, faktycznie była kobietą.
— Zdaje się... Blondynką w stroju kąpielowym to ty nie jesteś — Wybełkotał spod ściągniętych brwi, zabierając dłoń z twarzy. Nieszczególnie zależało mu na tym, by go usłyszała. Właściwie to miał wyjebane, bo myślami wciąż był na plaży, a blondynki w skąpych strojach rzucały w niego kwiatkami.
youalreadyknowme.
Nastająca noc powitała ją chłodnym powietrzem, które przynosiło przyjemne ukojenie po ciężkim treningu na miejscowej siłowni. Przychodziła tu za każdym razem, gdy potrzebowała chwili tylko dla siebie albo musiała oczyścić umysł. Słuchawki na uszach stanowiły doskonałą barierę przed potencjalnie zagadującymi ją osobami – nie zdejmowała ich nawet wtedy, gdy zdawała sobie sprawę, że ktoś do niej mówił. Nie przychodziła tu w poszukiwaniu towarzystwa – gdy ćwiczyła, jej umysł działał na pełnych obrotach i łączył kropki znacznie szybciej niż wtedy, gdy musiała tkwić przy biurku, spisując raporty z rozpoczętych spraw. Ostatni przypadek, z którym miała do czynienia, wymagał dokładniejszej analizy – nic dziwnego, że od kilku dni była stałym bywalcem w tutejszym centrum sportowym.
Wygrzebała kluczyki z tylnej kieszeni czarnych jeansów, a światła zaparkowanego samochodu zamigały, gdy przyciskiem otworzyła wszystkie zamki. Przewieszoną przez ramię torbę sportową wrzuciła na fotel pasażera i już była gotowa wsiąść za kierownicę, gdy jej wzrok przykuł jakiś ruch. Zmrużyła lekko powieki, ze spojrzeniem zatrzymanym na pobliskiej fontannie, przy której ktoś ewidentnie toczył zaciekły bój z grawitacją. Widok ten nie miał w sobie nic nadzwyczajnego, ale pośród tysięcy przypadków, w których ktoś na własne życzenie zapijał mordę, zawsze mógł znaleźć się ten jeden, który akurat potrzebował pomocy. Jako pracowniczka służb, Emory miała w sobie ten lekko tlący się płomyk powinności, który czasem skłaniał ją do interwencji w sytuacjach, na które inni machnęliby ręką. Chwiejący się mężczyzna na pierwszy rzut oka wyglądał na kogoś, kto właśnie wracał z imprezy, na której zapomniał o tym, że na świecie istniało coś takiego, jak umiar, ale to durne niedopatrzenie mogło potencjalnie mu zaszkodzić.
Klatka piersiowa dziewczyny uniosła się i opadła w ciężkim westchnieniu, gdy po chwili walki z samą sobą zatrzasnęła drzwi i ciężkimi krokami ruszyła w stronę delikwenta. Przy tak słabym oświetleniu musiała znaleźć się naprawdę blisko, by dotarło do niej, że cała ta sytuacja miała w sobie coś z niefortunnego zbiegu okoliczności, choć realizacja uderzyła ją dopiero, gdy mężczyzna postanowił się odezwać, a jego bełkot zabrzmiał dziwnie znajomo.
No shit – przemknęło jej przez myśl, gdy zatrzymawszy się obok, pochyliła się lekko nad wyciągniętą na murku sylwetką. Choć minęło tyle czasu, Whitelaw bez trudu skojarzyła ten widok z Artemisem Bennettem, którego znała jeszcze z czasów szkolnych. Miał swoje lepsze i gorsze dni, ale dziś wyglądał jak coś, co dziecko narysowało lewą ręką.
— Och, naprawdę? Myślałam, że te perfumy z przeceny to ściema — jej lekko zawyżony ton zdradzał zachwyt tym, że w ogóle zarejestrował jej zapach, biorąc pod uwagę, że sam trącił alkoholem na kilometr. Domyślała się, że gdyby Artemis nie leżał na murku kompletnie spruty i podzielił się tym komplementem z jakąś niezbyt bystrą nastolatką, zareagowałaby właśnie w ten sposób. Dla lepszego efektu obiema rękami ujęła swoje piegowate policzki, na których – niestety na przekór flirciarskim wysiłkom Bennetta – na próżno było doszukiwać się rumieńców, choć pąs na twarzy bez wątpienia przyczyniłby się do lepszego efektu tego przedstawienia. — Na szczęście nie tak ostro, jak ty — dodała po chwili i tym razem brzmiała już znacznie bardziej znajomo. Był niższy, z lekką chrypą, ale przede wszystkim kompletnie zrezygnowany – jak za starych, dobrych czasów. W końcu zawsze była taka urocza.
Nawet po tylu latach jej spojrzenie nie błyszczało z radości na jego widok. Artemis, choć fizycznie bez wątpienia posunął się do przodu, mentalnie wciąż pozostawał królem tekstów, które wywołałyby wewnętrzny skręt zażenowania nawet u najbardziej wytrwałych. Whitelaw nie mogła z kolei odmówić wytrwałości Bennettowi, bo już na pierwszy rzut oka wciąż nieugięcie dążył do tego, by spierdolić sobie życie.
Wyprostowała się, wsuwając ręce do przedniej kieszeni bluzy i rozejrzała się, przez chwilę milcząc w temacie blondynki w stroju kąpielowym. Jakoś trudno było jej sobie wyobrazić jasnowłosą dziewczynę w tym konkretnym wydaniu, gdy miała przed sobą tylko kompletnie pijanego Artemisa i fontannę, do której zdecydowanie nie wrzucano monet na szczęście, ale ich umysły działały teraz na zupełnie innych falach. Głowa Emory kierowała się logiką, a na logikę nikt o zdrowych zmysłach nie szarpnąłby się na kąpiel w płytkim zbiorniku z wodą o wątpliwej czystości. Głowa Bennetta z kolei widziała świat w dużo bardziej kolorowych barwach, a czarnowłosa miała wszelkie prawo twierdzić, że nie było to wyłącznie zasługą alkoholu.
— Punkt za spostrzegawczość, Bennett — przyznała wreszcie, a jej ciemne oczy błysnęły lekko, gdy powracała wzrokiem do blondyna. — Wygląda na to, że twoja koleżanka cię wystawiła. Więc może czas ruszyć tyłek i wrócić do domu, zanim ktoś zgarnie cię za spanie w miejscu publicznym? — zasugerowała, cofając się przy tym o niewielki krok, jakby już robiła mu pole do manewru podczas podejmowania pierwszej dobrej decyzji tego dnia.
Artemis Bennett
blueberry
Artemis potrzebował wsparcia — tak jak większość osób, które miały problemy z narkomanią, alkoholizmem, narcyzmem, egocentryzmem... Ogólnie ze sobą. Psychologicznej, rzecz jasna. Fizycznie czuł się dobrze, poza tymi niezwykle rzadko zdarzającymi się dniami, w których zdarzało mu się popłynąć trochę za bardzo. Wolał nie myśleć o efektach drzemania na kamiennej fontannie. Przyćmiony alkoholem i innymi substancjami umysł w tym momencie nie notował niebezpieczeństw, nie brał pod uwagę niedogodności. Kamień był piękną plażą. Szum wody wpadającej do fontanny wodospadem. A zapach kobiecych perfum należał do jednej z tych, którą zamierzał zabrać na szybką randkę pod palmowe drzewko. Świat, w którym przebywał, był piękny. Czuł się całkowicie zrelaksowany, nie licząc tego, że trochę kręciło mu się w głowie. Nie spił się w trupa. Potrzebował trochę odpoczynku; chwili, by zebrać myśli, doprowadzić się w miarę do porządku i wrócić do mieszkania, w którym przebywał. Przypomniało mu się, że powinien napisać wiadomość do znajomego z informacją, że wróci w nocy, albo nad ranem. Nie miał szans na wygraną z grawitacją. Uświadomił to sobie, gdy kładł się na murku. Dalej już nie zamierzał walczyć i wolał się poddać. Był gwiazdą i nie potrzebował dalszego upodlania się przed tymi wszystkimi ludźmi, którzy tylko czekali na chwilę, by móc przepaść wraz z nim w otchłani cielesnych rozkoszy. Zamierzał poleżeć od kilku do kilkunastu godzin minut, zebrać się, otrzepać i ruszyć dalej na podbój świata. Pamiętał, że był w klubie. Pił czystą w towarzystwie jakiegoś przystojnego chłopaka. Ostatnim momentem zanotowanym przez niego w pamięci był niebieski kieliszek; nie wiedział, czy z klubu został wyprowadzony, czy wyszedł o własnych siłach. Dzięki posmakowi tytoniu w ustach i dziwnej szorstkości zębów, po których przesunął językiem, docierało do niego, że zanim przysiadł, zapalił jeszcze papierosa.
— Przeceny? Kochanie myślałem, że jesteś bogata. Jeżeli nie masz na sobie żadnego a goodnight kiss, to możesz zapomnieć o porządnym seksie... — Sam teraz nie pachniał żadnym vertusem, ale na trzeźwo układał plan, żeby to zmienić. Plan ten obejmował powrót do pracy informatyka. Nie w żadnym sklepie, mierzył wyżej. Odkładał w czasie zaniesienie swojego CV do firmy logistycznej. Codziennie powtarzał sobie, że to zrobi. W poprzednim tygodniu nie miał czasu, był zbyt zajęty odnawianiem ważnych kontaktów. W tym próbował, lecz nie było mu drodze. Jednego dnia pochłonęła go znajoma poznana jakiś czas temu w internecie, drugiego próbował wkraść się w łaski Aurory, co ostatecznie przyniosło zadowalające skutki, bo za kilka dni miał przenieść się jej apartamentu. Powoli wracał na szczyt, brakowało mu jeszcze najważniejszego, czyli pracy.
Westchnął głośno, ze zrezygnowaniem. Zbyt dramatycznie, by można było odebrać jego zachowanie poważnie. Unosząc się na łokciu, przesunął palcami po kilkudniowym zaroście. Brakowało mu piątej klepki, chęci do życia i energii. Rezerwę wolałby zużyć na coś innego, niż słowne przepychanki. W normalnych okolicznościach nie odmówiłby sobie kąśliwości. Postawa Emory i jej znajomy ton, dawały mu solidny fundament pod uszczypliwości. Przez chwilę ze sobą walczył. Po namyśle przeniósł spojrzenie w stronę czarnowłosej, kręcąc ze zwątpieniem głową.
— Co na temat ostrości może wiedzieć laska przed trzydziestką z wymyślonym facetem? — zapytał obojętnie. Od długiego czasu wiedział, że miała tego faceta, chociaż nigdy go nie widział. Miewał ku temu doskonałe okazje. Emory mieszkała w tym samym apartamentowcu, co Aurora. Nie, żeby szczególnie ją podglądał, gdy zupełnym przypadkiem mijali się w wyjściu, ale nie przypominał sobie, by widział ją w towarzystwie. Najczęściej była sama. Nie zastanawiał się nad kwintesencją tego związku, bo nieszczególnie go to obchodziło, ale wydawało mu się to nieco dziwne. Może po prostu ten związek, niby oficjalny, był bardziej dla nich niż dla świata i nie musieli zbyt często wspólnie wychodzić. Gdyby miał dziewczynę, chętnie spędzałby z nią czas poza domem.
Obrócił się, siadając w rozkroku. Koleżanka, która go wystawiła, istniała tylko w jego głowie i była wymysłem wyobraźni. Obydwoje wiedzieli, że Artemis był tutaj sam, a złotowłosa, półnaga piękność powstała tylko i wyłącznie, dlatego że przymknął oczy i przeniósł się do innego świata. Rzeczywistość wróciła wraz z chwilą, w której usłyszał Emory. Dookoła było ciemno, nieprzyjemnie i chłodno. Uptown żyło swoim przeklętym, zrujnowanym życiem. Zapach chlorowanej wody, zanieczyszczonego powietrza i alkoholu mieszał się z ładnymi perfumami Emory, tworząc jakąś dziwną mieszankę, którą w normalnych warunkach być może nazwałby egzotyczną. Problem tkwił w dwóch rzeczach. W tym, że stała przed nim Whitelaw. Ładna, ciemnowłosa z twarzą obsypaną uroczymi piegami i czarująca zarazem, jak pomarszczone, krzyczące mandragory wyciągane z doniczek. Drugą rzeczą było to, że Emory była zbyt ograniczona, by docenić jego osobę. Uniósł palec wskazujący w górę, wtrącając się w ten sposób w tę super pouczającą gadkę, najwidoczniej znudzony i niezadowolony z propozycji.
— Po pierwsze, wcale nie spałem. Po drugie, nie pamiętam gdzie mam dzisiaj spać. Po trzecie, nie masz radiowozu i nie jesteś na służbie. Nie widzę tutaj policji — rozejrzał się dookoła, unosząc brwi i rozkładając ręce w geście przesadnej oczywistości, z miną mówiącą wyraźnie: no i tutaj niczego takiego nie ma. Gdzie widziała tę policję? Kto miał go zgarnąć? Próbował brzmieć przekonująco, ale słowa rozlewały mu się w ustach, jak wódka, którą niedawno się raczył i traciły sens w połowie zdania. Siedział zbyt sztywno, z nogami niby rozsuniętymi, niby na luzie, lecz zdarzyło mu się zachwiać. Wystarczyło stanąć obok, by poczuć bijącą od niego woń alkoholu i zrozumieć, że jego siła argumentów nie tkwiła w jasności umysłu. Obrazy, które miał przed oczami, rozmazywały się. Spojrzenie wbite gdzieś ponad ramię Emory, a nie bezpośrednio w nią, również przemawiało za stan, w którym był.
— Poza tym. Moja blondynka zniknęła, bo ją odstraszyłaś. Wyparowała, jak cię zobaczyła, zupełnie jak moje libido — uśmiechnął się z opóźnieniem, jakby właśnie dotarło do niego, że zarzucił najzabawniejszym żartem wśród reszty kawalarzy.
Emory Whitelaw
— Przeceny? Kochanie myślałem, że jesteś bogata. Jeżeli nie masz na sobie żadnego a goodnight kiss, to możesz zapomnieć o porządnym seksie... — Sam teraz nie pachniał żadnym vertusem, ale na trzeźwo układał plan, żeby to zmienić. Plan ten obejmował powrót do pracy informatyka. Nie w żadnym sklepie, mierzył wyżej. Odkładał w czasie zaniesienie swojego CV do firmy logistycznej. Codziennie powtarzał sobie, że to zrobi. W poprzednim tygodniu nie miał czasu, był zbyt zajęty odnawianiem ważnych kontaktów. W tym próbował, lecz nie było mu drodze. Jednego dnia pochłonęła go znajoma poznana jakiś czas temu w internecie, drugiego próbował wkraść się w łaski Aurory, co ostatecznie przyniosło zadowalające skutki, bo za kilka dni miał przenieść się jej apartamentu. Powoli wracał na szczyt, brakowało mu jeszcze najważniejszego, czyli pracy.
Westchnął głośno, ze zrezygnowaniem. Zbyt dramatycznie, by można było odebrać jego zachowanie poważnie. Unosząc się na łokciu, przesunął palcami po kilkudniowym zaroście. Brakowało mu piątej klepki, chęci do życia i energii. Rezerwę wolałby zużyć na coś innego, niż słowne przepychanki. W normalnych okolicznościach nie odmówiłby sobie kąśliwości. Postawa Emory i jej znajomy ton, dawały mu solidny fundament pod uszczypliwości. Przez chwilę ze sobą walczył. Po namyśle przeniósł spojrzenie w stronę czarnowłosej, kręcąc ze zwątpieniem głową.
— Co na temat ostrości może wiedzieć laska przed trzydziestką z wymyślonym facetem? — zapytał obojętnie. Od długiego czasu wiedział, że miała tego faceta, chociaż nigdy go nie widział. Miewał ku temu doskonałe okazje. Emory mieszkała w tym samym apartamentowcu, co Aurora. Nie, żeby szczególnie ją podglądał, gdy zupełnym przypadkiem mijali się w wyjściu, ale nie przypominał sobie, by widział ją w towarzystwie. Najczęściej była sama. Nie zastanawiał się nad kwintesencją tego związku, bo nieszczególnie go to obchodziło, ale wydawało mu się to nieco dziwne. Może po prostu ten związek, niby oficjalny, był bardziej dla nich niż dla świata i nie musieli zbyt często wspólnie wychodzić. Gdyby miał dziewczynę, chętnie spędzałby z nią czas poza domem.
Obrócił się, siadając w rozkroku. Koleżanka, która go wystawiła, istniała tylko w jego głowie i była wymysłem wyobraźni. Obydwoje wiedzieli, że Artemis był tutaj sam, a złotowłosa, półnaga piękność powstała tylko i wyłącznie, dlatego że przymknął oczy i przeniósł się do innego świata. Rzeczywistość wróciła wraz z chwilą, w której usłyszał Emory. Dookoła było ciemno, nieprzyjemnie i chłodno. Uptown żyło swoim przeklętym, zrujnowanym życiem. Zapach chlorowanej wody, zanieczyszczonego powietrza i alkoholu mieszał się z ładnymi perfumami Emory, tworząc jakąś dziwną mieszankę, którą w normalnych warunkach być może nazwałby egzotyczną. Problem tkwił w dwóch rzeczach. W tym, że stała przed nim Whitelaw. Ładna, ciemnowłosa z twarzą obsypaną uroczymi piegami i czarująca zarazem, jak pomarszczone, krzyczące mandragory wyciągane z doniczek. Drugą rzeczą było to, że Emory była zbyt ograniczona, by docenić jego osobę. Uniósł palec wskazujący w górę, wtrącając się w ten sposób w tę super pouczającą gadkę, najwidoczniej znudzony i niezadowolony z propozycji.
— Po pierwsze, wcale nie spałem. Po drugie, nie pamiętam gdzie mam dzisiaj spać. Po trzecie, nie masz radiowozu i nie jesteś na służbie. Nie widzę tutaj policji — rozejrzał się dookoła, unosząc brwi i rozkładając ręce w geście przesadnej oczywistości, z miną mówiącą wyraźnie: no i tutaj niczego takiego nie ma. Gdzie widziała tę policję? Kto miał go zgarnąć? Próbował brzmieć przekonująco, ale słowa rozlewały mu się w ustach, jak wódka, którą niedawno się raczył i traciły sens w połowie zdania. Siedział zbyt sztywno, z nogami niby rozsuniętymi, niby na luzie, lecz zdarzyło mu się zachwiać. Wystarczyło stanąć obok, by poczuć bijącą od niego woń alkoholu i zrozumieć, że jego siła argumentów nie tkwiła w jasności umysłu. Obrazy, które miał przed oczami, rozmazywały się. Spojrzenie wbite gdzieś ponad ramię Emory, a nie bezpośrednio w nią, również przemawiało za stan, w którym był.
— Poza tym. Moja blondynka zniknęła, bo ją odstraszyłaś. Wyparowała, jak cię zobaczyła, zupełnie jak moje libido — uśmiechnął się z opóźnieniem, jakby właśnie dotarło do niego, że zarzucił najzabawniejszym żartem wśród reszty kawalarzy.